Tam mieszkam: Wyspy Zielonego Przylądka

redaktor naczelna Bankier.pl

9 zamieszkałych wysp, które dzieli wiele mil oceanu. Kilka lat temu wyszły z grupy państw uznawanych przez ONZ za słabo rozwinięte. Oferują, co do zasady, życie łatwe i przyjemne, bez pośpiechu i politycznych rewolt.

O leżącym na zachód od Afryki kontynentalnej Cabo Verde w rozmowie z cyklu #TamMieszkam opowiada mieszkająca tu Emilia Wojciechowska.

Malwina Wrotniak, Bankier.pl: Na Cabo Verde tylko z wizą, prawda? Kilkadziesiąt euro, chwila na lotnisku i można przekraczać bramę?

Emilia Wojciechowska: Tak, to prawda. Wiza w chwili obecnej kosztuje 25 euro i można ją bez większych formalności nabyć na lotnisku. Jest ważna przez miesiąc, ale jeśli komuś się spodoba i zechciałby zostać dłużej, jej przedłużenie nie stanowi problemu.

Po prawie dwóch latach na Wyspach powie Pani, że na lotnisku przekracza się bramę raju?

Hmm… mamy tutaj rajskie plaże. (śmiech) Na pewno żyje się spokojniej niż w Europie, bliżej natury i ludzi. A w sezonie „owocowym” takie smakołyki, jak mango czy awokado niemalże leżą na ulicy.

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
"Na pewno żyje się (tu) spokojniej niż w Europie, bliżej natury i ludzi", fot. Thinkstock

Ale, jak w każdym miejscu na świecie, są też pewne kwestie, które mogą denerwować czy przeszkadzać. Jeśli jednak przymknie się na nie oko, to myślę, że można poczuć się rajsko. (śmiech)

Porzuciła pracę na etacie, wyjechała podróżować i pomagać innym – to może nie często realizowany, ale dość popularny scenariusz. 10 lat temu pomyślałaby Pani, że będzie działać według takiego planu?

Myślę, że tak, bo jak właśnie się doliczyłam, to moja przygoda z wolontariatem zaczęła się mniej więcej dekadę temu! A wraz z nią mniej lub bardziej szalone projekty.

Jak to się stało, że ten scenariusz w końcu zaczął się urzeczywistniać? Młodemu prawnikowi w Polsce wiatr w oczy czy ten wyjazd to zupełnie prywatna sprawa?

Sądzę, że jeśli ktoś robi coś, co naprawdę kocha, to zawsze idzie z wiatrem. (śmiech) Bardzo lubiłam swoją pracę i nie było mi łatwo ją „porzucić”. Zawsze jednak mnie nosiło, zarówno w sensie podróżniczym, jak i wolontariackim.

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
Emilia Wojciechowska - Polka na Wyspach Zielonego Przylądka, fot. arch. pryw.

Pracując na pełen etat miałam szczęście, że zawsze udawało mi się wynegocjować z szefostwem urlop a to na pięciotygodniową wyprawę do Indii, a to na pedałowanie wraz z innym wolontariuszami granicą polsko-niemiecką w ramach projektu dziennikarskiego.

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
"W 2007 roku Cabo Verde jako jedno z trzech państw wyszło z grupy państw słabo rozwiniętych według klasyfikacji ONZ", fot. Thinkstock

Tuż po obronie, zamiast pójść w ślady większości kolegów i iść na aplikację, wyjechałam na półroczny projekt wolontariacki do Włoch. I bardzo chciałam taką przygodę powtórzyć, będąc już „starszą i mądrzejszą”. I chciałam tę przygodę powtórzyć zanim pojawi się mąż, dzieci, a przede wszystkim, zanim stuknie mi trzydziestka! (śmiech) I to był właśnie ten moment. Zaczęłam się rozglądać i pojawił się projekt. Miejsce nie miało znaczenia.

To miał być zatem bardziej wolontariat niż podróż?

Zdecydowanie bardziej wolontariat niż podróż. Ale oczywiście trudno usiedzieć na miejscu, gdy do odkrycia tyle nowych miejsc, tyle smaków, tylu ludzi do poznania. Każdą wolną chwilę przeznaczałam więc na eksplorowanie tych bliższych zakątków, zaś urlop na podróże do tych dalszych.

Zorganizowanie sobie przeprowadzki na Cabo zajmuje… ile czasu?

