REKLAMA
KRK'26

Czym są słynne "trzy filary"?

2007-11-27 06:00
publikacja
2007-11-27 06:00
Od 1999 r. funkcjonuje Polsce nowy system emerytalny, część składki trafia do otwartych funduszy emerytalnych, ZUS utworzył indywidualne konta ubezpieczonych, pracodawcy przekazują pracownikom formularze RMUA, górnicy w wyniku protestów pod sejmem przed wyborami 2005 r. uzyskali zachowanie przywilejów emerytalnych, obowiązywanie możliwości korzystania z wcześniejszych emerytur zostało ostatnio przedłużone na kolejny rok… Czy wszystko zatem w nowym systemie emerytalnym jest jasne? Sprawdźmy.

Jedną z powszechnie powtarzanych charakterystyk nowego sytemu jest to, że jest on wielofilarowy.

Co to znaczy? Wielofilarowość nowego sytemu emerytalnego wskazuje na to, że po przejściu na emeryturę będziemy mogli ją otrzymywać z więcej niż jednego źródła. Co do zasady, wszystkie osoby ubezpieczone, które w roku 1999 miały 50 lat lub były młodsze, znalazły się w nowym systemie emerytalnym. Starsze miały w ciągu roku 1999 możliwość dokonania wyboru, czy zamierzają część składki emerytalnej przekazać do otwartego funduszu emerytalnego, czy pozostawić jej całość w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

Nie miały one natomiast możliwości pozostania w starym systemie – wybór dotyczył tylko tego czy nowa emerytura będzie w całości pochodzić z ZUS, czy w części z ZUS, a w części z kapitałów zgromadzonych w OFE. Pozostali ubezpieczeni objęci nowym systemem obowiązkowo dzielą składkę emerytalną między ZUS a OFE. Jeśli nie dokonają wyboru OFE, to zostają przydzieleni do jednego z OFE w drodze losowania przeprowadzanego przez ZUS.

Oznacza to, że w nowym systemie funkcjonują dwa tzw. obowiązkowe filary – repartycyjny i kapitałowy. W filarze repartycyjnym (zwanym też Pay As You Go, czyli w skrócie PAYG) wpływające składki są co do zasady przeznaczane na bieżącą wypłatę świadczeń emerytalnych. W filarze kapitałowym składki są inwestowane i przy przejściu na emeryturę służą wykupieniu emerytury dożywotniej w zakładzie emerytalnym.

W ramach reformy emerytalnej wprowadzono także możliwość dodatkowego dobrowolnego oszczędzania na emeryturę. Od początku funkcjonowania nowego systemu emerytalnego wprowadzono możliwość oszczędzania w ramach pracowniczych programów emerytalnych, a po kilku latach system uzupełniono także o indywidualne konta emerytalne. Oba te elementy systemu emerytalnego dostępne są także dla ubezpieczonych, którzy pozostali w starym systemie emerytalnym. Oba mają charakter kapitałowy.

Dlatego nowy system emerytalny w Polsce bez wątpienia jest systemem wielofilarowym. Koncepcja wielofilarowego systemu emerytalnego nie jest polską specyfiką. Na świecie od wielu lat mówi się o wielofilarowości systemów emerytalnych. Niestety brak jest jednej przez wszystkich akceptowanej klasyfikacji systemów emerytalnych. W efekcie w powszechnym użyciu są dwie koncepcje trójfilarowych systemów emerytalnych. Pierwsza to tzw. koncepcja Banku Światowego wywodząca się z raportu Averting the Old Age Crisis, druga to koncepcja stosowana powszechnie przez Unię Europejską i OECD.

Zgodnie z koncepcją Banku Światowego pierwszy filar jest powszechny i repartycyjny, drugi – jest także powszechny, ale kapitałowy, a trzeci filar oparty jest na pracowniczych programach emerytalnych. Natomiast zgodnie z nomenklaturą stosowaną w Unii Europejskiej – pierwszy filar to zabezpieczenie społeczne, drugi – pracownicze programy emerytalne, trzeci – indywidualne oszczędności emerytalne.

To zróżnicowanie terminologiczne prowadzi oczywiście do różnego rodzaju konfuzji, gdy próbuje się posługiwać wyłącznie numerami filarów, bez wskazania, o którą wersję chodzi. Stąd też brak jest zgody, jak klasyfikować w naszym systemie indywidualne konta emerytalne – czy stanowią one element trzeciego filaru, czy też odrębny czwarty filar (razem z innymi formami dodatkowych dobrowolnych indywidualnych oszczędności emerytalnych). Skąd ten problem? Otóż zgodnie z nomenklaturą UE oba obowiązkowe elementy systemu emerytalnego w Polsce powinny być uznane za element zabezpieczenia społecznego, czyli za I filar, pracownicze programy emerytalne – to w tej terminologii II filar, a indywidualne konta emerytalne – III filar.

Natomiast według nomenklatury Banku Światowego – element repartycyjny to I filar, OFE – II filar, a pracownicze programy emerytalne – to III filar. W efekcie i pracownicze programy emerytalne i indywidualne konta emerytalne są uznawane za III filar, tyle że każde z nich według innej wersji systemu trójfilarowego. Z tych przyczyn najprostsze wydaje się, w sytuacji, gdy na forum UE odrębnie reguluje się pracownicze programy emerytalne, a odrębnie indywidualne oszczędności emerytalne, uznanie PPE za III filar, a IKE za IV filar. Nie jest to jednak pogląd powszechnie przyjęty, zatem można też spotkać się z zaliczeniem zarówno PPE jak i IKE do III filaru systemu emerytalnego. W tym rozumieniu III filar obejmuje wszystkie dobrowolne formy oszczędzania na emeryturę, bez względu na to, czy jest to związane z zachętami ze strony państwa, czy też nie.

Czym, poza wielofilarowością, nowy system emerytalny różni się od starego?

Podstawową różnicą między tymi systemami jest całkowicie odmienna formuła ustalania świadczenia emerytalnego. W starym systemie ustalanie świadczenia emerytalnego oparte było na zasadzie zdefiniowanego świadczenia, w nowym systemie ustalane będzie w myśl formuły zdefiniowanej składki. Jaka jest różnica między tymi sposobami ustalania wysokości świadczenia? W przypadku zdefiniowanego świadczenia, jego wysokość ustalana jest w oparciu o określoną formułę, często jako procent ostatniego wynagrodzenia pobieranego przez osobę przechodzącą na emeryturę.

W Polsce obecnie ta formuła jest bardziej skomplikowana, gdyż wysokość świadczenia uzależniona jest od tzw. kwoty bazowej, równej dla wszystkich oraz relacji pobieranego wynagrodzenia (ograniczonego do 2,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia) do przeciętnego wynagrodzenia oraz sumy okresów składkowych i nieskładkowych, którym przypisuje się odpowiednie wagi przy ustalaniu wysokości świadczenia. Odmienna jest filozofia stojąca za formułą zdefiniowanej składki. W myśl tej filozofii podstawą do ustalenia wysokości świadczenia są odprowadzane w okresie zatrudnienia składki, które tworzą rzeczywisty (w części kapitałowej) lub wirtualny (w części repartycyjnej) kapitał będący podstawą do nabycia lub ustalenia świadczenia. Po przejściu na emeryturę za te środki nabywa się (lub ustala się) świadczenie. W przypadku świadczeń dożywotnich kluczowym czynnikiem wpływającym na przeliczenie kapitału na świadczenie jest dalsza oczekiwana długość życia ustalana na podstawie tablic aktuarialnych.

Stąd nowy system wymaga funkcjonowania indywidualnych kont dla każdego ubezpieczonego, zarówno w części repartycyjnej, jak i w części kapitałowej. Indywidualne konta w części repartycyjnej prowadzone są przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych, w części kapitałowej przez otwarty fundusz emerytalny, w przypadku filarów dobrowolnych przez instytucję finansową zarządzającą środkami w ramach PPE lub IKE. Cały nowy system emerytalny oparty jest na zasadzie zdefiniowanego świadczenia – dotyczy to zarówno Funduszu Ubezpieczeń Społecznych administrowanego przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych, jak i OFE oraz PPE i IKE.

Zaletą systemu zdefiniowanej składki jest jego prostota oraz możliwość łatwego przenoszenia zgromadzonych środków między poszczególnymi formami lub instytucjami w ramach części dobrowolnej. Wadą jest przerzucenie ryzyka inwestycyjnego (w części kapitałowej) lub tempa wzrostu funduszu płac (w części repartycyjnej) na ubezpieczonych. Prowadzi to jednak do znacznego obniżenia kosztów systemowych. Oparcie systemu na zasadzie zdefiniowanej składki utrudnia jednak ustalenie wartości przyszłej emerytury i jej relacji do wynagrodzenia (tzw. stopa zastąpienia), gdyż zależy ona w dużym stopniu od stóp zwrotu osiąganych w fazie oszczędzania w części kapitałowej oraz ponoszonych kosztów związanych z uczestnictwem w systemie.

Jakie zmiany zaszły w płaconych składkach po wprowadzeniu nowego systemu emerytalnego?

W starym systemie pracodawca opłacał jedną składkę na ubezpieczenie społeczne, od wprowadzenia nowego systemu emerytalnego doszło do ubruttowienia wynagrodzeń pracowniczych i podziału składek między pracodawcę a pracownika (ubruttowienie wynagrodzenia miało prowadzić do tego, że efekt podziału składki nie obniży wynagrodzenia netto pobieranego przez pracownika). Jednocześnie podzielono dotychczasową składkę na ubezpieczenie społeczne na cztery składki: emerytalną, rentową, chorobową i wypadkową. Ta ostatnia opłacana jest w różnej wysokości przez pracodawcę w zależności od ryzyka związanego z tym ubezpieczeniem.

Jednocześnie dla wszystkich ubezpieczonych wprowadzono ograniczenie wysokości pobieranej w ciągu roku składki emerytalnej i rentowej do 30-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Dla osób, które objęte są nowym systemem emerytalnym i nie zdecydowały o pozostawieniu całej składki w części repartycyjnej, składka emerytalna podlega podziałowi między część repartycyjną i kapitałową (OFE). Ubytek składki transferowanej przez ZUS do OFE jest rekompensowany Funduszowi Ubezpieczeń Społecznych przez budżet państwa w postaci tzw. dotacji uzupełniającej. Unia Europejska wymusiła na Polsce, by od kwietnia 2007 r. transfery do OFE uważać za transfery poza system finansów publicznych, co znacząco podwyższa deficyt wyliczany dla potrzeb spełniania przez Polskę kryteriów Unii Monetarnej, co może utrudnić podjęcie decyzji o terminie przyjęcia euro, nawet jeśli będzie możliwe zastosowania mechanizmów przejściowych czasowo ograniczających skalę uwzględnianych w statystyce transferów.

Istotne z punktu widzenia ubezpieczonych jest, że składka do OFE nie jest nową dodatkową składką, lecz stanowi część dotychczasowej składki i powstała poprzez jej podział. Oszczędności w OFE nie są żadnymi dodatkowymi oszczędnościami, lecz stanowią jedynie odmienne skierowanie części strumienia składek – z części repartycyjnej do części kapitałowej. Dodatkowe oszczędności to jedynie te, które gromadzone są w pracowniczych programach emerytalnych i na indywidualnych kontach emerytalnych.

Tam bowiem trafiają dodatkowe środki. Jest to o tyle istotne, że wszystkie szacunki wskazują na to, że stopa zastąpienia (czyli relacja emerytury do pensji) w nowym systemie z części obowiązkowych będzie znacząco niższa niż w starym systemie. W starym systemie stopa zastąpienia wynosiła bowiem około 70%, w nowym systemie szacuje się, że może ona wynosić między ok. 35% a ok. 50%, w zależności m.in. od osiąganych stóp zwrotu, wieku przejścia na emeryturę i dalszej oczekiwanej długości życia oraz kosztów związanych z uczestnictwem w systemie i płci (Stopy Zastąpienia, Projekcje stóp zastąpienia w nowym systemie emerytalnym, Urząd Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, Warszawa 2002).

Paweł Pelc

Autor jest radcą prawnym. Tekst wyraża prywatne opinie autora, a nie instytucji, z którymi jest związany zawodowo.
Źródło:
Tematy
Wybierz Orange Flex UNLMTD dla firm z dodatkowymi kartami SIM za 0 zł – Tak O!
Wybierz Orange Flex UNLMTD dla firm z dodatkowymi kartami SIM za 0 zł – Tak O!
Advertisement

Komentarze (5)

dodaj komentarz
~maniana
Nadal nie dysponujemy prawem do swoich pieniędzy odprowadzanych pod przymusem. To jeszcze nie jest najgorsze. Jeżeli pracodawca nie zapłaci za nas składek ZUS i w związku z tym nie wpłyną pieniądze z ZUSu na drugi filar, to nie możemy takiego pracodawcy pozwać do Sądu, bo NIE JESTEŚMY STRONĄ w tej sprawie. A sprawa dotyczy milionów Nadal nie dysponujemy prawem do swoich pieniędzy odprowadzanych pod przymusem. To jeszcze nie jest najgorsze. Jeżeli pracodawca nie zapłaci za nas składek ZUS i w związku z tym nie wpłyną pieniądze z ZUSu na drugi filar, to nie możemy takiego pracodawcy pozwać do Sądu, bo NIE JESTEŚMY STRONĄ w tej sprawie. A sprawa dotyczy milionów ludzi, głównie z "państwowych zakładów pracy", np.szpitali. Podobno państwo gwarantuje wypłatę składek. Co za bzdura. Moich zaległych składek ( nie opłaconych przez pracodawcę-szpital) nie ma na moim koncie. Kto mi to wypłaci z odsetkami. Co Pan na to Panie ekspercie?
~lity


Absolwenci radzieckiej kuźni w MSZ


Wojciech Lorenz 27-11-2007, ostatnia aktualizacja 27-11-2007 06:50
W Ministerstwie Spraw Zagranicznych pracuje od 300 do 400 osób, które ukończyły moskiewską szkołę dyplomatyczną. To prawie połowa zawodowych dyplomatów w MSZ

autor zdjęcia: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
+zobacz


Absolwenci radzieckiej kuźni w MSZ


Wojciech Lorenz 27-11-2007, ostatnia aktualizacja 27-11-2007 06:50
W Ministerstwie Spraw Zagranicznych pracuje od 300 do 400 osób, które ukończyły moskiewską szkołę dyplomatyczną. To prawie połowa zawodowych dyplomatów w MSZ

autor zdjęcia: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
+zobacz więcej
· Moskiewska szkoła kształci dyplomatów czy także szpiegów?
· Stare wraca do MSZ
W polskiej służbie zagranicznej pracuje ok. 4 tysięcy osób, ale tylko 800 ma stopień dyplomatyczny. Prawie połowa z nich zdobyła go dzięki studiom w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych (MGiMO) w czasach ZSRR.
Na początku 2006 roku tzw. mgimowcy znaleźli się na liście osób, które mają stracić wysokie stanowiska w MSZ. „Uznajemy za głęboko niesłuszne, aby funkcje ambasadorów RP pełniły osoby związane w przeszłości ze służbami i aparatem partyjnym PZPR. Straciły one zaufanie władz RP odpowiedzialnych za kształtowanie polityki zagranicznej” – brzmiał komunikat ministerstwa. Kilka miesięcy później rozpoczęła się kadrowa rewolucja. W budynku MSZ przy al. Szucha „mgimowcom” wręczano dymisje i przenoszono ich do mniej odpowiedzialnych zadań. Kilkunastu odwołano z zagranicznych placówek.
– Wszystko, czego się można nauczyć na MGiMO, wykładane jest też na innych uczelniach w Polsce i za granicą. Nie ma więc powodu, by absolwenci sowieckiej uczelni mieli preferencje w demokratycznym kraju, który się odcina od swojej przeszłości. Ale znam kilka kompetentnych osób po tej uczelni i one na pewno powinny pozostać – przekonuje w rozmowie z „Rz” Paweł Kowal, wiceminister spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.
– Radosław Sikorski uważa, że jedyne kryteria, jakimi powinno się kierować przy doborze ludzi, to ich profesjonalizm i lojalność wobec kraju – zaznacza z kolei Ryszard Schnepf, wiceminister spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska. – Nie byłoby dobrze, gdyby z powodu ukończenia tej czy tamtej uczelni ktoś był dyskryminowany lub faworyzowany.
Słowa wiceministra zdaje się potwierdzać ostatnia nominacja Romana Kowalskiego. Ten absolwent MGiMO zwolniony ponad rok temu ze stanowiska teraz został wiceszefem departamentu kadr i szkoleń w MSZ.
Moskiewska akademia dyplomatyczna od dawna wzbudza podejrzenia. Pieczę nad uczelnią miały sprawować KGB i wywiad wojskowy GRU. Wykładali na niej m.in. ludzie związani ze specsłużbami, np. Jewgienij Primakow, były szef KGB. Ale jak mówi „Rz” Wiktor Suworow, były oficer sowieckiego wywiadu, który w czasie zimnej wojny uciekł na zachód, uczelnia szkoliła przede wszystkim zwykłych dyplomatów. – KGB i GRU miały własne uczelnie. A MGiMO odpowiadała za tzw. czystą dyplomację. Oczywiście studenci byli dokładnie sprawdzani przez specsłużby. Były też przypadki, że KGB wysyłało na studia agentów, aby potem udawali zwykłych dyplomatów – mówi Suworow.
"Nie ma powodu, by absolwenci sowieckiej szkoły mieli preferencje " Paweł Kowal - były wiceminister w MSZ
"Nikt nie może być dyskryminowany, bo skończył taką czy inną uczelnię" Ryszard Schnepf - wiceminister w MSZ
Źródło : Rzeczpospolita



Moskiewska szkoła kształci dyplomatów czy także szpiegów?
Wojciech Lorenz 27-11-2007, ostatnia aktualizacja 27-11-2007 04:16
Anna Fotyga, była szefowa resortu, nie chciała pracować z absolwentami MGIMO. Jej następca jednego z nich uczynił wicedyrektorem działu kadr i szkoleń
· Absolwenci radzieckiej kuźni w MSZ
· Stare wraca do MSZ
– Główny problem z absolwentami tej uczelni nie polegał na podejrzeniach o ich lojalność. Przede wszystkim chodziło o to, aby ludzie z jednego kręgu towarzyskiego nie decydowali w MSZ o najważniejszych rzeczach, jak to bywało wcześniej – tłumaczy ambasador w Sofii Andrzej Papierz, który za rządów PiS kierował biurem kadr w MSZ. Podkreśla, że samo ukończenie MGIMO nie daje podstaw do podejrzeń o współpracę z obcym wywiadem.
Szanse na studia w MGIMO w latach 70. i 80. miały głównie dzieci komunistycznych prominentów. Dzięki rodzicom dostawały się na najlepsze wydziały. – Akademię kończył np. syn Andrieja Gromyki i szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Iwanow – mówi Wiktor Suworow, były oficer sowieckiego wywiadu.
Z Polski przyjeżdżali też zdolni studenci pochodzący z małych miasteczek. Studia w Moskwie były dla nich drogą do awansu społecznego. – To były niezwykle ciężkie studia. Zwłaszcza dla ludzi z prowincji, którzy nie mieli znajomości. Byli za to zdolni i ambitni. Dlatego pogardzali dziećmi partyjnych kacyków, które kończyły tylko roczne czy dwuletnie kursy i nie wiadomo, co na nich robiły – mówi nam jeden z dyplomatów.
Studentem z małego miasta, który ukończył MGIMO, jest wiceszef kadr w MSZ Roman Kowalski. Przez pięć lat studiował węgierski i języki zachodnie. Jak dostał się do akademii? – To banalna historia. W Szkole Głównej Planowania i Statystyki, gdzie się uczyłem, wisiało ogłoszenie o naborze na studia w Moskwie. Zgłosiłem się i pojechałem. Teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd, ale sam podjąłem taką decyzję. Nie korzystałem z niczyjej protekcji, nikt mnie nie próbował werbować – mówi „Rz” Kowalski.
W zeszłym roku został zwolniony ze stanowiska wiceszefa kadr w MSZ i przeniesiony do Departamentu ds. Europy. Nie uważa, że padł ofiarą czystek. – Zwolnił mnie nowy dyrektor generalny służby zagranicznej, który miał prawo dobierać sobie współpracowników – mówi Kowalski.
Po ostatnich wyborach i kolejnej zmianie dyrektora generalnego dyplomata ponownie trafił do działu kadr. Informacja, że dostał tam kierownicze stanowisko, wywołała burzę.
"Można było wybrać sowiecką uczelnię albo pracę w opozycji" - Andrzej Papierz ambasador w Bułgarii
– Po pierwsze został wicedyrektorem, a nie dyrektorem, jak twierdziły media. A po drugie nigdy nie było zastrzeżeń co do jego kompetencji. Poprzednio został powołany na kierownicze stanowisko, kiedy ministrem była Anna Fotyga – podkreśla rzecznik MSZ Piotr Paszkowski.
Większość z naszych rozmówców, również tych związanych z PiS, zaznacza, że wśród absolwentów MGIMO jest wielu wybitnych fachowców. Najczęściej wymieniane nazwiska to ambasador w Wietnamie Mirosław Gajewski czy Piotr Świtalski – stały przedstawiciel Polski przy Radzie Europy w Strasburgu, który na MGIMO zrobił doktorat.
Mimo to część dyplomatów, którzy przyszli do ministerstwa po 1990 r., traktuje „mgimowców” z dystansem. – Tu chodzi o „kwestię smaku”. W latach 70. czy 80. można było wybrać uczelnię sowiecką albo zdecydować się na jakąś formę, jeżeli nie opozycji, to chociaż krytycznego spojrzenia na sytuację Polski. Ten konformizm, który wybierali studenci MGIMO, w większości pozostał w nich do dziś. Czy to ma być fundament polskiego dyplomaty w XXI wieku? Nie mam wątpliwości, że nie – mówi ambasador Papierz.
W MSZ wycięto tekst o MGIMO
Po tym, jak w ubiegłym tygodniu napisaliśmy, że nowym szefem kadr w MSZ został absolwent MGIMO, tekst „Rz” na ten temat nie pojawił się w przeglądzie prasy przygotowywanym dla dyplomatów.– To niemożliwe, ale sprawdzę – mówi Piotr Paszkowski, rzecznik prasowy ministerstwa.– Rzeczywiście, inne teksty z „Rzeczpospolitej” są, a tekstu o kadrach nie ma, dziwne – przyznał po chwili.Kiedy resortem kierowała Anna Fotyga, w mediach pojawiały się podobne zarzuty o cenzurowanie np. niepochlebnych tekstów z prasy zachodniej. W dniu feralnego przeglądu prasy minister Radosław Sikorski– jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy – na spotkaniu z pracownikami MSZ mówił właśnie, że pod jego rządami żadnego cenzurowania nie będzie. Ministerstwo zapewniło nas, że Roman Kowalski nie będzie szefem kadr, tylko jego zastępcą, a obowiązki szefa (którego nie ma) będzie pełnił inny, nowo powołany zastępca.
—dok




Stare wraca do MSZ
Piotr Semka 26-11-2007, ostatnia aktualizacja 27-11-2007 01:48
W Ministerstwie Spraw Zagranicznych niemal połowa pracowników posiadających stopień dyplomatyczny to absolwenci MGIMO – Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych. W czasach ZSRR uczelnia ta szkoliła kadry dyplomatyczne dla krajów komunistycznych, dbając jednocześnie o to, by spory procent swoich absolwentów związać z KGB.
· Moskiewska szkoła kształci dyplomatów czy także szpiegów?
· Absolwenci radzieckiej kuźni w MSZ
Dyplom MGIMO bywał przepustką do karier wewnątrz nomenklatur krajów bloku sowieckiego. Nie bez przyczyny największe fory przy egzaminach dawano dzieciom komunistycznych prominentów z krajów demokracji ludowej. Dziś trudno orzec, kto z absolwentów owej uczelni może być obiektem rosyjskich nacisków, a w czyim wypadku moskiewskie studia nie niosą ze sobą żadnych zagrożeń dla bezpieczeństwa Polski.
Za czasów minister Anny Fotygi przyjęto w MSZ politykę powolnego, acz konsekwentnego pozbywania się absolwentów MGIMO. Także dlatego, że nawet w latach 70. i 80. zgłaszanie się na studia do Moskwy było dowodem wyjątkowego serwilizmu i chęci robienia kariery w PRL za wszelką cenę. Argumentowano – i słusznie – że do MSZ muszą przyjść nowi ludzie, by zastąpić "mistrzów przetrwania", którzy mocno trzymali się podczas rządów kolejnych ekip III RP.
Dziś – na fali "odzyskiwania MSZ" - uznano, że MGIMO w życiorysie to żaden powód do wstydu. Absolwent tej uczelni został niedawno jednym z urzędników odpowiedzialnych za kadry w resorcie spraw zagranicznych. Obrońcy tej i innych decyzji personalnych twierdzą, że od sprawdzania ich lojalności jest polski kontrwywiad, a fakt ukończenia jakiejś uczelni nie może być ważniejszy od profesjonalizmu.
Warto jednak się zastanowić, czy MGIMOowcy, którzy zdominowali naszą dyplomację, nie stali się kastą niedopuszczającą do MSZ nowych ludzi. I dlaczego - choć od upadku PRL minęło już 18 lat - wciąż mają takie wpływy?
Nominacje dla absolwentów MGIMO mogą zatem budzić niepokój. Minister Radosław Sikorski winien raczej wietrzyć gmach na alei Szucha z dyplomatów z czasów komunizmu, niż promować ich jako reprezentantów normalności po epoce IV RP. Powinien się zastanawiać, jak przyciągnąć do resortu młodych ludzi, którzy po 1989 roku poznali już nieco świat.
Skomentuj na blog.rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita

~klient ofe
jak nie wiesz o czym piszesz to.........lepeij zamilcz....
od 1.03 jak jestem klientem ofe moja I składka dała 183 % zysku.....brutto po potraceniu prowizji ofe i tak zostało...grubo ponad 170%!!!! zobacz ile dała lokata bankowa za ten czas.....? hmm.....
radzę odrobić te lekcję a potem dopiero zabrać się za pisanie........
~cv
Zobaczymy jak trafi ci się wypłata emerytury po 10 letniej bessie takiej jak aktualnie jest w Japonii. Zobaczymy ile zostanie z tych twoich 170%. Nie mówię już o tym że TFI zrobiły 100% w rok przy niższych kosztach (300% w 3 lata). Gdzie ty widzisz kokosy w OFE.
~cv
2 filar różni się tylko tym, że oligopol OFE zdziera 7% prowizji od wpłat a zarobił w tym roku tyle co na lokacie w większości kupując obligacje skarbowe, które i tak gwarantuje państwo. Taki system emerytalny funkcjonuje tylko w Ameryce łacińskiej i delikatnie mówiąc się nie sprawdził (z czym kojarzy się Argentyna?). Wniosek, OFE 2 filar różni się tylko tym, że oligopol OFE zdziera 7% prowizji od wpłat a zarobił w tym roku tyle co na lokacie w większości kupując obligacje skarbowe, które i tak gwarantuje państwo. Taki system emerytalny funkcjonuje tylko w Ameryce łacińskiej i delikatnie mówiąc się nie sprawdził (z czym kojarzy się Argentyna?). Wniosek, OFE robi to samo co ZUS tworząc przy tym znacznie większe koszty i to nie koniec. Bo wypłacający emeryturę również zgarnie swoją prowizje z 10% lekko.

Powiązane: Emerytury

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki