REKLAMA

Islandia - kraj lodu, ognia i gospodarczych baniek

Adam Torchała2019-05-13 06:01redaktor Bankier.pl
publikacja
2019-05-13 06:01

Przez setki lat Islandia nie budziła większego zainteresowania światowych mocarstw. Trudno się jednak dziwić, była to odległa wyspa z surowym klimatem, wulkanami i skałami. Z czasem jednak wady Islandii zaczęły się przemieniać w jej zalety. To właśnie dzięki nim na wyspie możliwy był cud gospodarczy. Ostatnio na horyzoncie znów jednak zaczęły pojawiać się nieco ciemniejsze chmury.

Nim przejdziemy do ciemnych chmur warto zadać sobie podstawowe pytanie: jak cud gospodarczy na tak nieprzyjaznej wyspie w ogóle był możliwy? Pierwszym motorem Islandzkiego wzrostu było rybołówstwo i przetwórstwo rybne, które do dziś jest jednym z trzech głównych filarów wyspiarskiej gospodarki – łowi się tam 2 mln ton ryb rocznie. O znaczeniu tej branży niech świadczy fakt, że islandzkie monety zdobią właśnie mieszkańcy okolicznych mórz. Do historii przeszły też wojny dorszowe, które Islandia prowadziła z Wielką Brytanią. Chodziło o zwiększenie terenów połowu dorsza. Wojny – z przerwami – trwały w latach 1958-1976. Nie padł w niej wprawdzie ani jeden wystrzał, dochodziło jednak do taranowania statków, Islandczycy opracowali zaś taktykę przecinania brytyjskich sieci. Ostatecznie Wielka Brytania ugięła się pod presją i pozwoliła Islandii na zwiększenie terenów połowowych do 200 mil od brzegów wyspy. 20 lat wcześniej wojny wybuchły, ponieważ Islandia zwiększyła strefę z 4 mil do 12. Różnica więc była ogromna.

Islandia leży między Ameryką i Europą. Dosłownie. Na zdjęciu gratka dla geografów - miejsce spotkania płyty północnoamerykańskiej z euroazjatycką. / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Wygrać z Brytyjczykami pomogła pierwsza wada Islandii, która stała się jej atutem – położenie. W XX wieku kraj ten przestał być nikogo nieinteresującym lądem na uboczu wielkiego świata. W dobie globalnego konfliktu militarnego wyspa leżąca pomiędzy Europą, a Ameryką i zabezpieczająca Atlantyk od północy stała się łakomym kąskiem. W Keflaviku – ok. 50 km od stolicy Islandii – powstała baza, która najpierw służyła aliantom podczas drugiej wojny światowej, potem stała się zaś istotnym punktem na mapie NATO podczas zimnej wojny. Gdy doszło do wspominanego konfliktu z Brytyjczykami, Islandia na stół położyła kartę „albo dorsze, albo my wycofujemy się z NATO”. Podziałało błyskawicznie, a Brytyjczycy pod naciskiem Amerykanów musieli wycofać się ze swoich roszczeń.

Inwestycje wujka Sama

Keflavik nie tylko zwiększył dyplomatyczną siłę Islandii, ale także rozpędził jej gospodarkę. Choć kraj w zasadzie nie ucierpiał podczas II wojny światowej, w latach 1948-1952 w ramach planu Marshalla na Islandię trafiła pomoc warta 24 mln dolarów (na dzisiejsze to ok. 250 mln dolarów). I choć liczba ta może sama w sobie nie robi wrażenia, to jednak dla małej, słabo zaludnionej wyspy była to suma spora. Wystarczy powiedzieć, że w przeliczeniu na mieszkańca (per capita) to właśnie Islandia otrzymała najwięcej pieniędzy w ramach Planu Marshalla. Przykładowo na przeciętnego Islandczyka przypadło trzykrotnie więcej dolarów niż na przeciętnego Brytyjczyka.