Dwa tygodnie! Tuż przed wyjazdem na Cabo miałam wcześniej zaplonowaną podróż do Kolumbii. Wróciłam, spakowałam rzeczy i zdeponowałam w garażu u znajomych, pojechałam na kilka dni do rodziców i ruszyłam.

Pakowała się Pani z myślą o szybkim powrocie?

Jedyna myśl, jaka towarzyszyła mi przy pakowaniu się była taka, żeby nie przekroczyć magicznych 20 kg. (śmiech)

Jeszcze nie tak dawno temu po Wyspach Zielonego Przylądka hulał portugalski wiatr. Po blisko 40 latach od uniezależnienia pozostały jeszcze jakieś wyraźne wpływy? Czy poza oficjalnym językiem [portugalski – red.] cokolwiek łączy dziś oba kraje?

O tak. Wiele produktów sprowadzanych jest z Portugalii, wiele firm jest mniej lub bardziej powiązanych ze spółkami portugalskimi. Portugalia jest najważniejszym partnerem gospodarczym, w szerokim tego słowa znaczeniu. Wiele osób, jeśli tylko mogą sobie na to finansowo pozwolić, wyjeżdża na studia czy poważniejsze leczenie właśnie do Portugalii.

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
"Kabowerdeńczycy są zagorzałymi patriotami i co by się nie działo, to Cabo Verde, ich wyspa, ich miejscowość i tak jest najfajniejsza", fot. Thinkstock

Przede wszystkim zaś większość tutejszych mężczyzn można podzielić na trzy kategorie – tych co są fanami Benfica, Porto albo Sporting, czyli najważniejszych portugalskich klubów sportowych. (śmiech)

Wyspy nie mają szczęścia do żyznych ziem, z trudem rozwijają się tu też nowe technologie. Cabo Verde na tle innych lokalizacji nie gości zbyt często w turystycznych folderach przeciętnych europejskich biur podróży. Z czego żyje większość tego ponad 400-tysięcznego państwa?

Turystyka jest akurat w chwili obecnej jednym z najważniejszych motorów kabowerdeńskiej gospodarki. Szacuje się, że reprezentuje 21,1% PKB, a samo Cabo z sezonu na sezon staje się coraz bardziej popularne, co wyraźnie pokazują statystyki – w ostatnich latach liczba turystów nieustannie rośnie. Rok 2012 w porównaniu z rokiem 2011 zanotował wzrost kształtujący są na poziomie 12,3%.

Warto wiedzieć o Wyspach Zielonego Przylądka

Co zobaczyć? Polecam spędzić dzień lub dwa z tradycyjną kabowerdeńską rodziną i o ile tylko możliwe, odwiedzić więcej niż jedną wyspę. Zboczyć z tradycyjnych szlaków, usiąść przed lokalnym barem, zagrać z lokalnymi (głównie starszymi) panami w karty albo ouri (afrykańska gra logiczna) i nieśpiesznie czekać, aż nagle pojawi się jakiś instrument muzyczny i ktoś zacznie intonować mornę (gatunek muzyczny na nostalgiczną nutę).


Co kupić? Tańsze niż w Polsce są tu: świeże ryby, w tym tuńczyk (czasami kilogram prosto od rybaka kosztuje już 12 złotych!). Droższe niż w Polsce są tu: kosmetyki, sprzęt elektroniczny.

Oczywiście wiele osób na tym korzysta i to właśnie turystyka przyczyniła się do dziesięcioprocentowego spadku współczynnika biedy w skali dekady (z 37% w 2000 roku do 27% 2010 roku), ale jest to też branża, w której pracuje wielu obcokrajowców, więc mimo wszystko większość Kabowerdeńczyków utrzymuje się z rolnictwa (a wykorzystuje się tu każdy skrawek ziemi, który się nadaje – jeśli trzeba w formie tarasów, a od jakiegoś czasu często nawadnia się technologią kropelkową) i usług, w tym z drobnego handlu.

To prawda, że do wielu tutejszych domów regularnie spływa finansowe wsparcie z zagranicy? Podobno stanowi aż 25% PKB!

Tak, to prawda, choć ja słyszałam o mniejszej liczbie. Wedle cenzusu z grudnia ubiegłego roku na wyspach żyje 505.848 Kabowerdeńczyków. Dziś na pewno jest ich sporo ponad 506 tysięcy. (śmiech) Czasem mówi się, że diaspora jest dwa razy liczniejsza.

