Od pewnego czasu rynek ropy żyje własnym życiem, nie bardzo przejmując się rzeczywistym popytem i podażą surowca. W ten sposób zaledwie kilka dni po doniesieniach o malejącym zużyciu benzyny w USA, podwyżce cen paliw w Chinach oraz zapowiedziach Arabii Saudyjskiej o zwiększeniu wydobycia ceny ropy odnotowały nowy rekord.
Pretekstem do tej ostatniej zwyżki były pogróżki z Libii, gdzie jeden z tamtejszych polityków zapowiedział „przestudiowanie wszystkich możliwych opcji”, gdyby Stany Zjednoczone zaatakowały jeden z krajów OPEC (czytaj: Iran). Ponadto szef naftowego kartelu - Chakib Khelil – powiedział, że cena ropy może w najbliższych miesiącach osiągnąć poziom 150-170$.
Tymczasem w piątek o godzinie 9:20 baryłka ropy marki Brent kosztowała 141,93$ i była o ponad dwa dolary droższa niż wczoraj. Za taką samą ilość surowca gatunku Light Crude płacono 140$. Równocześnie rynek notuje coraz większą zmienność – wczoraj odchylenie od 30-dniowej średniej wyniosło 43,4% i było najwyższe od 16 miesięcy.
Jednak do spadku cen „czarnego złota” mogą przyczynić się naciski polityczne – wczoraj amerykańska Izba Reprezentantów przyjęła rezolucję wzywającą Commodity Futures Trading Commission do użycia wszystkich środków w celu „natychmiastowego powstrzymania” nadmiernej spekulacji na surowcowych rynkach terminowych.
„Jest coraz silniejsza presja polityczna na CFTC by ta w końcu coś zrobiła i to może nieco powstrzymać wzrost cen. Możemy być w punkcie zwrotnym i jeśli zmaterializuje się wizja słabszego popytu, to będziemy świadkami spadku cen” – powiedział agencji Bloomberga Victor Shum, analityk w firmie doradczej Purvin & Gertz Inc.
K.K.






















































