Wczoraj administracja prezydenta George’a W. Busha ogłosiła „tymczasowe” przejęcie kontroli nad prywatnymi dotąd (ale wspieranymi przez państwo) giełdowymi spółkami Fannie Mae oraz Freddie Mac. Obie firmy zajmują się sekurytyzacją kredytów hipotecznych i wskutek tego procesu wyemitowały lub gwarantują spłatę papierów dłużnych opiewających na astronomiczną kwotę przeszło 5 bilionów dolarów (5.000 mld $), czyli ok. 40% PKB Stanów Zjednoczonych. Tymczasem w piątek łączna kapitalizacja obu tych spółek wynosiła zaledwie 10,9 mld dolarów i była o 90% niższa niż rok wcześniej. W ciągu ostatnich czterech kwartałów obie firmy poniosły w sumie 14 mld $ strat.
Jak na razie rząd USA na uprzywilejowane akcje Fannie i Freddie (dające 79,9% głosów na WZA) wydał w sumie dwa miliardy dolarów, ale w razie potrzeby może zwiększyć swoje zaangażowanie o 200 mld $, co daje kwotę 665$ na każdego Amerykanina. Politycy wymienili też prezesów obu spółek. Skutkiem tych decyzji jest przejęcie przez państwo odpowiedzialności za wszystkie długi tych instytucji. Od dzisiaj oprocentowanie kredytów hipotecznych będzie ustalane w Białym Domu (w końcu prezydent USA lepiej od rynku oceni ryzyko kredytowe).
Ogłaszając tą decyzję sekretarz skarbu Henry Paulson był zaskakująco szczery i bezpośredni:
„Fannie Mae i Freddie Mac są tak duże, że ich upadłość wywołałby wielkie zamieszanie na amerykańskich i globalnych rynkach finansowych. (...) Nasza gospodarka i rynki nie wyjdą z kryzysu, dopóki większość kłopotów w sektorze mieszkaniowym nie będzie za nami.” Paulson dodał, że brak interwencji doprowadziłby do wzrostu kosztu kredytów mieszkaniowych, spadkiem dostępności pożyczek konsumpcyjnych oraz obniżeniem poziomu życia Amerykanów. Tymczasem wielu ekonomistów źródeł kryzysu w Stanach Zjednoczonych upatruje właśnie w nadmiernym zadłużeniu samych Amerykanów. W ten sposób rząd oficjalnie przyznał, że podejmuje działania przedłużające obecny kryzys gospodarczy, lecz łagodzące jego skutki przed listopadowymi wyborami prezydenckimi. Działania administracji poparł zarówno demokrata Barack Obama jak i republikanin John McCain. Pozytywnie wypowiedział się także szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke.
W poniedziałek rano na rynkach finansowych panuje euforia: giełdowe indeksy w Azji i Europie Zachodniej idą w górę po kilka procent. Umacnia się też dolar, który jeszcze w nocy dość zdecydowanie tracił względem euro. Czas pokaże, czy wczorajsza decyzja amerykańskich władz rzeczywiście uchroni świat przed największym w dziejach kryzysem finansowym. Jak na razie przezorni inwestorzy zaopatrują się w złoto, którego cena zbliżyła się do 820$ za uncję.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl




