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
"Jeśli chodzi o żywność, staram się kupować przede wszystkim produkty lokalne", fot. Thinkstock

Zaryzykowałabym tezę, że każda rodzina ma kogoś zagranicą i od takiej osoby oczekuje się wsparcia, zarówno w formie materialnej, jak i niematerialnej, czyli przesyłania ubrań i innych przedmiotów. Większość emigrantów co najmniej raz do roku lub raz na dwa lata przyjeżdża na wyspy na wakacje i tu wydaje zarobione za granicą pieniądze. I akurat teraz jesteśmy w takim okresie wakacyjnym.

Że pomocy potrzeba, wnoszę po Pani ciągłym pobycie na Wyspach. Wiadomo – pomoc przyda się wszędzie, ale czego Kabowerdeńczykom brakuje na co dzień najbardziej i w największej skali?

Wyspy Zielonego Przylądka pod względem standardu życia są w czołówce państw afrykańskich, a dla niektórych, tak jak dla Wysp Świętego Tomasza i Książęcej (Sao Tome e Principe), są wręcz wzorem do naśladowania. W 2007 roku Cabo Verde jako jedno z trzech państw wyszło z grupy państw słabo rozwiniętych według klasyfikacji ONZ. Ale przed Cabo nadal wiele wyzwań i na ten temat można by wiele powiedzieć.


Pokaż Tam mieszkam na większej mapie

Myślę, że tym, co jest podstawą w każdej szerokości geograficznej, jest zdrowie i edukacja. W przypadku Cabo mam na myśli nie tyle ich poziom, co dostępność. Dzieciaki często muszą pokonywać kilometry górskich szlaków, żeby dotrzeć do szkoły. Nie każdy zaś szpital czy punkt pomocy medycznej jest równie dobrze wyposażony. Zdarza się, że mieszkańcy jednej wyspy w przypadku skomplikowanych zabiegów muszą szukać pomocy na innej wyspie i nie ma wyjścia – muszą być przetransportowani zwykłym samolotem pasażerskim albo statkiem rybackim!

To w miarę stabilne politycznie miejsce – bez wewnętrznych rewolt. Przyzwyczajenie do status quo, brak obywatelskiego zainteresowania czy wyraz docenienia, że Wyspy idą do przodu?

Tak pół żartem, pół serio, to myślę, że Kabowerdeńczycy prędzej „zaimprezują się” na śmierć niż nastąpi jakaś polityczna rewolta, no chyba że ustanowiono by zakaz zabawy. (śmiech) Generalizując, mieszkańcy wysp lubią swój nieśpieszny, spokojny tryb życia, biesiady ze znajomymi i rodziną. I to jest dla nich najważniejsze. O polityce dyskutuje się sporo, zwłaszcza w czasie kampanii. Potem ewentualnie trochę narzeka, zwłaszcza na władze lokalne.

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
"Mieszkańcy wysp lubią swój nieśpieszny, spokojny tryb życia, biesiady ze znajomymi i rodziną. I to jest dla nich najważniejsze", fot. Thinkstock

Ale tak poważniej: myślę, że istotnym elementem stabilności, zwłaszcza w kontekście Afryki, jest tu homogeniczność kulturowa i religijna. Poza tym większość osób ma poczucie, że politycy i tak zrobią swoje, a przeciętny obywatel na nic nie ma wpływu. Ale gdy zajdzie potrzeba, potrafią się lokalnie skrzyknąć, by coś we własnym zakresie zdziałać, bo na polityków poza kampanią i tak nie ma co liczyć. Ale bardziej globalne akcje byłyby trudne, choćby ze względów logistycznych – na Cabo składa się 9 zamieszkałych wysp, niektóre dzieli wiele mil oceanu. Poza tym Kabowerdeńczycy są zagorzałymi patriotami i co by się nie działo, to Cabo Verde, ich wyspa, ich miejscowość i tak jest najfajniejsza.

Wolontariat uzależnia?

O tak! Bo pozytywnie wpływa na zdrowie, samopoczucie i świat dookoła.

To teraz inaczej: wolontariat w takim miejscu – uzależnia?

Tak, tak! (śmiech) Wystarczy tylko pomysł odpowiadający rzeczywistym potrzebom, cierpliwość, wolny czas i wiele można zdziałać. Poza tym jeśli chodzi o miejsce - na Cabo żyje się, co do zasady, łatwo i przyjemnie. W zależności od wyspy – plażę lub piękne góry, a często i to, i to, mamy na wyciągnięcie ręki. Podobnie jak lokalne owoce, takie jak papaja i banany czy świeże ryby. No i sympatyczni mieszkańcy, którzy w każdym miejscu potrafią zorganizować grilla i wieczorek muzyczny.

