REKLAMA

Koniec kryzysu w Ameryce? Wolne żarty

Krzysztof Kolany2013-01-21 06:00główny analityk Bankier.pl
publikacja
2013-01-21 06:00

Od dwóch lat słyszymy, że Stany Zjednoczone "wyszły z kryzysu" i że największa gospodarka świata znów się rozwija. Tylko dlaczego zatrudnienie nie rośnie, realne płace maleją, a co siódmy Amerykanin żywi się na koszt podatnika?


Źródło: Thinkstock

Według stanu na koniec października 47,7 milionów Amerykanów pobierało bony żywnościowe (food stamps) od rządu federalnego, co odpowiada łącznej populacji 24 amerykańskich stanów. Średnio każdy dożywiany dostawał równowartość 133,48 dolarów, co tylko w tym miesiącu kosztowało podatników ponad 6,3 mld dolarów. W całym ubiegłym roku budżetowym (2011/12) na dożywianie ludności (Supplemental Nutrition Assistance Program) Biały Dom wydał 74,6 mld dolarów.

Jak to możliwe, że w jednym z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych krajów świata 15% populacji korzysta z dofinansowania żywności? Odsetek populacji dożywianej przez rząd gwałtownie wzrósł po roku 2007. Wcześniej "food stamps" pobierało ok. 20-26 mln Amerykanów. Przy rosnącej populacji USA odsetek "dożywianych" nie przekraczał 10%.

Odsetek Amerykanów pobierających bony żywnościowe
Odsetek Amerykanów pobierających bony żywnościowe. Źródło: dane USDA i U.S. Census Bureau. Opracowanie: Bankier.pl.

Ta recesja jest inna niż poprzednie

Wszystko zmieniło się po roku 2008, gdy Stany Zjednoczone przeżyły najcięższą recesję od 30 lat, często porównywalną wręcz z Wielką Depresją lat 30. XX wieku. Równie głębokie załamanie amerykańska gospodarka przeżyła na początku lat 80., lecz wówczas nie doszło do takiej eksplozji odsetka dożywianych (choć Jerzy Urban w stanie wojennym urządzał zbiórkę śpiworów dla bezdomnych nowojorczyków).

Przyczyną jest nie tylko rozbudowa socjału zafundowana przez administrację Baracka Obamy - z badania Paw Reserach Center wynika, że aż 55% Amerykanów kiedykolwiek korzystało z jakiejś formy wsparcia socjalnego. Winna jest przede wszystkim fatalna sytuacja na rynku pracy. Choć oficjalnie gospodarka Stanów Zjednoczonych rozwija się w tempie 2-3% rocznie, to wzrost ten w znacznej mierze jest iluzją wytworzoną przez biliony dolarów, wyciąganych z kapelusza przez Rezerwę Federalną.

Prawda jest ukryta w liczbach

Dobitnie pokazują to nawet mocno "wygładzane" statystyki rządowego Biura Statystyki Pracy. Przez trzy lata od formalnego ogłoszenia końca recesji w USA przybyło 4,6 mln miejsc pracy w sektorach pozarolniczych (non-farm payrolls). Tyle że w 2008 i 2009 roku amerykańska gospodarka straciła aż 7,9 mln miejsc pracy. I to na ogół dobrze płatnych: w finansach, budownictwie i przemyśle. Postrecesyjne zatrudnienie wzrastało głównie w sektorach oferujących niskie wynagrodzenia.

Sytuacja prezentuje się jeszcze gorzej, jeśli spojrzeć na statystyki zatrudnienia i bezrobocia oparte na badaniach ankietowych - jak to się robi w Europie (BAEL). Mimo redukcji "frontowej" miary bezrobocia (tzw. agregat U-3) poziom zatrudnienia w USA wciąż pozostaje niższy niż przed recesją. Przed kryzysem pracowało 63% Amerykanów w wieku produkcyjnym. Pomimo trwającego "ożywienia" gospodarczego wskaźnik ten od trzech lat utrzymuje się poniżej 59%. Oznacza to, że ponad sto milionów Amerykanów nie ma pracy!

Relacja liczby pracujących do liczby osób w wieku produkcyjnym
Relacja liczby pracujących do liczby osób w wieku produkcyjnym

Dlatego spadku "urzędowej" stopy bezrobocia (z 10,1% do 7,8%) nie można traktować jako istotnej poprawy kondycji rynku pracy. Potwierdza to szybko malejący udział siły roboczej w populacji w wieku produkcyjnym: z przeszło 67% do 63,6%. Oznacza to, że coraz więcej Amerykanów rezygnuje z poszukiwania pracy, ponieważ od miesięcy nie mogą jej znaleźć. I to w kraju, w którym do niedawna każdy, kto chciał pracować, bez większego problemu był w stanie znaleźć płatne zajęcie.

Bez pracy nie ma dochodów

Brak pracy i brak perspektyw na jej znalezienie prowadzi do wielu negatywnych konsekwencji. Od dwóch lat realne dochody Amerykanów praktycznie nie rosną - i to nawet licząc według oficjalnej (czytaj: zaniżonej) miary inflacji CPI.

Realne dochody do dyspozycji na osobę
Realne dochody do dyspozycji na osobę
  
Indeks nastrojów konsumentów opracowywany przez Uniwersytet Michigan
Indeks nastrojów konsumentów opracowywany przez Uniwersytet Michigan. Źródło: Bankier.pl

Nic więc dziwnego, że przy szybko rosnących kosztach życia (prawdziwa inflacja CPI w USA od dekady regularnie przekracza 4%) nastroje amerykańskich gospodarstw domowych utrzymują się na poziomach charakterystycznych raczej dla okresów recesji niż wzrostu gospodarczego.

Korporacyjna Ameryka ma się dobrze

Skoro jest tak źle, to dlaczego indeks S&P500 - główny miernik giełdowej koniunktury w USA - niemalże wyrównał historyczne szczyty z 2000 i 2007 roku? - zapyta optymista. Odpowiedź jest prosta: zyski największych amerykańskich korporacji są obecnie wyższe niż w rekordowym dotąd 2006 roku.

Wielkim firmom prowadzącym interesy w skali globalnej nie przeszkadza słaby wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych. Udział zysków przedsiębiorstw w amerykańskim PKB jest obecnie rekordowo wysoki, a udział płac rekordowo niski.

W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że z powodu wysokiego bezrobocia korporacje mogą niewiele płacić swoim pracownikom, a ci i tak będą ciężko pracować, obawiając się bezrobocia. Wielkie firmy, mające bezpośredni dostęp do rynku kapitałowego, korzystają też z ekstremalnie taniego kredytu, dzięki czemu maleją ich koszty finansowe i rosną zyski.

Równocześnie sytuacja małego i średniego biznesu jest bardzo zła, co obrazuje indeks NFIB, który w grudniu nieznacznie odbił się od najniższego poziomu od dwóch lat. Wciąż jednak był to jeden z najniższych odczytów w niemal 40-letniej historii tego wskaźnika. Ten miernik optymizmu właścicieli małych firm w USA jest obecnie o 12% niższy niż w roku 1986. W pierwszej kadencji prezydenta Obamy liczba otwieranych firm w przeliczeniu na 1000 mieszkańców była o 30% niższa niż za czasów jego trzech poprzedników.

Antykryzysowa polityka podsyca kryzys
Antykryzysowa polityka podsyca kryzys

Obecne kłopoty Ameryki to nie tylko efekt recesji i pęknięcia bańki na rynku nieruchomości. Największa gospodarka świata boryka się ze strukturalnymi problemami, które z każdym rokiem narastają, zamiast zostać rozwiązane. W mojej ocenie istnieją dwa zasadnicze i powiązane ze sobą przyczyny takiego stanu rzeczy.

Pierwszym są niezrównoważone finanse publiczne USA i pęczniejący dług publiczny. Każdy rok prezydentury Baracka Obamy kończył się z niedoborem w kasie państwa przekraczającym bilion dolarów, a 40% wydatków federalnych finansowano na kredyt. Skutkiem jest galopujący dług publiczny, który w cztery lata przyrósł o 4,1 biliona dolarów. A to nic innego jak odroczone przyszłe podatki, które zduszą wszelki wzrost gospodarczy. Amerykanie mogli się o tym przekonać przy okazji zamieszania w sprawie tzw. klifu fiskalnego. Problemem USA nie jest to, że nagła podwyżka podatków wpędziłaby kraj w recesję, lecz to, że gospodarka ciągnie tylko dzięki pompowaniu w nią biliona dolarów państwowego kredytu rocznie. Na dłuższą metę jest to nie do utrzymania i amerykańscy przedsiębiorcy doskonale to przeczuwają.

Drugim problemem Ameryki jest rozbudowa struktur państwa, a w szczególności aparatu "bezpieczeństwa" oraz programów socjalnych. Rosnące koszty wypłaty emerytur i opieki medycznej nad osobami starszymi w połączeniu z gigantycznymi wydatkami militarnymi prędzej czy później rozsadzą budżet supermocarstwa.

Rosnąca liczba rządowych regulacji w połączeniu z wiszącą nad Ameryką nieuchronną podwyżką podatków tłumi prywatną inicjatywę. Ponadto Biały Dom zniechęca Amerykanów do pracy, oferując im 99-tygodniowe zasiłki dla bezrobotnych i równocześnie opodatkowując ludzi, którzy mogliby tworzyć nowe miejsca pracy.

Kraina wolności popada w ruinę

Ograniczanie wolności osobistej i gospodarczej w Stanach Zjednoczonych w połączeniu z etatystyczną polityką gospodarczą prowadzą do przedłużenia kryzysu gospodarczego. Ameryka potrzebuje nowej fali deregulacji, zrównoważenia budżetu, uproszczenia podatków i znormalizowania polityki pieniężnej (czytaj: gwałtownego podniesienia stóp procentowych).

Należałoby zlikwidować tysiące zbędnych przepisów, dziesiątki niepotrzebnych urzędów i drastycznie ściąć wydatki socjalne oraz wojskowe. Zamknąć powołaną wbrew konstytucji USA Rezerwę Federalną i ponownie oprzeć pieniądz na złocie. Tylko wolny rynek, przedsiębiorczość, mocny pieniądz i rynkowe stopy procentowe mogą zmniejszyć bezrobocie i zapewnić trwały wzrost gospodarczy.

Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl

Źródło:
Krzysztof Kolany
Krzysztof Kolany
główny analityk Bankier.pl

Analityk rynków finansowych i gospodarki. W zakresie jego zainteresowań leżą zarówno Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, jak i rynki zagraniczne: Nowy Jork, Londyn i Frankfurt. Specjalizuje się w rynkach metali szlachetnych oraz monitoruje politykę najważniejszych banków centralnych. Analizuje wpływ sytuacji gospodarczej na notowania akcji, kursy par walutowych i ceny surowców. Jest trzykrotnym laureatem organizowanego przez NBP prestiżowego konkursu im. W. Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych w kategoriach dziennikarstwo internetowe (2010) oraz polityka pieniężna i stabilność finansowa (2018 i 2019). Otrzymał także tytuł Herosa Rynku Kapitałowego 2016 przyznawany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Tel.: 697 660 684

Tematy
Otwórz konto dla firm i zyskaj do 1100 zł premii!

Otwórz konto dla firm i zyskaj do 1100 zł premii!

Advertisement

Komentarze (2)

dodaj komentarz
~xyz
Wydaje ci się, że wszystko można zrzucić na Żydów? Pamiętaj, że Jezus był Żydem!
~as
Prawda to. A ten cały Obawa to jest wydaje mi się centrum dowodzenia zła. ten "niby-socjal" w rzeczywistości jest działaniem pod wielkie korporacje. Tani pieniądz dla bogaczy, wysokie ceny dla ludu, do tego przekłamane statystyki, hmmm, skąd my to znamy (nasze podwórko?). Naród zastraszony biedą i wyimaginowanym Prawda to. A ten cały Obawa to jest wydaje mi się centrum dowodzenia zła. ten "niby-socjal" w rzeczywistości jest działaniem pod wielkie korporacje. Tani pieniądz dla bogaczy, wysokie ceny dla ludu, do tego przekłamane statystyki, hmmm, skąd my to znamy (nasze podwórko?). Naród zastraszony biedą i wyimaginowanym często terroryzmem godzi się na kolejne obostrzenia, formacje mundurowe, kosmiczne wydatki na wojsko, drastyczne ograniczanie wolności osobistej. ten raj wolności, znany przez starsze pokolenia tylko z piosenek i starych filmów, zamienia się w - podobną do europejskiej - korpo-komunę, inaczej socjalizm korporacyjny. w takim systemie wąska wierchuszka spija nektar, a ogłupiałe społeczenstwo na nich tyra. W US jest FED i jego magnaci mający pochodzenie zlokalizowane gdzieś w okolicach brzegu Jordanu. Ich nie obchodzi ten wielonarodowy twór, oni mają swoje cele- władza nad całym swiatem i pożeranie wszelkich jego dóbr.

Powiązane

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki