Arsenał gospodarczy Chin [Część I - juan]

analityk Bankier.pl

Dewaluacja juana nie jest cudownym antidotum na taryfową truciznę zaaplikowaną Chinom przez Donalda Trumpa. Nie tylko może się okazać nieskuteczna, ale także bardzo szkodliwa dla gospodarki Państwa Środka. Pekin ma w swoim gospodarczym arsenale bezpieczniejsze i bardziej efektywne narzędzia zdolne wesprzeć koniunkturę za Murem.

W powszechnym przekonaniu chińskie władze dysponują trzema potężnymi orężami, które mają im dać wyraźną przewagę a nawet zwycięstwo w wojnie handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. Mowa o metalach ziem rzadkich, amerykańskich obligacjach skarbowych i juanie. W ramach przeglądu arsenału gospodarczego Pekinu przyjrzymy się wszystkim trzem, w tym artykule poruszymy kwestie najbardziej wątpliwą, dewaluację "czerwonego".

Intuicyjnie osłabienie renminbi jest prostą i skuteczną odpowiedzią na podwyżkę taryf na import z Chin do USA. Skoro amerykańskie władze żądają 25-proc. haraczu, to ktoś musi ponieść o tyleż wyższy koszt sprowadzenia niektórych produktów zza Muru. Jako że cła są opłacane przez importera, to po wprowadzeniu nowych sankcji towary z Państwa Środka stały się dla niego droższe. Zmniejsza on zatem zakupy tych dóbr. Aby zneutralizować wpływ amerykańskich sankcji, chińskie władze mogą osłabić juana. Doprowadzi to do obniżenia kosztów produkcji dóbr wyrażonych w relatywnie silniejszym po tym ruchu dolarze. Dzięki temu sprzedawcy z Chin będą mieli możliwość zaoferowania klientom z USA korzystniejszych warunków. Towar będzie kosztował w Stanach tyle co wcześniej (nowa, niższa cena + cło), więc biznes w Chinach nie będzie musiał ograniczać produkcji, a jego zyski nie spadną.

W rzeczywistości ten dość ogólny obraz należałoby zniuansować. Importer z USA wcale nie musi natychmiast zmniejszać zakupów zza Muru po wprowadzeniu wyższych ceł. Przede wszystkim potrzebuje czasu na znalezienie nowego dostawcy, nie jest jasne, że ten będzie w stanie sprostać oczekiwaniom i zaprezentuje korzystniejszą od Chińczyków ofertę. Firmy są również związane wieloletnimi kontraktami, których zerwanie może być kosztowne, a renegocjacja - czasochłonna. Importer może także uznać, że nowy narzut jest tymczasowy i będzie w stanie przez jakiś czas ponosić wyższe koszty. Zawsze może też we współpracy z eksporterem z Państwa Środka próbować obejść nowe regulacje, choćby z wykorzystaniem krajów trzecich. Takie rozwiązania sprawdzają się nadspodziewanie często, w końcu chodzi o realne pieniądze, a przedsiębiorcy celują w innowacyjności. W efekcie większa część eksportu z Chin będzie trafiała bezpośrednio do innych krajów niż USA, ale ostatecznie produkty te i tak trafią do Stanów.

Zakładając nawet, że eksporterzy sobie nie poradzą i przyda im się wsparcie w postaci słabszego renminbi, wcale nie jest pewne, że Pekin będzie skłonny to zrobić. Znaczenie eksportu w rozwoju chińskiej gospodarki od lat jest zdecydowanie przeceniane, dużo większą rolę odgrywa konsumpcja wewnętrzna i inwestycje. Kontrybucja salda handlu zagranicznego netto we wzroście PKB od dekady nie przekracza 2 p. proc. Zważywszy na koszt alternatywny takiej pomocy dla sektora, o czym mowa będzie w dalszej części artykułu, potencjalny zysk wydaje się zbyt niski, by podejmować spore ryzyko związane z dewaluacją.

Kontrybucja eksportu netto (kolor niebieski) do PKB Chin [p.proc.]
Kontrybucja eksportu netto (kolor niebieski) do PKB Chin [p.proc.] (Bankier.pl na podstawie danych chińskiego urzędu statystycznego)

Perspektywa makroekonomiczna absolutnie nie wyczerpuje jednak tematu. Eksport ma dalece bardziej istotny wpływ na chińską gospodarkę, niż wskazuje na to powyższy wykres. Na micie kluczowej roli eksportu przez lata budowana była wiara w lepszą przyszłość, a nie ma w polityce gospodarczej ważniejszej kwestii niż ukształtowanie szczerego przekonania obywateli i kapitału zagranicznego, że idzie ku lepszemu. Ta wiara motywowała Chińczyków do ciężkiej pracy, a władzy zapewniała lata względnego spokoju i ładu społecznego. Zakłady produkujące dobra na sprzedaż za granicą zapewniały zyski inwestorom, miejsca pracy ludności i dopływ dewiz do gospodarki, umożliwiając wzrost konsumpcji, budowanie oszczędności, inwestowanych następnie za Murem, oraz dynamiczną kreację krajowego pieniądza. Nie można również zapominać o istotnych wątpliwościach dot. wiarygodności chińskich wyliczeń PKB.

Wady i zalety osłabienia juana

Teraz, gdy chińskiej machinie eksportowej chce zaszkodzić prezydent Trump, Pekin staje przez pytaniem, czy i jak interweniować. Podpowiadana przez niektórych ekspertów dewaluacja juana jest w obliczu powyższych argumentów kontrproduktywna - jest bowiem wyraźnym sygnałem, że w Państwie Środka dzieje się źle, co zdecydowanie psuje sentyment wobec chińskich aktywów wśród inwestorów, a obywateli zniechęca do konsumpcji, a skłania do oszczędzania na zbliżające się trudniejsze czasy. Potencjalne zyski z dewaluacji przedsiębiorstw eksportowych wyraźnie blakną w zestawieniu z potencjalnymi stratami pozostałej części gospodarki. Szczególnie jeśli przyjrzymy się trochę dokładniej działalności sektora skoncentrowanego na sprzedaży za granicę. Lepiej robić dobrą minę do złej gry.

Warto przypomnieć, że Państwo Środka jest nie tylko największym na świecie eksporterem, ale i drugim importerem. Dobra sprowadzane z zagranicy służą do zaspokojenia potrzeb lokalnych oraz produkcji dóbr sprzedawanych do innych krajów. Firmy eksportujące korzystają zatem z zagranicznych surowców, półproduktów, licencji i usług. Zanim sprzedadzą swój produkt, muszą sfinansować zakup komponentów niezbędnych do jego wytworzenia. W tym celu muszą pozyskać dewizy lub zorganizować finansowanie w innej formie - za importowane dobra płacą bowiem nie w juanach, ale głównie w walutach obcych (szacunki BIS mówią o ponad 90 proc. importu opłacanego w innych walutach niż renminbi).

Zarządzanie płynnością w warunkach wyraźnie słabszej waluty lokalnej będzie wyzwaniem dla wielu przedsiębiorstw, szczególnie tych prywatnych, które nie cieszą się takim wsparciem sektora bankowego jak firmy państwowe czy też podmioty kontrolowane przez wpływowe grupy interesów.

Ponadto, importochłonność eksportu jest wyższa w przypadku producentów bardziej zaawansowanych i "przyszłościowych" dóbr, m.in. urządzeń elektronicznych. Na skutek osłabienia juana ich produkcja wcale nie musi się zatem okazać tańsza (w dolarach), a wręcz przeciwnie - droższa ze względu na duży udział zagranicznej wartości dodanej, a mały kosztów krajowych (np. kosztów pracy). W takim wypadku produkcja może się nawet zmniejszyć, bo część podmiotów nie będzie w stanie ponieść wyższych kosztów "na wejściu". A to właśnie rozwój tych branż jest kluczowy dla przyszłości chińskiej gospodarki.

Dlatego ważnym celem Pekinu jest próba przejścia na rozliczenia w juanie w handlu międzynarodowym. W procesie internacjonalizacji renminbi dewaluacja waluty z pewnością nie pomoże. Nie tylko z powodu utraty wartości aktywów juanowych, ale przede wszystkim świadomości inwestorów, że Pekin dyktuje wycenę "czerwonego" i nie zawaha się jej zbić w razie ponownej potrzeby.

Nie można też zapominać o mniejszych ofiarach osłabienia juana - choćby firmach zadłużonych w dolarach. Należą do nich m.in. deweloperzy i linie lotnicze. W ich przypadku duża część kosztów działalności jest ponoszona w dolarach, natomiast przychody są głównie juanowe. Z szacunków Dealogic wynika, że do końca 2021 r. chińscy deweloperzy mają do spłaty blisko 80 mld dol. W skali całego sektora przedsiębiorstw niefinansowych dług w walutach obcych jest co prawda minimalny (6 proc. PKB wobec ponad 150 proc. PKB łącznie), ale silnie skoncentrowany i zdolny wywołać reakcję łańcuchową wśród omotanych siecią powiązań firm. Poszkodowani są również oczywiście zwykli ludzie, otrzymujący wynagrodzenie w juanach, ale konsumujący również dobra importowane. Na skutek osłabienia juana wzrosną koszty ich życia oraz spadnie wartość oszczędności.

Wielu firmom osłabienie juana może oczywiście pozwolić na obniżenie kosztów produkcji (wyrażonych w walutach obcych). Wcale nie przesądza to jednak, jaki będzie to miało wpływ na wielkość eksportu. Wszystko zależy od reakcji importera na nałożenie ceł, siły przetargowej stron oraz skali dewaluacji juana. Pytanie czy wzrost wolumenu eksportu w efekcie osłabienia "czerwonego" zrekompensuje ujemny wpływ spadku ceny dolarowej sprzedawanych dóbr. Z punktu widzenia państwa istotna jest odpowiedź w skali makro, z punktu widzenia poszczególnych firm bardziej istotny jest oczywiście ich indywidualna perspektywa. A ta może się między przedsiębiorstwami mocno różnić, choćby w zależności od branży, w której działają, czy ich pozycji na rynku światowym.

W tym miejscu warto się na chwilę zatrzymać i zastanowić, czym właściwie jest eksport i jaka jest jego rola we współczesnej gospodarce. O ile odpowiedź z punktu widzenia jednostki jest oczywista, to o szerszym poglądzie na sprawę często się zapomina, skupiając się na jego pozytywnym wpływie na wielkość PKB (w odróżnieniu od importu, który PKB w danym okresie w czytelny sposób obniża).

W uproszczeniu eksport jest możliwy dzięki zaangażowaniu krajowych zasobów w produkcję dobra (bądź usługi), które jest następnie wymieniane na pieniądze (sprzedawane za granicą). W przypadku większości krajów świata, w tym Chin (ale i Polski), są to waluty obce. Według BIS, za ponad 90 proc. eksportu zza Muru płaci się w dewizach (głównie w dolarach, brak dokładnych szacunków). Eksporter pozyskuje zatem waluty obce w zamian za swoje produkty. Co dalej się z nimi dzieje? To zależy. Sprzedawca może pozostawić sobie dewizy, np. w celu opłaty za importowane komponenty, dobra konsumpcyjne lub aktywa inwestycyjne. Może je również wymienić na walutę krajową, choćby po to, by pokryć koszty prowadzenia działalności (m.in. wynagrodzenia), ale także na własne potrzeby. Z szacunków MFW wynika, że po 2015 r. eksporterzy z Chin wymieniają na renminbi tylko 66 proc. dewiz. Prowadzi to do wykreowania nowego pieniądza krajowego, czyli w przypadku Państwa Środka - zwiększenia podaży juanów. Dopiero ten zastrzyk miejscowego pieniądza daje "kopa" gospodarce.

Alternatywa? Więcej długu

Tyle że Chiny pokazały, że podobny efekt potrafią osiągnąć w inny sposób. Rozwiązaniem jest po prostu kreacja dodatkowego pieniądza przez krajowy system finansowy, czyli mówiąc wprost: zwiększenie zadłużenia. Budzi to oczywiście zrozumiałe obawy: chińskie podmioty są już bowiem potężnie zlewarowane i dalsza ekspansja kredytowa tylko zwiększa niepokój o zbliżające się załamanie systemu pod górą długu. Jednak metoda ta od lat sprawdza się za Murem i wbrew kasandrycznym przepowiedniom wciąż nie doprowadziła do katastrofy. Sama skala wzrostu finansowania, która wystarczyłaby na zrekompensowanie osłabienia eksportu na skutek ceł Trumpa, byłaby stosunkowo niewielka w porównaniu do aktualnego, "normalnego" poziomu ekspansji kredytowej. Nawet zakładając horrendalny scenariusz załamania eksportu do USA o 250 mld dol. (na taki eksport Amerykanie nałożycie 25-proc. cła), to jest to 1,75 bln juanów, czyli raptem tyle, co system finansowy dostarcza obecnie do realnej gospodarki w miesiąc.

Total social financing [bln juanów, dane zrewidowane według nowej metodologii od początku 2017 r.]. Kliknij, aby przeczytać więcej na ten temat
Total social financing [bln juanów, dane zrewidowane według nowej metodologii od początku 2017 r.]. Kliknij, aby przeczytać więcej na ten temat (Bankier.pl na podstawie danych Ludowego Banku Chin)

Mimo to nie ma wątpliwości, że nie jest to optymalne rozwiązanie i ciężko byłoby sensownie ulokować takie środki - większe znaczenie ma bowiem to, czy kredyt trafia w odpowiednie miejsce, niż ile go jest. Niestety, nie jest to proste - należy się raczej spodziewać, że zastrzyk pieniędzy jak zwykle doprowadziłby do zwiększania i tak rozdętych już ponad miarę mocy produkcyjnych przedsiębiorstw, które absolutnie tego nie potrzebują, szczególnie w czasie, gdy spada popyt zagraniczny na ich produkty, oraz napompowania kolejnych baniek na przeróżnych aktywach inwestycyjnych za Murem (nieruchomości, metale przemysłowe itp.).

Musimy sobie jednak zadać pytanie o alternatywę. Jeżeli Pekin uzna, że jakaś stymulacja gospodarki jest konieczna, to lepsze jest zwiększenie zadłużenia (np. rządowego - na rozbudowę sieci świadczeń społecznych, edukacji czy ochrony zdrowia) niż dewaluacja juana. Ta wiąże się bowiem z potężnym zagrożeniem dla stabilności finansowego Państwa Środka.

Waluta z "chińską charakterystyką"

Aby zdać sobie z tego sprawę, należy zrozumieć, jak funkcjonuje chiński reżim walutowy. W odróżnieniu od najlepiej znanych nam walut, których cenę wyznaczają siły rynkowe (na decyzje których mają oczywiście wpływ działania polityków i polityków monetarnych), kurs juana (CNY) jest pod dość ścisłą kontrolą chińskiego banku centralnego - nie jest to jednak ani kurs sztywny, ani płynny. Ludowy Bank Chin (PBoC) w każdy dzień roboczy ustala fixing (kurs referencyjny), wobec którego kurs może się wahać o 2 proc. w górę i w dół dziennie. Ponadto rynek za Murem jest relatywnie płytki i dominują na nim ogromne państwowe banki, które podobnie jak bank centralny podlegają władzom partii komunistycznej. PBoC nawet formalnie nie jest podmiotem niezależnym (jak choćby NBP), lecz jest departamentem rządowym. Poza rynkiem w Chinach kontynentalnych (tzw. onshore) istnieje także rynek offshore. Handluje się tam juanem offshore'owym (CNH). Teoretycznie jest on niezależny od woli chińskich władz (w przeciwieństwie do CNY), ale faktycznie on również znajduje się na dość krótkiej smyczy. Pekin poprzez ograniczenia przepływów kapitału kontroluje, ile płynności (czytaj: pieniędzy) trafia na rynek offshore, a chińskie banki państwowe i na tym rynku są ważnymi graczami.

(fot. Jason Lee / Reuters)

Z powyższego opisu wyłania się prosty wniosek: wartość juana jest kontrolowana przez chińskie władze. Eksperci nieustannie spierają się, na ile wpływają na nią siły rynkowe. Zdania są oczywiście podzielone i, jak zwykle w przypadku oceny polityki gospodarczej Chin, zależą zazwyczaj od afiliacji ideologicznej komentatora. Niewątpliwie komuniści mają do dyspozycji potężne narzędzia do dyktowania wyceny "czerwonego" i w przeszłości nie wahali się po nie sięgać. Wydaje się jednak, że w ostatnich latach rozluźnili trochę kontrolę nad walutą i pozwalają się jej powoli poruszać w zaakceptowanych przez siebie granicach. Zależy im przede wszystkim na tym, by wahania te nie były zbyt gwałtowne.

Wraz z rosnącymi aspiracjami polityków Państwa Środka, dotyczącymi również roli renminbi w światowej gospodarce, pojawił się jednak dość istotny problem - do czego odnosić wartość juana? Przed kilkoma laty z różnych powodów oficjalnie zadeklarowano, że wyznacznikiem będzie koszyk walut, a nie dotychczasowy hegemon, czyli dolar. Nie zmieniło to jednak nastawienia szeroko pojętych inwestorów, w tym chińskich obywateli, dla których głównym punktem odniesienia pozostał "zielony". To właśnie kurs USD/CNY przyciąga codzienną uwagę, to obroty na tej parze stanowią ok. 98 proc. obrotów na chińskim międzybankowym rynku walutowym.

Tymczasem politycy zza Muru regularnie zapewniają, że zależy im na stabilności juana. Nikt jednak nie ma pewności, w stosunku do czego "czerwony" ma być stabilny. Jeżeli prześledzimy notowania z ostatnich 3 lat, zauważymy, że RMB Index porusza się w granicach 92-98 pkt.

RMB Index - wyższa wartość oznacza silniejszego juana wobec koszyka walut, niższa - słabszego
RMB Index - wyższa wartość oznacza silniejszego juana wobec koszyka walut, niższa - słabszego (Bankier.pl na podstawie danych China Foreign Exchange Trade System)

Równocześnie za dolara wciąż płaci się mniej niż 7 juanów. A to właśnie ten poziom jest przez wielu uznawany za "psychologiczną" barierę, której przełamanie może mieć fatalne konsekwencje.

Kurs USD/CNY w ostatnich 15 latach
Kurs USD/CNY w ostatnich 15 latach (Bloomberg)

Problem pojawi się, gdy dolar umocni się wobec innych walut na tyle, że niemożliwe będzie utrzymanie juana w granicach, do których w obu powyższych przypadkach przyzwyczaił się rynek.

Czy warto łamać "siódemkę"?

Pewnie dlatego chińscy dygnitarze usilnie starają się przekonać inwestorów, że złamanie "siódemki" na kursie USD/CNY nie ma znaczenia. Taki był m.in. zeszłotygodniowy przekaz prezesa Ludowego Banku Chin Yi Ganga. Czy to wystarczy? O ile w przypadku globalnego kapitału spekulacyjnego zapewne tak, to mieszkańców kraju za Murem i Donalda Trumpa - już niekoniecznie.

Chińczycy przez lata przyzwyczaili się, że ich oszczędności w juanie stale zyskują na wartości z powodu stopniowego umacniania się chińskiej waluty. Sytuacja zmieniła się w 2014 r., gdy renminbi zaczęło tracić na wartości. Po dwóch latach "odbiło" się jednak od "siódemki" na dolarze i ponownie rozbudziło nadzieje na dalszą aprecjację. W zeszłym roku prezydent USA i nadspodziewanie "jastrzębi" Fed zadbali jednak o to, by "czerwony" znów się osłabił, a Pekin stwierdził, że nie podejmie bardzo stanowczych działań. Tąpnięcie ponownie udało się wyhamować dopiero przed złamaniem "siódemki".

Nie ma się zatem co dziwić, że powstało wrażenie, że to właśnie na tym poziomie wyrysowano granicę tolerancji chińskich władz. Jej przełamanie samo w sobie nie jest problemem, może mieć jednak efekt pęknięcia tamy - wyzwolić obawy przed dalszym i/lub gwałtowniejszym osłabieniem. Szczególnie, że przecież wzrost kursu USD/CNY do siedmiu właściwie nic nie pomoże - aby zneutralizować wpływ podwyżki karnych ceł na połowę eksportu do USA z 10 do 25 proc. i realnej groźby kolejnych sankcji potrzebna jest głębsza deprecjacja, co najmniej o 10 proc. A to oznacza wzrost ceny dolara do ponad 7,5 juanów.

Osobną kwestią jest problem, jak w ogóle taką operację przeprowadzić. Czy byłaby ona, jak chcą zwolennicy tego pomysłu, dewaluacją czy raczej deprecjacją? Między tymi pojęciami istnieje istotna różnica. W uproszczeniu deprecjacja to osłabienie waluty w wyniku działania sił rynkowych, dewaluacja - decyzji politycznych. Zdaniem niektórych ekspertów każde osłabienie juana jest dewaluacją – w końcu Ludowy Bank Chin wyznacza codziennie kurs referencyjny, wokół którego oscyluje wycena rynkowa. Jednak osłabienie juana w ostatnim roku nosi wyraźne znamiona wpływu sił rynkowych – obaw o spowolnienie wzrostu gospodarczego, luzowania polityki monetarnej przez PBoC i "jastrzębich" tonów płynących z Fedu czy eskalacji konfliktu z USA.  

Wypadałoby zatem mówić raczej o deprecjacji – faktycznie akceptowanej przez władze, ale nie przez nie inicjowanej. Jako że nad gospodarką Państwa Środka wciąż wiszą wyżej wymienione problemy i zagrożenia, dalsza stopniowa deprecjacja jest jak najbardziej prawdopodobna. Chyba że Pekin nie zdecyduje się zaryzykować i jednak ją zatrzyma. Bo prawdziwy problem pojawi się, gdy władze stracą kontrolę nad tempem osłabienia renminbi. Tak jak miało to miejsce w 2015 r. Potem na obronę juana PBoC przepalił niemal bilion dolarów.

Już podczas poprzednich fal spadków juana nasilały się próby wyprowadzenia kapitału z Państwa Środka. Zwykli obywatele i inwestorzy starali się wymieniać "czerwone" na "zielone", wywierając jeszcze silniejszą presję na deprecjację juana i urzeczywistniając własne obawy. Utrata zaufania do waluty jest dla niej najpoważniejszym zagrożeniem.

Szczególnie wtedy, gdy krąży jej w gospodarce bardzo dużo i znajduje się w rękach osób podatnych na podporządkowanie się owczemu pędowi. A nie dość że chińskie społeczeństwo przywiązuje szczególną wagę do liczbowej symboliki, to w jego rękach zgromadzone jest mnóstwo oszczędności. Chińczycy oszczędzają więcej niż obywatele krajów rozwiniętych z kilku powodów. Przede wszystkim za Murem nie ma znanego z Zachodu systemu zabezpieczeń społecznych. Władze podejmują co prawda działania odbudowujące publiczną służbę zdrowia czy system emerytalny, ale w tym zakresie zapewniają jedynie podstawowy koszyk świadczeń. Ciężar utrzymania dzieci (porządna edukacja!), rodziców i dziadków, szczególnie żyjących na obszarach wiejskich czy migrujących do miast, wciąż spoczywa na barkach osób pracujących, często jedynych żywicieli rodziny. Dotyczy to także najmniej zarabiających, którzy nie mogą liczyć na transfery socjalne, powszechne np. w Europie. Pewnym odciążeniem mogą być właśnie zaoszczędzone wcześniej środki.

Podaż pieniądza M2 blisko 190 mld juanów, czyli ponad dwa razy więcej niż PKB kraju i już blisko 9 razy więcej niż rezerwy walutowe Chin. Według szacunków MFW, gdyby kontrola odpływu kapitału okazała się nieskuteczna, Państwu Środka nie pomogłyby nawet największe na świecie rezerwy walutowe, warte przeszło 3 bln dol.

Stosunek podaży pieniądza M2 do rezerw walutowych
Stosunek podaży pieniądza M2 do rezerw walutowych (Bankier.pl na podstawie danych Ludowego Banku Chin)

Jako że za Murem i tak brakuje okazji inwestycyjnych, a dywersyfikacja ogranicza ryzyko, wyprowadzenie środków za granicę jest i będzie coraz bardziej kuszące. Gdy Chińczycy zauważą, że ich oszczędności zżera wywołana deprecjacja juana, a spekulacyjne bańki inwestycyjne wciąż będą puchły, ponownie rozważą, czy warto podjąć próbę ewakuacji swoich oszczędności w bezpieczniejsze miejsce, znajdujące się poza zasięgiem komunistycznych władz.

Pekin oczywiście zdążył w ostatnich latach postawić spore zapory, by powstrzymać odpływ kapitału. Póki nie przetestuje ich prawdziwa fala, wydają się dość skuteczne, a władze regularnie zapychają tworzone przez zmyślnych Chińczyków wyłomy. Jednak trudno sobie wyobrazić, jak drakońskie musiałoby być zaostrzenie przepisów, by zatrzymać ewakuację kapitału, gdyby po Chinach rozlała się panika wywołana gwałtowną dewaluacją renminbi. Całkowity zakaz wymiany juanów na dewizy? Rezygnacja z importu? Zamknięcie sektora finansowego? Byłyby to tak tektoniczne ruchy, że ich skutków nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Krok w stronę wojny walutowej

Istnieją jeszcze inne, niemal pewne konsekwencje osłabienia juana. Przede wszystkim należy się spodziewać, że władze innych państw odpowiedzą na ruch Pekinu i również spróbują zbić wartość swoich walut. Na tym właśnie polega wojna walutowa, w której przegranymi są wszystkie strony. Tańsze renminbi z pewnością podziała na Donalda Trumpa jak płachta na byka. Prezydent przez lata powtarzał, że Chińczycy manipulują "czerwonym", by wesprzeć swój eksport, i w ten sposób "kradną" amerykańskie miejsca pracy. Jego administracja pracuje już nad narzędziami, które pozwolą mu nakładać karne cła na kraje celowo osłabiające swoje waluty.

Poza tym gwałtowne jak na juana wahania burzą i tak już zachwiane poczucie stabilności gospodarczej. Inwestorzy zagraniczni dostaną jeszcze jeden argument, aby wynieść się z Państwa Środka, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. Zresztą, dlaczego mieliby się godzić z utratą wartości swojego majątku?

Nawet najbardziej wnikliwe analizy skutków osłabienia renminbi mają poważne ograniczenia. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ani jaki będzie wpływ takiej decyzji w długim okresie, ani nawet które obszary gospodarki światowej zostaną nią dotknięte i w jakim stopniu. Tak fundamentalne posunięcie jak znacząca dewaluacja własnej waluty przez największego na świecie eksportera i drugiego importera oraz drugą największą gospodarkę globu, bezpośrednio i pośrednio oddziałuje na niezliczone prowadzi do powstania efektów nieliniowych - mnóstwa zjawisk, które niesłychanie trudno przewidzieć, mnóstwa decyzji, od których zależą kolejne kroki najważniejszych globalnych graczy. Faktyczne konsekwencje osłabienia są zatem bardzo niepewne, a zatem groźne - tak dla Chin, jak i świata.

Osłabienie juana - czy to w formie celowej dewaluacji czy rynkowej deprecjacji - mimo pewnych zalet, nie jest cudownym antidotum na chińskie bolączki, a jeśli wymknie się spod kontroli, może wywołać gospodarczą katastrofę za Murem. Dygnitarze z Państwa Środka muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo są gotowi zaryzykować, by wesprzeć koniunkturę.

Znając chińską praktykę - zastosują szeroki wachlarz środków, lecz nie w ich ekstremalnym zakresie, i będą postępowali dość powoli, testując poszczególne rozwiązania. Prawdopodobnie postępować będzie stymulacja monetarna i fiskalna, rozluźnione zostaną pewne regulacje ograniczające swobody (konsumpcję) za Murem (np. ograniczenia w rejestracji aut, być może także w sektorze nieruchomości), a raczej w ostateczności Pekin sięgnie po istotne osłabienie renminbi - nie tyle przełamanie symbolicznej "siódemki", co wzrost kursu USD/CNY w okolice 7,5. Najpierw musi do niego bowiem przyzwyczaić obywateli i biznes, utrzymując przy tym pozytywny sentyment do Chin.

W następnym artykule z cyklu "Arsenał gospodarczy Chin" przyjrzymy się kwestii metali ziem rzadkich.

Maciej Kalwasiński

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 0 sel

Podaż pieniądza M2 blisko 190 mld juanów, czyli ponad dwa razy więcej niż PKB kraju i już blisko 9 razy więcej niż rezerwy walutowe Chin. Według szacunków MFW, gdyby kontrola odpływu kapitału okazała się nieskuteczna, Państwu Środka nie pomogłyby nawet największe na świecie rezerwy walutowe, warte przeszło 3 bln dol.

Proste dodawanie a takie skomplikowane? 190mld Juanów to jest 9 razy więcej niż 3 bln $?

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
1 0 sel

Będą kupować "przetworzone" Chińskie produkty i pośredników bo bez tego tanie importu sami nic nie sprzedadzą.. bo wszystko co produkują opiera się na imporcie z Chin.

! Odpowiedz
3 1 olecko

" Chińczycy zdają sobie sprawę, iż ich waluta nie będzie mogła
konkurować z dolarem do 2020 roku, ponieważ upłynie trochę
czasu,zanim juan stanie się w pełni wymienialny. Jest jednak bardzo
możliwe, juan zostanie w najbliższych latach drugą walutą światowych rezerw.
Chin publicznie wyraziły niezadowolenie z obecnego systemu nastawionego dolara."

Willem Middelkoop " Wielki Reset"

mając na uwadze ile złota kupują chiny może przy najbliższym kryzysie będzie juan oparty na zlocie czy jest to możliwe ?

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
1 0 caesar_m

Nie ma powrotu na drzewa bo jest za mało drzew. Podobnie nie ma powrotu do światowej waluty opartej na złocie. O ile państwowy rabunek złota (przymusowa wymiana - USA, konfiskata - ZSRR) była zwykłym zamachem na kasę to obecnie oparcie waluty światowej o złoto jest nierealne, Zbyt duże obroty finansowe, zbyt małą ilość złota..

! Odpowiedz
5 7 ald

Tyle tu mowy o potencjalnej dewaluacji juana ale przecież w koncu sam Trump i sekretarz skarbu Mnuchin sami przyznają, że to USD jest mocno przewartościowany i to pewnie jemu należy się porządna dewaluacja. Dobrze to ujmuje autor tego wpisu: https://businessoutsiderpl.wordpress.com/2019/06/04/mirra-kadzidlo-i-gold-futures/

Popiera to jeszcze nawet swoimi tweetami:
https://twitter.com/PlOutsider/status/1138174505967398913

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
1 0 sel

Też myślę że niepotrzebnie zawyżają wartość dolara i złoto ze srebrem powinno w dolarach być przynajmniej z 5 razy droższe.

! Odpowiedz
5 9 zygi44

Ta wojenka jest dziwna. Jest w niej wiele klocków, jak w puzzlach, które trzeba poukładać by zobaczyć o co tak naprawdę toczy się gra. Ja wciąż szukam prawdziwej przyczyny/drugiego dna. Czy tu naprawdę chodzi o Chiny? Może to Iran, by nie sprzedawał ropy za złoto/barter a może nawet za yuana? Świat jest zakredytowany w dolarze, więc ich potrzebuje by spłacać długi, ale będzie potrzebował ich wiele mniej jeśli nie trzeba będzie kupować ropy na świecie za dolary. Rezerwy dolarowe państw będą wtedy zamieniane na złoto. Wenezuleja (czyli ropa) - ewentualny przewrót/rewolucja wydaje się być całkowicie kontrolowana przez stany. I jeszcze Korea Pn. pare miesięcy temu - miała być przedpolem do negocjacji z chinami, Trumpkowi nie wyszło, bo (teza) żądał embarga surowców na export do chin. Trumpek luzuje FED jak tylko może, wydaje się, że wybrał strategie. Wszystkie te niesnaski w stanach, to tylko dupochrony, by w odpowiedniej chwili (gdy nie wyjdzie) powiedzieć - a nie mówiłem! jestem niewinny.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
8 6 open_mind

Make Ameryka, Ameryka great again. Please

! Odpowiedz
11 15 sel

To nie te same Chiny co 100 lat temu, nie dadzą się tak łatwo ograć , mając w pamięci jak ich wtedy ograno....
Chiny mają niskie koszty i ogromne zyski w tym z wymiany handlowej , cła uderzą , ale Amerykanów którzy szybko nauczą się je obchodzić i znajdą sposoby na tanie zakupy z Chin, co spowoduje dalszy spadek produkcji i bezrobocie w USA. . Mają najwyższe na świecie koszty w opieki zdrowotnej , społecznej i armii i to ciągnie na dno , a kapitał ucieka.Jak to się nie uda to kapitał i tak będzie uciekać do miejsc gdzie jest tańsze życie i produkcja dóbr i zapasy złota i srebra.. .

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
7 16 misiosnechacz

Jakby ktoś poczytał syn tzu to wiedziałby, że Chiny nie rozpoczną wojny i poczekają, aż trump będzie na ostrzu noża z Europą.

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne
CNY -0,16% 0,5513
2019-11-20
USD/PLN 0,27% 3,8781
2019-11-20 23:15:00
EUR/PLN 0,23% 4,2944
2019-11-20 23:15:00
EUR/USD -0,05% 1,1073
2019-11-20 23:15:00
CHF/PLN 0,27% 3,9135
2019-11-20 23:15:00
Porównywarka kantorów internetowych

Kupuj walutę taniej >>

Chcę
Kupić
Sprzedać
Płacę

Wymień walutę taniej

Znajdź profil