Zna Pani Polaków czy Europejczyków, którzy osiedlili się tu na stałe i z takim też zamiarem tu przybyli?

Tak, na tych najbardziej turystycznych wyspach, mam tu na myśli Sal i Boa Vistę, może się zdarzyć, że częściej usłyszymy niemiecki czy włoski niż kreolski. Polaków poznałam kilku, nie ma nas jeszcze wielu, ale zdaje się, że grono stale się powiększa.

Bez znajomości tutejszego języka taka migracja w ogóle ma sens?

Przeprowadzając się na Wyspy mówiłam po portugalsku, więcej łatwiej było mi na pewno zasymilować się niż komuś, kto tego języka nie zna. Ale o ile portugalski jest językiem oficjalnym, to na ulicach mówi się po kreolsku. Po kreolsku w wydaniu miejsca, w którym się przebywa.

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
"O ile portugalski jest językiem oficjalnym, to na ulicach mówi się po kreolsku", fot. Thinkstock

Mieszkałam na kilku wyspach, więc koniec końców stworzyłam język będący mieszanką tych wszystkich odmian kreolskiego, którym mówię tylko ja. (śmiech) Mieszkańcy są jednak bardzo otwarci i nawet jeśli ktoś nie mówi ani be, ani me, ani po portugalsku, ani po kreolsku, to szybko go nauczą. Kreolskiego oczywiście.

Choć miejsce w pierwszej chwili wydaje się końcem świata, wydatki wcale nie okażą się tak małe, jak można by tego oczekiwać. Za co Pani codziennie – mając w pamięci zakupy w Polsce – przepłaca?

Za wszystko to, co jest z importu. Litr mleka w kartonie – około 4 zł, litr soku w kartonie – 6-7 zł, tabliczka czekolady – 10 zł, żel do kąpieli, który u nas można kupić za 5 zł, tu będzie kosztował co najmniej 10-15 zł. Wszystkie sprzęty elektroniczne itp.

Ale przyznam się, że nie stanowi to dla mnie większego problemu, bo jeśli chodzi o żywność, staram się kupować przede wszystkim produkty lokalne, korzystając z tego, że papaja jest o wiele tańsza niż jabłko. A na pozostałe produkty, w tym ulubione kosmetyki, składam zamówienia i zapraszam w odwiedziny do siebie kogo tylko się da. (śmiech)

Bez niektórych rzeczy na pewno można by się tu obyć. Tu kupujesz tu tyle, na ile cię stać, nie pożyczasz, nie obnosisz się ze swoim społecznym statusem – mam rację?

Jak wszędzie, są ci co mają więcej, jak i ci co mają mniej. Ale te grupy są homogeniczne i ich światy raczej się nie przenikają. Z mojej obserwacji jednak na pewno istnieje zjawisko obnoszenia się statusem emigranta.

Ale życie na Wyspach Zielonego Przylądka jest raczej wolne od instytucji kredytu i ciągłych myśli o konieczności spłacania odsetek?

O tak. Prędzej pożyczka od kuzyna czy znajomego. Rodziny trzymają się razem, w jednym gospodarstwie często mieszka kilka pokoleń, pomagając sobie nie tylko finansowo. A w razie czego łapie się za telefon i dzwoni do wujka w Ameryce (Kabowerdeńczycy emigrują głównie do Stanów Zjednoczonych, Portugalii, Holandii i Francji).

życie za granicą wyspy zielonego przylądka cabo verde
"Jak wszędzie, są ci co mają więcej, jak i ci co mają mniej. Ale te grupy są homogeniczne i ich światy raczej się nie przenikają", fot. Thinkstock

Ale też z drugiej strony ludzie mają raczej zaufanie do banków i podobno często ci, którzy zamierzają inwestować, chętniej sięgną po kredyt niż zaryzykują własnym kapitałem.

Jak Pani ocenia bankowość w tak egzotycznym miejscu?

Wbrew pozorom Cabo to dość rozwinięty kraj i wiele usług jest na europejskim poziomie. Zaliczyłabym do nich również bankowość. Jest tu kilka banków, w tym dwa wiodące, które mają oddziały w każdej większej miejscowości. Klienci mogą skorzystać również z bankowości internetowej. W bankomatach, używając lokalnej karty, można nie tylko wybrać gotówkę, zapłacić za prąd, ale na przykład doładować saldo komórki.

Zmierzając ku końcowi – na Cabo Verde najlepiej z przesiadką w Portugalii?

Tak, bo wtedy przesiadka jest w mojej ukochanej Lizbonie! Jest to dobre rozwiązanie, ale zdaje się najdroższe.

Warto polować na superpromocje czy na tych odcinkach po prostu trzeba nastawić się na słony wydatek?

Zdecydowanie warto! Takim rozwiązaniem są loty czarterowe, głównie last minute. Można upolować lot nawet za 50 euro w jedną stronę, a jak dotąd bez większych problemów, co nie oznacza bez polowania, udawało się znaleźć połączenia z Europy w cenie 200 euro w dwie strony. Nie powinnam tu chyba podawać nazw przewoźników, więc wykorzystam to, by zaprosić do kontaktu* wszystkich, którzy byliby zainteresowani podróżą na Wyspy albo po prostu mieliby jakieś pytania.

Dziękuję za rozmowę.

* Więcej o Wyspach Zielonego Przylądka na Facebooku,na blogu bylenaprzod.wordpress.com lub poprzez e-mail.

Malwina Wrotniak

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
7 7 ~Seb

bylem na Sal i bardzo mi sie podobalo. Pomyslalem o domu na wakacje lub nawet o jakims warsztacie, czy ogrodnictwie na miejscu. W czasie rutynowej "objazdowki" pokazywano nam nowe osiedla budowane z mysla o Europejczykach przez portugalskich developerow, koszt 3 bedroom to jakies 100 tys Euro, osiedle oczywiscie ogrodzone, strzezone itd. Jest tez podobne zasiedlone osiedle "Holenderskie" z wlasna przychodnia. Do minusow nalezy spora liczba uciekinierow z Afryki, glownie z Senegalu. Prawdopodobnie jest ich tyle samo co mieszkancow Cabo Verde. O ile nowe osiedla sa skanalizowane, to w wiekszosci starszych budynkow toalety to tylko ozdoby gdzie nie doprowadzona jest woda ani nie odchodzi zadna rura. Tubylcy raczej pograzeni w marazmie i inercji. Na Sal jest pustynia i nie ma naturalnych zrodel wody, poza deszczowka calosc jest odsalana.
Decydujac sie na emigracje w takie miejsce trzeba pamietac, ze jednak jest to Afryka, choc tubylcy twierdza inaczej i nawet staraja sie udowodnic ze sa "biali" :(
Jest to duzy dylemat, bo miejsce jest piekne, perspektywy sa, zwlaszcza dla ludzi z wyobraznia i pieniedzmi na start.
Ja ponownie jade na Sal w ciagu najblizszych tygodni.
Aha, jezeli ktos sie wybiera na wakacje, to zabierajcie ze soba przybory szkolne dla dzieci (male paczki: piornik, kredki itp.). Prawie zawsze czescia objazdowek sa wizyty w lokalnej szkole lub przedszkolu. Zazwyczaj organizatorzy prosza zeby zabrac kilka owocow z hotelu, ale przybory edukacyjne beda dla tych dzieci o wiele bardziej przydatne niz jablko czy banan.
Oczywiscie tez sa sprzedawcy podrobek. Ja postanowilem ze bede asertywny i dmowilem zakupu. Chlopak mruknal pod nosem ze przeciez musi cos jesc. Wyrzuty sumienia mam do dzisiaj. Zawsze moglem kupic choc baseball' owke i sprezentowac jakiemus dzieciakowi.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 11 ~polonijny

ciekawe podroze po swiecie ,ale ta pani nie pisze co tam robi ciekawego w tak egzotycznym mejscu na swiecie.

! Odpowiedz
10 19 ~doPolonijny

Boshe co tam robi?
Chyba nie czytałeś: Ona tam mieszka/ żyje :)
Musi koniecznie zaraz coś "robić"!? Mogła jako prawnik w korpo
"coś robić" (czyli rat-race) czyli wdychać przesuszone powietrze
z klimatyzatorów albo... tymi samymi płucami oddychać bryzą
od oceanu z naturalnym jodem, a skóra łapie codzinnę dawkę
wit. D...... miała odwagę/ cojones i wybrała to drugie xD

Może jest rentierem(ką) i żyje z odsetek od kapitału ;P
a w wolnym czasie zbawia świat lub lepi (bo lubi!) garnki z gliny ;)
To takie pytanie nudziarzy na pierwszej randce (chłopak/ dziewczyna
bez pasji, osoba którą trzeba zabawiać, bo jej/jemu samej/mu się nudzi)
od razu się pyta co robisz/ czym się zajmujesz/ gdzie pracujesz?

Wyspierze z tego czy innego archipelagu wysp to wiedzą (nie samą
pracą człowpiek żyje), a nudziarzom z kontynentu na dowolnie dużej
wyspie jest zaraz za mało przestrzeni, zaraz nudzą się, bo nie ma rozywek ;/
(a od tego jest big-city-life, zakupy, hałas + codzienne wdychana dawka
Pb, NO, SO2 w gratisie).

I db dla każdego jest właściwe miejsce na Ziemi:
jedni muszą mieć za wszelką cenę prestige (z fr. złudzenie, iluzja),
nowe LCD na ścianie i co wieczór ogladają newsy i rekalmy
(Indianie w USA już blisko 100 lat temu nazywali TV "pudełkiem kłamstw")
inni ignoranci (szok - w ogóle nie wiedzą co się teraz dzieje na świecie!)
informacyjni (na Dominikanie, IC lub CV) w tym czasie biorą swoją
guitarrę y vamos a la playa ^^
- już nie wspominając o tym co się dzieje na wyspach pod koniec karnawału B)

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 4 ~TAAS odpowiada ~doPolonijny

Zazdroszczę Ci odwagi.Byłem tam z rodziną i bardzo mile wspominam.Ty tam jesteś i pracujesz.Podziwiam u tubylców wielką chęć kontynuowania i uczestnictwa w życiu katolickich wspólnot.Pozdrowienia.

! Odpowiedz
9 2 ~Mirek

wystarczy hiszpański ze względu na historie....

! Odpowiedz
0 8 ~Mirek

bardzo ciekawe i niepowtarzalne doświadczenie życiowe chciałbym kiedyś wrócić i zobaczyć starych znajomych
oraz pozostałe wyspy
przez dwa miesiące mieszkałem na wyspie PRAIA było super

! Odpowiedz
1 3 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
1 5 ~ULLA

MSZA W KOŚCIELE JEST NIEPORÓWNYWALNA DO ŻADNEJ INNEJ NA ŚWIECIE.
MŁODY SYMPATYCZNY TUBYLEC KTÓRY MÓWI PO POLSKU ORAZ SŁUŻY POMOCĄ ,
PONAD WSZYSTKO PLAŻE i WODA WARTE ZOBACZENIA . TRZEBA POWIEDZIEĆ ŻE TO NIE MAJORKA - TUTAJ ŚWIAT DOPIERO POWSTAJE - DLATEGO TEŻ WARTO ZOBACZYĆ JEGO POCZĄTKI. PRAWIE NIEMA NIC i DLATEGO TO JEST TEŻ FAJNE.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
10 8 ~Majki

Byłem na wczasach. Nie ma tam praktycznie nic - nic do zwiedzania, nic do kupienia, w sklepach wyjątkowe badziewie a ceny 3 x większe niż w Europie Zachodniej. Wiecznie wieje - Jak wieje to można jeszcze popływać, ale okresowo piździ taki nasz halny - wtedy fale po 4-5 m i zostaje tylko skakanie po brzegu przy siekącym piasku unoszonym przez wiatr. Tubylcy życzliwi, sporo naciągaczy, ale w powszechnej opinii to imigranci z Senegalu. Stały numer to podchodzi facet i udaje strasznie szczęśliwego z powodu urodzin potomka. Cieszysz się wraz z nim. On wręcza ci muszelkę na kordonku, tak jest szczęśliwy, a w zamian domaga się solidnego datku/daru dla dziecka.
Jeden pozytyw - Żarcie w restauracjach w cenach niewiele niższych niż u nas, ale dobre, przy czym lokalne piwo ohydne.
To miejsce nadaje się tylko dla tych co nie będą opuszczać hotelu i chcą oczyścić umysł, bo żadnych wrażeń poza plażą i oceanem nie ma, a poza hotelem wrażenia mogą być negatywne. Choć nie ma niebezpieczeństwa napadu.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 7 ~Mirek

jest mi bardzo przykro z tego powodu że nie potrafisz patrzeć
i nie mam na myśli OCZU zmarnowałeś czas i pieniądze

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne