To, że Niemcy są najważniejszym partnerem handlowym Polski, wie każdy. Ale mniej oczywisty jest fakt, że ten udział jeszcze rośnie od kilku lat. Dziś sięga 28 proc., wobec 25 proc. przed trzema laty.


Jednym z najczęściej powtarzanych postulatów dotyczących polskiego eksportu jest to, by bardziej rozwijał się on w kierunkach, w których jest słabszy. We wspomnianym artykule mówi to jeden z menedżerów: „aby branża meblarska nadal się rozwijała, musi się więc otwierać szerzej na kolejne rynki: środkowoazjatyckie, bliskowschodnie czy amerykańskie”. Takie głosy słychać we wszystkich branżach. A kończy się tak, że większość sprzedaży „zasysają” Niemcy.
Dlaczego tak się dzieje? Udział w łańcuchach dostaw niemieckich producentów okazuje się najłatwiejszym sposobem ekspansji zagranicznej. Opiera się na ustabilizowanych od lat relacjach, bliskości kulturowej i geograficznej. Na świat najlepiej wychodzić tą bramą, którą się zna. Choć docenić też trzeba fakt, że polski eksport jest znacznie bardziej zdywersyfikowany niż w przypadku innych krajów regionu, np. Czech czy Słowacji – mamy więcej rynków zbytu, na które sprzedajemy różne towary. Nie jest więc tak źle pod tym względem.
W ostatnich latach we wzroście udziału Niemiec w polskim eksporcie rolę odgrywała też mocna pozycja konkurencyjna niemieckich producentów na świecie. Niemcy przeszły suchą stopą przez kryzysy finansowe i umacniały swoją pozycję na światowych rynkach, kosztem producentów z krajów dotkniętych kryzysem. A Polska korzystała jako poddostawca.
Jesteśmy zatem zapleczem produkcyjnym Niemiec, częścią gospodarczej Mitteleuropy. To jest model rozwojowy, który przyniósł nam sukces. Możemy go zmieniać, ale to jest baza naszego wzrostu gospodarczego.
Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.



























