Pomoc przyznana poszczególnym krajom w ramach Planu Marshalla. W kolumnach po kolei: kraj, otrzymana pomoc (w mln USD), procent w całości pomocy, populacja, pomoc na 1 mieszkańca (w USD), procent PKB / Learn Europe

Baza w Keflaviku dała także miejsca pracy oraz stanowiła magnes na inwestycje zagraniczne. Do tej pory zamknięci na świat Islandczycy musieli się otworzyć na stacjonujących w Keflaviku Amerykanów. W zamian za amerykańskie pieniądze budowano m.in. cementownie, fabryki, osuszono też tereny bagienne, których na Islandii pełno. I choć wojska amerykańskie zniknęły z Keflaviku w 2006 roku, zostały tam amerykańskie firmy, które do dziś stanowią istotny element gospodarczego krajobrazu Islandii.

Hutnicze eldorado

Firmy te zresztą trafiły na podatny grunt. Wulkaniczny charakter wyspy, który początkowo mógł odstraszać, teraz stawał się jej kolejną zaletą. Islandia to jedno wielkie źródło geotermalne, kwestią czasu i technologii było zaprzęgnięcie tej wody do pracy. Dodatkowo islandzkie ukształtowanie terenu idealnie nadaje się do budowania elektrowni wodnych. W efekcie Islandia zyskała istotną przewagę konkurencyjną w postaci bardzo taniego prądu. To z kolei stanowiło podstawę do rozwoju na wyspie energochłonnych gałęzi gospodarki takich jak serwerownie, czy huty aluminium. Szczególnie istotną rolę odegrały te drugie, które do dziś – obok wspominanego rybołówstwa – stanowią drugi filar wyspiarskiej gospodarki. Stawki energetyczne dla hut w Islandii są 37 proc. niższe niż światowa średnia. Produkcja na wyspie jest więc bardzo opłacalna.

Islandia to jeden wielki garnek z gotującą się wodą. Źródła geotermalne można tam znaleźć na każdym kroku / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Pierwsza duża huta aluminium pojawiła się tu już w 1969 roku, druga w 1998, trzecia zaś w 2008 roku. Wszystkie należą do firm z Ameryki Północnej: Rio Tinto, Alcoi i Century Aluminium. Zatrudniają one 1400 osób. Dziś na liczącej ledwie 350 tys. mieszkańców wyspie przerabia się ponad 2 proc. światowej produkcji aluminium. Dlaczego nie więcej, skoro całość jest tak opłacalna? Cóż, huty są tak wielkie, że konsumują aż 70 proc. produkowanego na wyspie prądu. Przykładowo budowa ostatniej wymagała sporych inwestycji w energetykę. Powstała największa na Islandii elektrownia wodna (Fljótsdalur) produkująca rocznie 4600 GWh energii elektrycznej, czyli 41-krotnie więcej niż nasza Solina.

Huty spowodowały skokowy wzrost zapotrzebowania na energię / Statistics Iceland

Budowa tejże elektrowni urosła swoją drogą do rangi symbolu. Najpierw ze względu na protesty dotyczące niszczenia pięknych islandzkich krajobrazów. Później ze względu na bańkę, która wstrząsnęła całym krajem. Andri Snær Magnason w swojej „Krainie marzeń” wspomina o zaplanowanym – niemal na skalę sowiecką – planie pięcioletnim. - Polegał on na podwojeniu wytwarzanej energii elektrycznej w celu zaspokojenia zapotrzebowania huty aluminium, której właścicielem była duża amerykańska firma Alcoa. Już to, podwojenie produkcji energii elektrycznej w kraju rozwiniętym, wystarczy, by rozpoczęła się gorączka złota (…) Dla kraju liczącego 300 tys. mieszkańców była to kolosalna inwestycja, około 3 mld dolarów – pisze Magnason.

Wyspa pełna Polaków

To właśnie z budowlanym boomem lat 2005-2007 wiązać należy masową imigrację Polaków. Poziom życia na Islandii już w latach 90-tych należał do najwyższych na świecie, odległa wyspa nie stanowiła wówczas jeszcze jednak pierwszego wyboru. W 2005 roku w liczącej niewiele ponad 2 tysiące osób polskiej diasporze zachowana była równowaga płci, imigranci pracowali w hutach, przetwórniach ryb i na budowach.

