Według zrewidowanych danych Departamentu Handlu w czwartym kwartale 2008 roku PKB Stanów Zjednoczonych spadł o 6,2% r/r, co jest dużo gorszym wynikiem niż pierwotnie podawano (-3,8%). Ekonomiści spodziewali się spadku o 5,4%. Wczoraj rząd Baracka Obamy zaprezentował projekt budżetu na 2010 roku z deficytem na poziomi 1,75 biliona dolarów, a więc równowartość przeszło 12% amerykańskiego PKB.
Do tego amerykańskie władze właśnie dziś postanowiły objąć 36% udziałów w Citigroup – do niedawna największym banku świata. Decyzja ta stoi w rażącej sprzeczności z ostatnimi zapewnieniami przedstawicieli państwa, że nie będzie nacjonalizacji banków.
Taki zestaw informacji wywołałby krach walutowy w każdym państwie świata. Ale nie w Stanach Zjednoczonych, których pieniądz jest podstawową walutą rezerwową i jest akceptowany we wszystkich zakątkach globu. Inwestorzy finansowi widząc złe informacje z gospodarki oraz spadki na giełdach masowo kupują amerykańskie obligacje skarbowe (uważane za najbezpieczniejsze papiery na świecie), co wzmacnia dolara.
W rezultacie o godzinie 16:30 za euro płacono 1,2658 dolara, a więc o 0,6% mniej niż wczoraj. Funt szterling stracił 0,4%, osiągając kurs 1,4248$. O 0,6% umocnił się za to japoński jen, ale ta waluta traciła do dolara praktycznie przez cały miesiąc.
Indeks dolara względem walut sześciu największych partnerów handlowych USA (euro, funta, jena, franka szwajcarskiego, dolara kanadyjskiego oraz szwedzkiej korony) wzrósł do poziomu 88,49, przebijając szczyt z listopada ubiegłego roku.
K.K.























































