60. urodziny Próchnik obchodzi w atmosferze - delikatnie mówiąc - dziwnej. Po latach zapaści udało się niedawno wskrzesić markę, z roku na rok rośnie sprzedaż. Wydawałoby się, że dryfująca przez kilkanaście lat pod kreską firma w końcu wyjdzie na prostą. Jednak w przypadku łódzkiej spółki proste nie jest absolutnie nic. Weźmy na przykład banalne, wydawałoby się, pytanie: kto właściwie nią rządzi?
- Jest nas w Próchniku pięciu domniemanych członków zarządu - intrygująco stwierdza Mikołaj Habit, były (a może obecny?) wiceprezes. Habit dwa tygodnie temu wyleciał z pracy, odwołany przez radę nadzorczą. Podobnie jak drugi wiceprezes Krzysztof Okoński. Obaj oddali klucze do gabinetów i... wciąż tytułują się członkami zarządu.
Do grona "domniemanych" - trzymajmy się tej kryminalnej nieco nomenklatury - Habit zalicza również Sławomira Filipczaka, który prezesem był przez jeden listopadowy dzień. Listę uzupełniają ci, którzy dziś urzędują w gabinetach zarządu: wieloletni prezes Jacek Pudło i jego nowy zastępca Krzysztof Osiej...
Kto kogo przechytrzy
Kabaret w Próchniku trwa od listopada. W firmie ujawniła się wówczas nowa duża grupa akcjonariuszy z Łodzi (zgromadzili około 10 procent udziałów, co przy rozdrobnieniu akcjonariatu pozwala skutecznie wpływać na losy firmy). Wymienili oni skład rady nadzorczej, jednak nie ze skutkiem natychmiastowym, lecz dając jej tydzień na odejście. Ustępująca rada zrobiła wtedy psikusa i zwolniła dotychczasowego prezesa Pudłę, wymieniając go na wspomnianego Sławomira Filipczaka. 24 godziny później nowa rada anulowała decyzje dnia poprzedniego: przywróciła Jacka Pudłę, a przy okazji wyrzuciła z pracy wiceprezesa Okońskiego. W lutym sąd uznał jednak skład tamtego gremium za bezprawny, skutkiem czego Okoński wrócił do pracy. Wrócił i, powołując się na ten sam wyrok, zaczął podważać legalność rządów Jacka Pudły. Po miesiącu znów został usunięty z zarządu, nie wiadomo tylko, czy na amen.
Fakt, że trudno się w tym połapać... Wojna w Próchniku trwa w najlepsze, tymczasem ręce zaciera Konrad Wojterkowski, prezydent firmy doradczej MCSI i zarazem szef grupy warszawskich akcjonariuszy Próchnika (również mają około 10 proc. udziałów, wciąż jednak skupują następne). - Poczekam, aż się w Łodzi nawzajem powyrzynają, a potem przejmę pełną kontrolę nad Próchnikiem. Najpóźniej do połowy roku wymienię cały zarząd i całą radę nadzorczą.
Krzysztof Osiej, wybrany przez grupę łódzką na wiceprezesa, nie podnieca się tą wizją: - Spokojnie. Najpierw niech panowie z Warszawy pokażą, że w ogóle mają jakieś akcje, bo jak dotąd nikt ich nie widział.
Tymczasem giełdowe notowania Próchnika pod koniec marca sięgnęły dna, czyli 66 groszy za akcję. Dwa lata temu jedna akcja warta była ponad 2,5 zł. Jednym z wielu łodzian, którzy zainwestowali w udziały Próchnika i mocno się na tym przejechali, był Waldemar Krenc, szef łódzkiej Solidarności i zapalony gracz giełdowy. - Na szczęście zdążyłem sprzedać akcje, zanim kurs osiągnął minimum. Szkoda mi tej firmy. Próchnik powinien być wspaniała marką, wartą grube pieniądze.
Obroty wciąż za małe
Wojna na górze szybko się nie skończy, gdyż szefowie spółki naskarżyli na siebie nawzajem do Krajowego Rejestru Sądowego. Teraz to sąd będzie rozstrzygał, kto legalnie, a kto nielegalnie tytułuje się prezesem.
- W każdej chwili KRS może któregoś z nas wykreślić lub wpisać do władz spółki. Gdyby się na przykład okazało, że wartą 5 milionów umowę handlową z Rosjanami podpisał kilka dni temu prezes, który nie był prezesem, stanie się ona nieważna. Ciekawe, czy w takiej sytuacji Rosjanie zapłacą za odebrany od Próchnika towar? - zastanawia się Mikołaj Habit.
Jednak najbardziej doniosłą konsekwencją przepychanek w zarządzie jest brak strategii spółki na najbliższe lata (miała być ogłoszona w lutym). Sprzedaż Próchnika rośnie w tempie kilkudziesięciu procent rocznie (w 2007 roku firma zanotowała 31 mln zł obrotów, w poprzednich latach odpowiednio: 17, 11 i 5 milionów). Skala obrotów wciąż jest jednak za mała, by zatrudniająca 300 osób firma przynosiła zysk. Dla porównania, lider rynku, gdański LPP, notuje obroty rzędu 1,4 miliarda zł.
Ostatni rok zakończył się w Próchniku stratą 3,4 mln zł - tylko trochę mniejszą niż w poprzednich latach. Żeby firma odbiła się od dna, potrzebne są zdecydowane kroki, na które nikt nie ma dziś czasu ani odwagi.
Obie grupy akcjonariuszy zabiegających o kontrolę nad Próchnikiem proponują zbawienne rozwiązania: zwiększenie liczby salonów (dziś tylko 25), wprowadzenie kolekcji dla pań, zatrudnienie nowych projektantów, odmłodzenie wizerunku marki, zatrudnienie znanych aktorów do reklam. Żeby zmiany te wprowadzić w życie, ktoś musi wcześniej wygrać wojnę na górze. Kiedy to nastąpi? Nie wiadomo. Pewne jest tylko, że wojnę wygrać warto. Branża odzieżowa pędzi w Polsce do przodu, sam zaś Próchnik jest brzydkim kaczątkiem, które łatwo zamienić w łabędzia.
Spółka spekulantów
Podobnie jak Bytom, Vistula czy Wólczanka, Próchnik należał do sztandarowych marek Polski Ludowej. Przesiębiorstwo powstało w 1948 roku, po przejęciu przez państwo zakładów odzieżowych spółki Martin, Norenberg, Krauze. Przez pierwsze lata szyło drelichowe kurtki dla pań. W latach 70. i 80. męskie płaszcze Próchnika uważane były za symbol elegancji. Pierwsze lata po transformacji ustrojowej nie zapowiadały późniejszych kłopotów. Firma nie podzieliła losu wielu łódzkich gigantów, zmuszonych ogłosić upadłość. Już w 1990 roku przedsiębiorstwo zostało przekształcone w spółkę Skarbu Państwa. Rok później, gdy w dawnym gmachu KC PZPR działalność zaczynała warszawska giełda, Próchnik był jedną z pierwszych notowanych na parkiecie spółek (obok Exbudu, Tonsilu, Krosna i Kabli). Jeszcze podczas pierwszej hossy w 1993 roku inwestorzy tłumnie wykładali pieniądze na akcje łódzkiej firmy. Widziano ją wówczas w roli holdingu, skupiającego wspaniałą trójkę: Próchnika, Vistulę, Wólczankę. Nic z tego nie wyszło. A właściwie wyszło częściowo, tyle że piętnaście lat później i bez udziału Próchnika.
W połowie lat 90. właścicielem Próchnika został Narodowy Fundusz Inwestycyjny Piast. Fundusz również miał mocarstwowe plany. Stworzył nawet holding, przyłączył do Próchnika inne firmy odzieżowe, tyle że o dość egzotycznych nazwach: Miranda, Jarlan, Biruna, Wisan, Dolwis...
Niedługo potem Piast wycofał się z projektu. Akcje Próchnika poleciały na łeb na szyję. Od tego czasu firma należy do grupy tzw. spółek spekulacyjnych. Inwestorzy traktują ją jedynie jako narzędzie do szybkiego zarobku, w myśl zasady: kupić na dołku, sprzedać dwa dni później, gdy kurs nieco odbije w górę. Skutek: od przeszło 10 lat firma nie ma właściciela z prawdziwego zdarzenia.
Boss to za mało
Umierała też marka. Szyjący niezwykle klasycznie Próchnik nie robił nic, by odświeżyć swój wizerunek. Kolejnym palącym problemem stały się porozrzucane po kilku miastach nierentowne zakłady, zatrudniające w sumie kilkaset osób. W drugiej połowie lat 90. nowe polskie firmy działały już inaczej. Zamiast szyć drogo w Polsce, zlecały te prace tanim manufakturom w Chinach. Otwierały też pierwsze firmowe salony.
W 1999 roku zaczęła się wielka wyprzedaż Próchnika. Firma pozbyła się większości zakładów oraz wielkiego biurowca w Łodzi (gmach ten stał się niedługo potem bohaterem jednej z głośniejszych afer gospodarczych, po tym jak nowy właściciel, firma Infolex, odsprzedała budynek trzykrotnie drożej łódzkiemu ZUS- -owi). Dzięki tym transakcjom, Próchnik, po raz pierwszy od dawna i jak dotąd ostatni, zakończył rok z zyskiem na koncie.
Dwa lata później firma całkowicie zaprzestała produkcji pod własną marką, zadowalając się jedynie pracą na rzecz Hugo Bossa. Niestety, przeszycia dla zachodniego konkurenta były całkowicie nierentowne. W 2004 roku Próchnik postanowił wskrzesić własną metkę.
Wiosną ubiegłego roku szwaczki zagroziły zarządowi strajkiem - byłby to pierwszy od 2003 roku protest w łódzkim przemyśle lekkim. Kobiety żaliły się, że zarabiają po 700 złotych na rękę. Konflikt udało się zażegnać, zarząd zaproponował skromne podwyżki, szwaczki na nie przystały. Strajku w rzeczywistości nie chciały, bo do zarządu usposobione były przyjaźnie. Chwaliły nawet prezesów za ludzkie podejście do personelu.
Epizod z panią Sjoblom
Żeby lepiej zobrazować nieszczęście Próchnika, należy postawić tę firmę obok Wólczanki i Vistuli. Jeszcze kilka lat temu ich kondycja nie była wcale dużo lepsza. Później jednak firmy przeprowadziły skuteczne programy naprawcze i w 2006 roku- pod rządami zdolnych menedżerów - połączyły swoje siły. Dzięki fuzji rządzą dziś polskim rynkiem eleganckiej odzieży. Vistula & Wólczanka jest na tyle tania, by konkurować z zachodnią konkurencją i na tyle droga, by dać poczucie luksusu. Jedną z ostatnich kolekcji Vistuli sygnowano marką Porsche. W kampanii reklamowej wystąpił sam James Bond, czyli aktor Pierce Brosnan.
Gdy Wólczanka i Vistula rosły w siłę, w Próchniku rządy rozpoczęła Elżbieta Sjoblom. Tajemnicza inwes- torka ze Skierniewic (właścicielka małego sklepiku) zbiła na łódzkiej firmie i innych spółkach wielomilionową fortunę. Za jej czasów Próchnik zaczął się rozwijać w dobrym kierunku (zwiększanie obrotów, otwieranie salonów), ale niestety po raz kolejny narobił sobie złej prasy. Komisja Papierów Wartościowych dociekała m.in., czy Sjoblom nie manipulowała kursami swoich spółek. Odrębne dochodzenie dotyczyło ryzykownych inwestycji giełdowych nowych szefów Próchnika, na które przeznaczyli pieniądze z emisji akcji. Sprawą interesowała się nawet prokuratura, została jednak umorzona.
W ubiegłym roku Elżbieta Sjoblom sprzedała swoje udziały, robiąc miejsce m.in. dla akcjonariuszy, którzy dziś walczą o przejęcie kontroli nad firmą...
POLSKA Dziennik Łódzki
Piotr Brzózka

























































