Usługi bankowe nie są już wyłączną domeną banków. Przypomniała o tym seria doniesień z zagranicznych rynków. Duże firmy z branży handlu i IT coraz chętniej oferują produkty finansowe. Najczęściej kryje się za tym coś więcej niż próba zbudowania nowego źródła przychodów.
W minionym tygodniu potentat z Mountain View zaproponował swoim stałym klientom w Wielkiej Brytanii i USA karty kredytowe. Dla Google’a nie była to pierwsza wycieczka w dziedzinę finansów. Karty rozdawał już wcześniej na rynku amerykańskim, chociaż był to wyłącznie pilotaż o ograniczonym zasięgu. Teraz gigant zdecydował się na odważniejsze kroki, chociaż nadal plastikowy pieniądz otrzymać mogą tylko niektórzy klienci firmy.
Udzielany przez Google’a kredyt jest tani. W USA karta tej
firmy jest oprocentowana na 8,99%, podczas gdy przeciętna kredytówka na tamtym
rynku jest obciążona piętnastoprocentowymi odsetkami. Plastikiem Google nie
można jednak płacić wszędzie – służy on do nabywania reklam w systemie AdWords.
Firma nie liczy na to, że kartowy biznes będzie na siebie zarabiać. Głównym
zadaniem Google AdWords Business Credit jest zwiększenie sprzedaży usług
reklamowych. Posiadając olbrzymie gotówkowe rezerwy, firma może sobie pozwolić
na kredytowanie swoich klientów i pobudzanie w ten sposób popytu.
Amazon też kredytuje
Niemal identyczną strategię jak Google przyjął potentat
internetowego handlu – Amazon. Sprzedawcy korzystający z platformy e-commerce Amazon
Marketplace mogą skorzystać z pożyczki udzielanej przez specjalny oddziały
firmy. Amazon szacuje wysokość potencjalnej pożyczki i jej ryzyko, korzystając
z danych o obrocie sprzedawcy. Mając w ręku tak istotną wiedzę, może szybko
podjąć decyzję i wyprzedzić konserwatywnie działające banki.
Podobnie jak Google, Amazon liczy przede wszystkim na ożywienie sprzedaży swoich usług. Sprzedawcy korzystający z pośrednictwa Amazonu płacą sowite prowizje (6-15% wartości sprzedaży). Dlatego pożyczany pieniądz może być stosunkowo tani. W przypadku najlepszych klientów gigant e-handlu jest gotów zadowolić się nawet jednym procentem odsetek.
Supermarket jak bank
Wal-Mart to olbrzym na amerykańskim rynku handlu detalicznego. W ostatnich dniach jego nazwa pojawiła się na czołówkach serwisów ekonomicznych za sprawą aliansu z American Express. Owocem współpracy jest karta przedpłacona BlueBird, która będzie sprzedawana w marketach w całych Stanach.
Podobnie jak Google, Wal-Mart nie jest nowicjuszem w branży finansowej. W tej chwili oferuje on kilka typów kart (m.in. przedpłacone i kredytowe) oraz usługi przekazów pieniężnych. Dla wielu niezamożnych Amerykanów sklep stał się substytutem banku. Można w nim załatwić wszystkie podstawowe sprawunki – zrealizować czek, opłacić rachunki, a nawet otrzymać pomoc w rozliczeniu podatków.
Karta BlueBird to jednak duży krok naprzód w stosunku do
dotychczasowych propozycji Wal-Martu. Istotny jest nie tylko brak opłat za
podstawowe operacje (w tym wpłaty gotówkowe w sklepach), ale również dostęp do
zaawansowanych funkcji, dostępnych dotąd przede wszystkim dla klientów banków.
Klient supermarketu wyposażony w plastik American Express będzie mógł m.in.
zdalnie deponować czeki, wykonując im zdjęcie smartfonem. Od razu dołączy także
do programu mobilnego portfela Serve, który umożliwia wysyłanie środków innym
użytkownikom, dokonywanie przelewów przez aplikację Facebooka i doładowywanie
przedpłaconego rachunku z poziomu telefonu.
Nieubankowieni klienci, którzy zaopatrzą się w (prawie) darmową kartę, nie będą mieli istotnego powodu, by otwierać rachunek bankowy. Wal-Mart stanie się dla nich nie tylko dostawcą potrzebnych codziennie produktów, ale również najważniejszych finansowych usług.
Finanse to boczna ścieżka
Największe światowe firmy, takie jak Google czy Amazon, wcale nie marzą o tym, żeby stać się bankami. Ich podstawowy biznes często jest znacznie rentowniejszy niż podstawowe usługi bankowe. Rozszerzając swoją działalność na finanse, liczą przede wszystkim na wzmocnienie lojalności klienteli i zwiększenie obrotów. Jeśli jednak ten pierwszy krok przyniesie zachęcające rezultaty, to może za kilka lat zobaczymy gdzieś, zapewne w sieci, szyld „Google Bank”.
Michał Kisiel, analityk Bankier.pl
























































