W swoim piątkowym expose premier zapewnił, że umowy studentów są niezagrożone. Jednak drżeć powinni ci „bogacze”, którzy zarabiają kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, a dzięki „optymalizacji” zatrudnienia płacą niewiele wyższe składki do ZUS-u niż np. kasjerzy w supermarketach. Premier nie powiedział tego wprost, ale jest to zapowiedź wzrostu składek do ZUS-u płaconych przez osoby prowadzące własną działalność gospodarczą.
Pomysł nie jest nowy
Już na początku 2012 roku głośno było o uzależnieniu wysokości składek na ubezpieczenia społeczne od dochodu osiąganego przez przedsiębiorcę. Teoretycznie składki te miały się wahać od 600 zł do 2400 zł miesięcznie. Rzeczywistość pokazuje, że wystarczy zarabiać ok. 3 tys. zł brutto na etacie, by płacić wyższy ZUS niż przedsiębiorcy po dwóch latach od rozpoczęcia działalności gospodarczej.
![]() | »MDM czyli Minister Dopłaci Młodym |
Niektóre osoby uznają składki na ZUS za barierę w rozpoczynaniu działalności gospodarczej. Inni za obowiązkowy podatek, który trzeba płacić, bo przecież zawsze mogą wrócić na etat. Nie sposób rozstrzygnąć spór, czy ZUS przedsiębiorców jest za wysoki czy za niski. Fakt jest taki, że przedsiębiorcy i tak mają dużo lepszą sytuację niż zatrudnieni u nich pracownicy.
Wbrew pozorom obecne rozwiązanie to nienaruszalny kompromis. Można na niego narzekać, ale jakiekolwiek zmiany będą prowadziły do negatywnych konsekwencji, na przykład ludzie z potencjałem będą się obawiali zakładania działalności gospodarczej.
Praca etatowca jest opodatkowana jak wódka...
![]() | »Bezrobocie to nie wszystko. Ważne jest zatrudnienie |
Jednak od pewnego poziomu dochodów istnieje możliwość ucieczki od wysokiego ZUS-u. Wystarczy przejść na samozatrudnienie. To, ile wynosi granica opłacalności, jest kwestią indywidualną. Dla jednych będzie to już 3,5 tys. zł brutto, dla innych dopiero 5 tys. zł. Każdy inaczej wycenia swoją „przedsiębiorczość”.
W piątkowym expose wypowiedź premiera zabrzmiała jak groźba oskładkowania ludzi, którzy postępują w racjonalny i logiczny sposób i po prostu uciekają od płacenia składek do ZUS-u. Może nie robiliby tego tak masowo, gdyby te składki były po prostu niższe. Wtedy skorzystaliby jeszcze najbiedniejsi, bo część pracowników, którzy w normalnych warunkach przechodziliby na samozatrudnienie, nie zdecydowałoby się na ten krok. Jest to kwestia odpowiedniej symulacji i zmian w prawie pracy.
Brak kompleksowych reform
I właśnie reformy kodeksu pracy zabrakło w zapowiedzi premiera. W dalszym ciągu podstawową umową zawieraną pomiędzy pracownikiem i pracodawcą będzie umowa o pracę. Ta tymczasem jest niedostosowana do rynkowych potrzeb w nowoczesnej gospodarce, którą tak bardzo staramy się zbudować. Przykładów nie trzeba daleko szukać: niemożność negocjowania długości urlopu wypoczynkowego, konieczność oddawania za wolne przypadające w sobotę, trudności ze zwolnieniem pracowników w nieskończoność przedłużających zwolnienia chorobowe.
Od przynajmniej kilku lat głośno mówi się o wprowadzeniu do kodeksu pracy nowych, elastycznych form zatrudnienia. Tymczasem pracodawca ma prosty wybór: umowa o pracę, która może go kosztować krocie, albo dwie tanie umowy cywilnoprawne, które równocześnie nie dla każdego pracownika są korzystne. Gdyby tych form było więcej, z różnymi składkami, urlopami itp., to łatwiej byłoby dobrać odpowiednie rozwiązanie dla firmy z każdej branży. To raczej oczywiste, że pracodawca niechętnie będzie zatrudniał młodych i niedoświadczonych lub seniorów niezdolnych do tak efektywnej pracy, jak ich dwadzieścia lat młodsi koledzy. Nie można im proponować podobnych umów, bo ludzie w różnym wieku, z różnym wykształceniem, nawet różniący się płcią po prostu nie pracują w taki sam sposób. To samo dotyczy postulatu regionalizacji wysokości minimalnego wynagrodzenia lub chociażby jego zróżnicowania ze względu na branże.
Kompleksowa reforma kodeksu pracy może nie powstrzymałaby zwolnień w najbardziej zagrożonych branżach, ale prawdopodobnie umożliwiłoby wyjście z szarej strefy całej rzeszy ludzi pracujących na czarno.
Gdzie dwóch się kłóci, nikt nie korzysta
| Zobacz też: | |
| Co nam obiecuje rząd Donalda Tuska? | |
Problemów jest mnóstwo i nie unikniemy wzrostu bezrobocia bez kompleksowej i skoordynowanej reformy. Szkoda, że tracimy czas na omawianie kolejnych populistycznych rozwiązań, rozleniwiających społeczeństwo, a zapominamy, że bogactwo bierze się przede wszystkim z pracy, ale takiej skrojonej dla każdego chętnego.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl





























