Moda na Islandię wśród Polaków to przede wszystkim zasługa boomu budowlanego w latach 2005-2007 / Statistics Iceland

Wielki boom budowlany sprawił jednak, że udział zatrudnionych w tej ostatniej branży zdecydowanie wzrósł. Na wyspę masowo zaczęli ściągać mężczyźni z Polski, których liczba w 2007 roku przekroczyła 7 tysięcy. Tym samym było ich na Islandii dwa razy więcej niż Polek. W sumie zaś na liczącej wówczas 315 tysięcy mieszkańców Islandii aż 3,3 proc. mieszkańców miała polski paszport. Najbardziej jaskrawym przykładem polskiej masowej imigracji była budowa wspomnianej huty dla Alcoi i powiązanej z nią elektrowni wodnej. Wówczas główny wykonawca, za radą islandzkiego urzędu, sprowadził tylko do tego projektu ponad 1600 Polaków.

Banki, bańki i nowi wikingowie

Pracownicy zza granicy byli wówczas potrzebni Islandii jak nigdy wcześniej. Nie dość, że boom wymagał rąk do pracy, to jeszcze sami Islandczycy nie garnęli się do pracy na budowach, czy nawet w przetwórniach ryb. Prawdziwe eldorado trwało bowiem w bankowości. Trzy największe islandzkie banki - Landsbanki, Kaupthing, Glitnir - po prywatyzacji pełnymi garściami korzystały z globalnego boomu. Swoje zrobiły też względnie wysokie stopy procentowe, które zachęcały do zakładania lokatIslandczycy stosowali nawet tzw. carry trade, czyli zaciągali kredyty w jenach, bądź frankach, czyli walutach krajów z niskimi stopami. Pieniądze te wpłacali na lokaty w Islandii i zyskiwali na różnicy stóp procentowych. Gdy się bogacili, w Islandii tempa nabrała inflacja, na którą islandzki bank centralny reagował dalszymi podwyżkami stóp. Carry trade stawał się tym samym jeszcze bardziej opłacalny.

Stopy procentowe na Islandii / Trading Economics

Banki stały się miejscem gdzie powstawały fortuny. Sektor kusił Islandczyków, którzy porzucali dotychczasowe zajęcia, wskakiwali w garnitury i rozpoczynali pracę w bankowości. Ci, którzy robili najbardziej zawrotne kariery, nazywani byli współczesnymi wikingami. Później zresztą, gdy Islandia stała się dla nich za mała, zrobili to, co wikingowie potrafili najlepiej – ruszyli na Wyspy Brytyjskie. Brytyjczykom zaoferowano konta Icesave, które kusiły wysokim procentem. W bańkę wciągnięto także Holendrów.

Aktywa banków do PKB na koniec roku. W trakcie 2008 roku wskaźnik ten przekraczał jednak 1000 proc. / Bankier.pl

Jednocześnie banki te chętnie sięgały po zagraniczne pożyczki na zakup różnych – niekoniecznie związanych z bankowością - aktywów. Swego rodzaju symbolem stała się inwestycja Landsbanki w grający w Premier League West Ham United. Skala, w której działały banki, nagle kompletnie oderwała się od islandzkiej gospodarki. W 2008 roku aktywa islandzkiego sektora bankowego, w szczytowym momencie, były ponad 11-krotnie większe niż Islandzkie PKB. Balon urósł do gigantycznych rozmiarów, kwestią czasu było pojawienie się kogoś ze szpilką.

Garnkowa rewolucja obala rząd

Moment ten nastąpił we wrześniu 2008 roku, gdy upadek Lehman Brothers podważył zaufanie do systemu bankowego, co zaowocowało ograniczeniem finansowania dla m.in. islandzkich banków. Pierwszy problemy zaczął mieć Glitnir, który nie był w stanie pokryć wartych 600 mln zł obligacji. Rozrośnięty bilans sprawił, że Glitnirowi nie pomógł bank centralny, później zaś go znacjonalizowano. To jeszcze bardziej napędziło panikę, także wśród Brytyjczyków i Holendrów, którzy chcieli odzyskać pieniądze z IceSave. Wówczas płynność stracił Kaupthing Bank. W problemy popadł także Landsbanki.

Harpa, wielka sala koncertowa i centrum kongresowe w Rejkiawiku. To symbol nieruchomościowej bańki - budowa rozpoczęła się podczas boomu, w trakcie kryzysu ją jednak przerwano. Ostatecznie budynek udało się jednak oddać w 2011 roku / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Na scenę znów wkroczył rząd, który podzielił aktywa znacjonalizowanych banków na domowe i zagraniczne. Te pierwsze nie były obciążone „złymi”, zagranicznymi zobowiązaniami, drugie po prostu spisano na straty. W międzyczasie swoje niezadowolenie z działań islandzkich władz wyrazili Brytyjczycy, którzy zamrozili aktywa Landsbanki. Co ciekawe posłużyli się przy tym prawem antyterrorystycznym, islandzki bank wylądował na czarnej liście w towarzystwie m.in. Al-Kaidy i Korei Północnej.

Dziś spokojny Rejkiawik w 2008 roku był areną walk. I to dosłownie. Podczas protestów mieszkańców Islandii policja użyła nawet gazu. Po raz pierwszy od 60 lat. / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Kończąc wątek brytyjski warto dodać, że później islandzki parlament przegłosował nawet ustawę, zgodnie z którą do Brytyjczyków i Holendrów trafić miało 4 mld euro. To rozsierdziło Islandczyków, wystarczy bowiem powiedzieć, że w 2010 roku PKB wyspy wynosiło… 9,7 mld euro. Petycję przeciw wprowadzeniu ustawy w życie podpisała ¼ wyborców. Ostatecznie prezydent zarządził referendum, w którym ustawę odrzucono.

Korona gwałtownie osłabiła się w trakcie kryzysu / Trading Economics

Islandczykom nie podobało się nie tylko widmo płacenia za Brytyjczyków. Wyszli oni na ulicę już w październiku 2008 roku, domagali się ukarania bankierów i dymisji rządu. Podczas protestów używano m.in. przyrządów kuchennych, by zrobić jak najwięcej hałasu, stąd wydarzenia te przeszły do historii jako garnkowa rewolucja. Hasło przewodnie? „Nie będziemy płacić za wasz kryzys”. W szczytowym momencie pod parlamentem miało protestować nawet 22 tys. ludzi, czyli… 7 proc. populacji kraju. W styczniu premier Geir Haarde w końcu podał się do dymisji. Kar doczekali się także prezesi największych banków.

Drugi cud w poobijanej Islandii

Decyzja o ukaraniu bankierów, zamiast ratowania zbudowanych na ich chciwości molochów, pomogła Islandii wyjść z kryzysu, ten jednak mocno odbił się na gospodarce kraju. Potrzebna była nawet pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który wsparł Islandię kwotą około 900 mln dolarów. 2,5 mld zł dosypały europejskie kraje, w tym Polska. Islandzki indeks giełdowy tylko w czwartym kwartale 2008 roku stracił 82 proc., cały rok zakończył zaś przeceną o blisko 90 proc.

Załamanie na islandzkiej giełdzie / EquityRT

Załamała się też korona. W 2007 roku za franka płacono nawet poniżej 50 koron, pod koniec 2008 roku było to już 120 koron, a w 2013 ponad 130 koron. Jednocześnie spadła wartość nieruchomości.  To z kolei zrodziło problem dla osób posiadających kredyty hipoteczne we franku oraz innych walutach zagranicznych. Okazywało się, że spłacali oni mieszkaniowy dług i nagle przez kryzys wciąż mają do spłacenia o wiele więcej, niż wynosi wartość nieruchomości. I choć ceny nieruchomości na Islandii znów rosną, korona odrobiła ledwie część strat i dla niektórych rodzin kredyty hipoteczne to wciąż istotne obciążenie. Zadłużenie stało się zresztą problemem całej wyspy. O ile w 2007 roku wskaźnik długu publicznego do PKB wynosił tylko 27,3 proc., o tyle w 2008 skoczył do 67,4 proc., a w 2011 sięgnął 94,7 proc.

Zadłużenie Islandii mocno wzrosło w trakcie kryzysu / Trading Economics

Koniec końców obrana przez Islandczyków droga walki z kryzysem okazała się słuszna. W 2017 z zadłużeniem udało się zejść już do 42,3 proc. Na wyspę, po ugaszeniu bankowego pożaru, powrócił także szybki wzrost gospodarczy, dynamika PKB w pierwszej połowie 2017 roku zbliżyło się nawet do 10 proc. Wróciła także moda na pracę na wyspie, 2017 rok był drugim najlepszym w historii pod względem napływu imigrantów. Znów dominowali Polacy, których oficjalna liczba na wyspie wynosi obecnie 17 tysięcy. Nieoficjalnie mówi się jednak nawet o 40 tysiącach. Przypomnijmy, że mówimy o wyspie zamieszkiwanej przez 350 tys. osób.

- Mieszkańcy Islandii nie pozwolili zniewolić się jarzmem długu, dzięki czemu gospodarka zaczęła odżywać i rozwija się do dziś. Strefa euro, a także będąca w podobnej sytuacji Irlandia, uratowała banki obciążając europejskie społeczeństwa niespłacalnym długiem. I dlatego euroland wciąż tkwi w stagnacji. Reakcja na kryzys świadczy o sile islandzkiego społeczeństwa, w którym ludziom nie jest wszystko jedno, co się dzieje z ich krajem i ich pieniędzmi – tłumaczy Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl, w artykule „Dlaczego Islandia stała się bogatym krajem”.

Turystyczny boom

Istotny udział w reanimacji Islandii miała nowa branża, która stała się istotną częścią gospodarki. I tutaj ponownie Islandia swoje wady przekuła w zaletę. Nieprzyjemne na co dzień lodowce, góry, wulkany i gejzery stały się bowiem wielką atrakcją turystyczną. Islandia mocno różni się krajobrazem od tego co można zobaczyć w Europie, czy Ameryce Północnej, leży jednak zdecydowanie bliżej nich niż np. mająca podobną charakterystykę Nowa Zelandia. Mówi się, że wyspa to jeden wielki Disneyland, tyle że z naturalnymi atrakcjami. I po wizycie na Islandii ciężko się z tą opinią nie zgodzić. Dodatkowo ze względu na swoje położenie Islandia jest świetnym hubem między oboma kontynentami, co dodatkowo przyciąga zagranicznych turystów.

Keflavik - serce islandzkiej hossy turystycznej / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Liczba turystów odwiedzających wyspę stale rosła od początku XXI wieku, od 2011 roku trwa jednak prawdziwy boom. Przykładowo w 2010 roku turyści odbyli na Islandii niecałe 3 mln noclegów, w 2018 roku było to już jednak przeszło 8,5 mln. W 2011 roku, w szczycie sezonu, w miesiąc wynajętych zostało niewiele ponad 7 tysięcy samochodów, w 2018 roku analogicznie było to ponad 27 tysięcy. Pomiędzy 2013 a 2018 rokiem islandzkie przychody z tytułu turystyki wzrosły blisko dwukrotnie. Dodatkowo, wydatki zagranicznych podróżnych w 2013 stanowiły o 26,4 proc. islandzkiego eksportu, w 2018 roku było to już jednak 39,3 proc.

Turystyka zdominowała gospodarkę Islandii / Statistics Iceland

Pojawiły się nawet obawy, że turystyka stanowi zbyt duży udział w islandzkiej gospodarce. Pretekst dał rynek walutowy, bo choć korona islandzka po pęknięciu bańki nigdy na dolarze, czy franku nie dorównała do poziomów z 2008 roku, to jednak  w latach 2016-2017 zyskała ona względem dolara 1/3 wartości. I tak droga już Islandia stawała się coraz droższa. Traveller.com po tych wzrostach nazwał nawet wyspę najdroższym kierunkiem turystycznym świata, zaś Landsbankinn (następca prawny upadłego w wyniku kryzysu finansowego Landsbanki), w analizie z maja 2018 roku wieszczył, że „boom turystyczny się skończył”. Szczyt sezonu w 2018 roku był jednak lepszy, niż ten z 2017 roku. Pomógł m.in. udział Islandii na rosyjskim mundialu, gdzie drużyna i kibice islandzcy przykuwali uwagę, promując jednocześnie swój kraj.

Twarde lądowanie Wow Aira

W ostatnich danych widać już jednak pewne oznaki wyhamowania trendu, a być może nawet jego odwrócenia. Islandzkie wpływy z VAT-u związane z turystyką spadły w listopadzie i grudniu 2018 roku względem listopada i grudnia 2017 roku o 3 proc. Styczeń 2019 roku z kolei był pierwszym miesiącem od blisko 10 lat, kiedy spadła rok do roku liczba zatrudnionych w turystyce osób (o 0,1 proc.). W lutym rok do roku spadła liczba turystycznych noclegów (o 2 proc. rok do roku), w marcu zaś liczba turystów przylatujących do Islandii (o 2 proc. rok do roku) oraz w ogóle samolotów lądujących w Keflaviku (o 13 proc. rok do roku). I to wszystko mimo osłabienia się korony w drugim półroczu 2018 roku.

Islandię najlepiej zwiedzać samochodem, dlatego ich wynajem jest dobrym miernikiem kondycji islandzkiej turystyki. W kategorii tej obserwuje się zaś dynamiczny wzrost / Statistics Iceland

Szczególnie warto zwrócić uwagę na dane lotnicze, pod koniec marca plajtę ogłosił bowiem Wow Air, czyli islandzkie tzw. tanie linie lotnicze. Firma ta powstała wprawdzie dopiero w 2011 roku, jednak szybko zdobyła popularność oferując stosunkowo tanie loty pomiędzy Europą, a Ameryką z wykorzystaniem Keflaviku. Wow tym samym stał się istotnym elementem w układance napędzającej islandzką turystykę. Tymczasem przez pierwszy kwartał 2019 roku firma walczyła o utrzymanie się przy życiu. Cięcia jednak nie pomogły i Wow zbankrutował.

Na Islandii znajduje się m.in. Geysir. To od jego nazwy własnej wzięło się słowo gejzer, którym określa się podobne mu źródła geotermalne wypluwające co jakiś czas wodę / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

To złe informacje dla Islandii, na którą zdecydowana większość turystów dostaje się właśnie samolotem. W 2018 roku rządowy raport szacował, że ewentualna upadłość Wow Aira uszczupli islandzkie PKB o 3 proc., a eksport o 10 proc. Jest jeszcze za wcześniej, aby określić, czy te szacunki się urzeczywistnią. Póki co wiadomo, że pracę straciło blisko 1500 osób (przypomnijmy, że Islandia to mała wyspa, problem więc jest spory), lekkie zawirowania przeżyła także korona.

Na danych dotyczących zatrudnienia w turystyce widać już wyhamowanie trendu / Statistics Iceland

Teoretycznie w miejsce Wowa mogłyby wskoczyć inne linie, te jednak mają póki co także swoje problemy. W branży jest spora konkurencja, a drożejąca ropa zwiększyła koszty. Ma je m.in. drugi islandzki przewoźnik – Icelandair, który ze względu właśnie na nadwyrężone finanse zrezygnował z ratowania Wowa. Inny scenariusz zakłada reanimację Wowa przez jego właściciela. Miałby on odkupić prawa do marki i jako nowa firma w starych barwach rozpocząć jeszcze w tym roku loty na okrojonej siatce połączeń.

Islandzki to trudny język, choć na szczęście łatwo się tu dogadać po angielsku, czy trafić na Polaka. Na zdjęciu wulkan, którego erupcja zatrzymała europejski ruch lotniczy w kwietniu 2010 roku. To zresztą kolejne ryzyko związane z boomem turystycznym, kolejna duża erupcja może bowiem negatywnie odbić się na branży / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Ciężko jednak sobie wyobrazić, by Islandia, w której gospodarce tak istotną rolę zaczęła odgrywać turystyka, przeszła suchą stopą przez bankructwo najpopularniejszej na wyspie taniej linii lotniczej. Dodatkowo boom turystyczny nie musi trwać wiecznie. Łaska turysty na pstrym koniu jeździ, warto także pamiętać, że w razie zawirowań w światowej gospodarkę to wydatki na turystykę w budżetach domowych będą ucinane najszybciej. 11 lat po pęknięciu bańki bankowej islandzkiej gospodarce znów więc daleko do zdrowej struktury.

Islandia, czyli kraj paradoksów

Islandia z jednej strony oparła swój sukces na umiejętności przekuwania swoich słabości w silne strony. Z drugiej zaś, gdy coś idzie, Islandczycy łatwo popadają w skrajność. Wyspą zainteresowali się hutnicy z Ameryki? Huty na Islandii stały się tak duże, że pod nie reguluje się system energetyczny. Sprywatyzowano banki? Islandia wyhodowała prawdopodobnie największą bankową bańkę na świecie. Wyspa stała się modna wśród turystów? Turystyka zdominowała eksport Islandii i de facto uzależniła gospodarkę wyspy od odwiedzin zagranicznych gości.

Islandia to kraj paradoksów - niedaleko gorących źródeł i wulkanów znaleźć można lodowiec. Ten niestety jest coraz mniejszy, w 2010 roku podobno sięgał do miejsca, z którego robione było zdjęcie / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Islandię często nazywa się „wyspą lodu i ognia”, współistnieją bowiem na niej i lodowce i wulkany. Określenie to ma dodatkowo podkreślać pewne sprzeczności, które odwiedzając Islandię łatwo dostrzec. Wyspa jest i piękna i ponura. I zimna i gorąca. W górach, w otoczeniu lodu, można wskoczyć do gorącej, naturalnie wypływającej z ziemi wody. Warunki na wyspie są ciężkie, jednak zamieszkujące je społeczeństwo osiągnęło jeden z największych globalnie sukcesów XX wieku: z leżącej na uboczu wyspy rybaków Islandia awansowała do światowej czołówki pod względem wskaźników mierzących jakość życia. Do listy tych paradoksów można dopisać jeszcze jeden. Islandia, jako kraj nordycki, utożsamiana bywa z wartościami, które można spotkać w Skandynawii. Owa porządność i rozsądek, z którymi kojarzone bywają północne narody, w Islandii nagle znika, gdy przychodzi do budowy zdywersyfikowanej gospodarki.

Islandia z jednej strony jest zalewana przez turystów, z drugiej zaś jest na tyle duża, że nawet główne drogi są w zasadzie puste / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Być może taki jest jednak los małych w zglobalizowanym świecie, że wszystko u nich musi być przerośnięte. Hong Kong, Singapur, czy Monako również osiągnęły sukces i również ich gospodarki są dalekie od modelu działającego w większych krajach. I choć Islandia funkcjonuje na nieco innych zasadach niż wspomniana trójka, to jednak podatność na bańki może mieć związek właśnie z jej wielkością. Liczba, która dla kraju wielkości Polski jest małą, na Islandii potrafi stanowić istotny udział w gospodarce. Dobrym przykładem są huty na wyspie, w których wprawdzie przetwarzane jest 2 proc. światowej produkcji aluminium, by je zasilić potrzeba jednak aż 70 proc. całej islandzkiej energii elektrycznej. Liczby niewielkie globalnie, na Islandii nabierają znaczenia.

Wielką atrakcję Islandii stanowią także wodospady / fot. Adam Torchała / Bankier.pl

Podczas kryzysu bankowego Islandczycy udowodnili jednak, że post factum potrafią rozsądnie podejść do sprawy. Tutaj ponownie istotną rolę może odgrywać rozmiar. Małe społeczności łatwiej się organizują i wspólnie stawiają czoła problemom, a dodatkowo po kryzysie Islandczycy zaczęli uważniej patrzeć władzy na ręce. Po garnkowej rewolucji na ulicę wychodzili m.in. także, gdy pojawił się – bez referendum – wniosek akcesyjny do Unii Europejskiej lub gdy w aferze Panama Papers okazało się, że premier kraju ukrywa pieniądze w raju podatkowym. Oczywiście problem ze zbyt dużym udziałem turystyki w gospodarczym miksie jest zupełnie innej natury, jednak świadomość polityczna Islandczyków i kapitał społeczny tkwiący na wyspie pozwalają wierzyć, że kraj ten nie zatonie i będzie potrafił stawiać czoła kolejnym kryzysom.

Źródło:
Adam Torchała
Adam Torchała
redaktor Bankier.pl

Redaktor zajmujący się rynkami kapitałowymi. Zdobywca tytułu Herosa Rynku Kapitałowego 2018 przyznanego przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Swoją uwagę skupia głównie na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, gdzie trzyma rękę na pulsie nie tylko całego rynku, ale także poszczególnych spółek. Z uwagą śledzi również ogólnogospodarcze wydarzenia w kraju i poza jego granicami.

Tematy
Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Komentarze (16)

dodaj komentarz
godli
Kolego bt5 - co do schodów przy bluebir , którym lecą tylko trzy osoby , czasem cztery nie jest konieczne rozkładanie czerwonego dywanu. Jest to samolot kontenerowy na którego pokładzie jest tylko załoga. Zapewniam cię, że nikt jeszcze z tych schodów nie zaliczył gleby :)
czarny_kuskus
Naprawdę trudno uwierzyć w ten mit polskiego super pracownika. Ciekawe jak to jest, że "fachowcy" w kraju nie potrafią niczego zrobić bez zepsucia czegoś innego, a na zachodzie nagle stają się "cenionymi ekspertami". Tak samo nie rozumiem jak to jest, że przy takim rynku partaczy wyjechali ci najlepsi Naprawdę trudno uwierzyć w ten mit polskiego super pracownika. Ciekawe jak to jest, że "fachowcy" w kraju nie potrafią niczego zrobić bez zepsucia czegoś innego, a na zachodzie nagle stają się "cenionymi ekspertami". Tak samo nie rozumiem jak to jest, że przy takim rynku partaczy wyjechali ci najlepsi (bo tak to jest tłumaczone, prawda?). Przecież nie powinni mieć problemu ze znalezieniem pracy u nas jak byli tacy dobrzy
andrzej_warszawski
trza Zygmunta rozbujać !
a przyrost PKB w kraju nr 1 w EU - nie licząc Malty :)
mith21
10% wzrostu w 2017? A jaki był w 'sercu europy' PiSu?
search
W sercu europy PISlamabadzie wzrost goni wzrost a reformy poganiaja reformy tylko nikt nie wie dlaczego konie w janowie zdychaja.
maciejbankier
Żaden cud:
- dostali: 900 mln+2,5mld euro - czyli 2,4 mld euro
- mają 350.000 mieszkańców
daje to "tylko" ok 6850 euro na mieszkańca

Dla Polski by to było dla porównania: 6850 euro * 37.000.000, czyli....
253 450 000 000 EURO.
Starczyłoby na spłatę całości długu publicznego i jeszcze
Żaden cud:
- dostali: 900 mln+2,5mld euro - czyli 2,4 mld euro
- mają 350.000 mieszkańców
daje to "tylko" ok 6850 euro na mieszkańca

Dla Polski by to było dla porównania: 6850 euro * 37.000.000, czyli....
253 450 000 000 EURO.
Starczyłoby na spłatę całości długu publicznego i jeszcze by sporo zostało...
search
Islandia jest niesamowita, ten kto byl to wie o czym mowie ale i starsznie droga, a mimo to przyciga jak magnes.
fred_
Nasz Adas na Islandii byl i takie poekne fotki postrzelal? Good for U maj frend.
bt5
Do 1984. Masa projektów technicznych w krajach skandynawskich to bardzo uproszczona dokumentacja. Przeważnie tylko słaby rysunek co prawda w skali ale nawet bez naniesionych wymiarów i brak jakichkolwiek szczegółów technicznych. Oczywiście wychodzi się z założenia że prawdziwym fachowcom to wystarczy , a jak ktoś nie Do 1984. Masa projektów technicznych w krajach skandynawskich to bardzo uproszczona dokumentacja. Przeważnie tylko słaby rysunek co prawda w skali ale nawet bez naniesionych wymiarów i brak jakichkolwiek szczegółów technicznych. Oczywiście wychodzi się z założenia że prawdziwym fachowcom to wystarczy , a jak ktoś nie ma pojęcia o temacie to i gruba książka z dokumentacją na nic się zda.
szczawikpl
Do dzis bez zmian np. w Norwegii, rysunek techniczny czy budowlany w stylu minimalistycznym. Reszty sie domysl.

Powiązane: Tylko u nas

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki