W Paryżu doszło do starć podczas demonstracji przeciw przemocy policji i rasizmowi. Protestujący rzucali w funkcjonariuszy butelkami i kamieniami, policja użyła gazu łzawiącego. Także w Londynie tysiące osób - zwolenników ruchu Black Lives Matter oraz kontrmanifestantów chroniących pomniki związane z brytyjską historią - zebrały się w sobotę pomimo wezwań władz i policji, by unikać zgromadzeń. Demonstracje przeciw brutalności policji i nierówności rasowej trwają nieprzerwanie w Nowym Jorku.


Manifestację w Paryżu, która zebrała się na placu Republiki, zablokowała policja, uniemożliwiając przemarsz demonstrantów na plac Opery. Doszło do starć, kilkanaście osób zatrzymano. Manifestanci rzucali w policjantów racami i kamieniami. Wykrzykiwali pod adresem funkcjonariuszy wyzwiska, zarzucając im rasizm i stosowanie przemocy wobec zatrzymywanych osób.
Grupa protestujących z antyfaszystowskimi transparentami rzucała butelkami w policjantów, którzy odpowiedzieli granatami z gazem łzawiącym.
Według policji w Paryżu protestowało 15 tys. osób, media podają szacunki mówiące o 20 tys., a organizator demonstracji, komitet zmarłego w areszcie w 2016 roku czarnoskórego Adamy Traore, mówił o 150 tys. manifestujących.
Protestujący podczas manifestacji klękali z zaciśniętymi uniesionymi pięściami, nawiązując do protestów przeciwko przemocy policyjnej w Stanach Zjednoczonych oraz ruchu Black Lives Matter. Klęczący domagali się „sprawiedliwości dla Adamy”.
Na początku manifestacji prawicowi aktywiści ruchu Generation Idenititaire rozwiesili na jednym z budynków baner z hasłem mówiącym o rasizmie wobec białych mieszkańców Francji. Transparent rozerwały osoby stojące na balkonach budynku. W związku ze zniszczeniem baneru policja zatrzymała 12 osób.
Do demonstrantów w Paryżu dołączył szef skrajnie lewicowej Francji Nieujarzmionej Jean-Luc Melenchon. Wśród manifestantów znajdowały się również osoby w żółtych kamizelkach, reprezentujące ten ruch społecznego protestu.
Podczas manifestacji jej uczestnicy wykrzykiwali, że we Francji obecny jest systemowy rasizm. „Dość supremacji białych” oraz „Sprawiedliwość dla Adamy” – to najczęściej pojawiające się transparenty.
Jak poinformowali funkcjonariusze, podczas demonstracji padały hasła antysemickie. Zgłosili sprawę sądom w celu wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.
Sobotnie manifestacje zorganizowano, nie bacząc na oficjalne zakazy prefektów policji ze względów sanitarnych. Wezwały do nich stowarzyszenia broniące pamięci 24-letniego czarnoskórego Adamy Traore, który zmarł w areszcie 19 lipca 2016 r., dwie godziny po zatrzymaniu w mieście Beaumont-sur-Oise w regionie stołecznym Ile-de-France.
Tysiące osób demonstrowało w Londynie
Tysiące osób - zwolenników ruchu Black Lives Matter oraz kontrmanifestantów chroniących pomniki związane z brytyjską historią - zebrały się w sobotę w centrum Londynu pomimo wezwań władz i policji, by unikać zgromadzeń.
Po zamieszkach, do których doszło w poprzedni weekend w Londynie, gdy grupy radykałów uczestniczących w antyrasistowskich protestach zaczęły obrzucać policję butelkami i flarami, policja nałożyła szereg ograniczeń. Protestujący z przeciwnych światopoglądowo obozów zostali odseparowani, aby nie doszło do konfrontacji, a wszystkie zgromadzenia mają się zakończyć do godz. 17 miejscowego czasu. Ponadto rząd zapowiedział, że wszyscy zatrzymani w związku z atakami na funkcjonariuszy, niszczeniem mienia publicznego lub aktami wandalizmu staną przed sądem w przyspieszonym trybie - w ciągu 24 godzin.
Mimo tych środków nie udało uniknąć konfrontacji. Na Trafalgar Square policja rozdzieliła dwie około 100-sobowe grupy, a na Parliament Square, gdzie prawicowi demonstranci i kibice piłkarscy bronią przed dewastacją pomnika byłego premiera Winstona Churchilla - który i tak na wszelki wypadek został zasłonięty - w kierunku policji rzucane były różne przedmioty. Podobny patrol ustawiony został przed The Cenotaph - monumentem upamiętniającym poległych w czasie obu wojen światowych. W czasie demonstracji w poprzedni weekend na cokole pomnika Churchilla dwukrotnie wymalowano sprayem napisy, a także próbowano podpalić brytyjską flagę na The Cenotaph.
"Każdy sprawca przemocy lub wandalizmu powinien liczyć się z tym, że stanie w obliczu pełnej mocy prawa. Przemoc wobec naszych policjantów nie będzie tolerowana" - napisała w reakcji na te ataki na policjantów minister spraw wewnętrznych Priti Patel. Przypomniała, że epidemia koronoawirusa pozostaje zagrożeniem dla wszystkich.
Z powodu ryzyka starć między radykalnymi antyrasistowskimi aktywistami a skrajną prawicą, a także z racji ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa, do rezygnacji z protestów wzywali zarówno konserwatywny rząd, jak i laburzystowski burmistrz Londynu Sadiq Khan.
Trwające już drugi weekend w różnych miastach Wielkiej Brytanii demonstracje były na początku reakcją na śmierć podczas policyjnego zatrzymania w USA Afroamerykanina George'a Floyda, ale z czasem głównym żądaniem demonstrantów stało się to, by Wielka Brytania skonfrontowała się z własną historią. W poprzednią niedzielę tłum obalił w Bristolu pomnik zasłużonego dla miasta kupca, handlarza niewolników, posła i filantropa Edwarda Colstona.
W prawie 200 demonstracjach Black Lives Matter w zeszły weekend - które odbywały się mimo zakazu zgromadzeń z powodu epidemii koronawirusa - wzięło udział w całym kraju ok. 155 tys. osób. Aresztowano podczas nich ponad 130 osób, a obrażenia odniosło 62 policjantów.
Ponad 100 aresztowanych po zamieszkach w Londynie
Ponad sto osób aresztowano po sobotnich zamieszkach w Londynie - podała w niedzielę przed południem londyńska policja metropolitalna.
Większość aresztowanych to osoby, które - jak przekonywały - bronią pomników ważnych dla brytyjskiej historii przed aktami wandalizmu ze strony antyrasistowskich aktywistów. Część tych osób użyła tego tylko jako pretekstu do atakowania policji i wszczynania burd.
Przed sobotnimi demonstracjami rząd zapowiedział, że wszyscy, którzy zostaną złapani na atakowaniu policjantów, niszczeniu mienia i aktach wandalizmu, staną przed sądem w ciągu 24 godzin.
Jednym z aresztowanych jest 28-letni mężczyzna, który oddawał mocz koło stojącego w pobliżu parlamentu postumentu upamiętniającego Keitha Palmera, policjanta, który w 2017 r. został zamordowany przez dżihadystę Khalida Masooda. Zdjęcie oddającego mocz mężczyzny obiegło w sobotę wieczorem brytyjskie media, wzbudzając powszechne potępienie i niesmak. Mężczyzna sam oddał się w ręce policji.
W sobotę wieczorem londyńskie służby medyczne informowały, że w zamieszkach obrażenia odniosło 15 osób, w tym dwóch funkcjonariuszy policji, zaś do szpitali odwieziono sześć osób.
Johnson potępił zamieszki na ulicach Londynu
Brytyjski premier Boris Johnson potępił starcia między antyrasistowskimi demonstrantami, sympatykami skrajnej prawicy i policją, do których doszło w sobotę w Londynie.
"Na naszych ulicach nie ma miejsca dla rasistowskiego bandytyzmu. Każdy, kto zaatakuje policję, spotka się z pełną mocą prawa. Te marsze i protesty zostały podważone przez przemoc i naruszają obowiązujące wytyczne. Na rasizm nie ma miejsca w Wielkiej Brytanii i musimy pracować razem, aby to urzeczywistnić" - napisał na Twitterze.
"Znajdujemy się w bezprecedensowej sytuacji zagrożenia zdrowia publicznego i każdego dnia mówiłam, podobnie jak policja w całym kraju i w Londynie, że te protesty, te zgromadzenia, są nielegalne i zniechęcamy do udziału w nich" - oświadczyła z kolei minister spraw wewnętrznych Priti Patel.
Wcześniej w sobotę londyńskie służby medyczne informowały, że w zamieszkach obrażenia odniosło co najmniej 15 osób, w tym dwóch policjantów, a sześć osób odwieziono do szpitali.
Do starć doszło zarówno na Parliament Square i w rządowej dzielnicy Whitehall, gdzie część zwolenników skrajnej prawicy - którzy przyjechali, by bronić pomników przed aktami wandalizmu ze strony antyrasistowskich aktywistów - rzucała butelkami i racami w kierunku policji, jak również w Hyde Parku, gdzie manifestowali sympatycy ruchu Black Lives Matter.
Policji nie udało się odseparować od siebie obu grup i w niektórych punktach Londynu - m.in. na Trafalgar Square i w pobliżu dworca Waterloo - doszło do bezpośrednich starć między nimi, przy czym agresji dopuszczali się członkowie jednego i drugiego obozu.
Kilkaset uczestników demonstracji pozostało na ulicach po godz. 17, gdy zgodnie z rozporządzeniem policji miały się one skończyć, ale obecnie policja jak się wydaje opanowała sytuację i zarówno z Parliament Square, jak i Whitehall protestujący zostali już usunięci.
Zapowiedź reform nie osłabiła nowojorskich protestów
W Nowym Jorku nieprzerwanie trwają demonstracje przeciw brutalności policji i nierówności rasowej. Mimo zapowiedzi reform, a także wezwania gubernatora Andrew Cuomo, by przedstawić projekt dodatkowych zmian i zakończyć protesty, na ulice miasta w sobotę znowu wyległy tłumy.
Manifestacje odbyły się od Harlemu, przez centrum Manhattanu, po Brooklyn. Lokalne media szacują, że we wszystkich pięciu dzielnicach miasta protesty przyciągnęły w sumie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, najwięcej od "eksplozji gniewu" po brutalnym zabiciu 25 maja przez białego policjanta w Minneapolis czarnoskórego George'a Floyda.
Ruch niezadowolenia przebiegający m.in. pod hasłem Black Lives Matter (Życie Afroamerykanów ma znaczenie) zasilili w zorganizowany sposób Azjaci. Przybyli na Washington Square Park z planszami, na których widniały napisy solidaryzujące się z czarnoskórymi, takie jak np. "Asians4BlackLives" (Azjaci za Afroamerykanami).
Niektóre protesty zaczęły się w sobotę zaraz po wschodzie słońca. Koncentrowały się na obszarach zamieszkanych głównie przez białych. Ich uczestnicy argumentowali, że Afroamerykanie są już świadomi, jak wygląda sytuacja. Wznosili okrzyki: "Nie ma sprawiedliwości, nie ma snu".
"Aby zrobić coś innego, musisz się obudzić, bez sprawiedliwości, nie ma snu" – tłumaczył telewizji NBC jeden z protestujących.
Na Manhattanie manifestacje odbyły się m.in. w uczęszczanych licznie miejscach, jak Union Square czy Columbus Circle. Ludzie przybyli też pod główną siedzibę nowojorskiej policji (NYPD) w południowej części dzielnicy.
Setki protestujących zgromadziło się na Grand Army Plaza w pobliżu Łuku Pamięci Żołnierzy i Marynarzy (Soldiers' and Sailors' Arch) na Brooklynie. Monument jest poświęcony obrońcom Unii podczas wojny secesyjnej (1861-1865). W ostatnich dniach demonstranci w różnych amerykańskich miastach podjęli akcję niszczenia pomników żołnierzy Konfederacji pragnącej utrzymania niewolnictwa.
Impetu sobotnich demonstrantów nie osłabiło podpisanie przez gubernatora Nowego Jorku Andrew Cuomo reformy policji. Obejmuje ona zakaz przyduszania zatrzymanych oraz uchylenie prawa uniemożliwiającego upublicznienie akt spraw dyscyplinarnych funkcjonariuszy policji, osądzonych o łamanie prawa.
Cuomo wydał także rozporządzenie wykonawcze zobowiązujące samorządy do uchwalenia własnych reform uwzględniających potrzeby danego środowiska. Gubernator, wielokrotnie podkreślając, że sympatyzuje z demonstrantami, wzywał ich do wyartykułowania żądań także na poziomie federalnym.
Jednocześnie ostrzegał przed groźbą rozprzestrzeniania się koronawirusa w trakcie protestów z udziałem tysięcy ludzi; nie wszyscy noszą maski i nie zawsze można zachować dystans społeczny.
Gubernator podkreślał, że "demonstracja, ustawodawstwo i pojednanie" są sposobem na wprowadzenie zmian. "Słyszeliśmy was (...), zgadzamy się z protestującymi (...), powiedzcie nam teraz, jak powinny wyglądać siły policyjne. Nie musicie protestować, wygraliście. Osiągnęliście swój cel" - mówił w sobotę gubernator.
Nie jest jeszcze jasne, jak na protesty w Nowym Jorku wpłynie zabicie w piątek przez policjanta w Atlancie w stanie Georgia 27-letniego Afroamerykanina Raysharda Brooksa. Tamtejsi demonstranci w sobotę wybili okna w restauracji sieci Wendy's, gdzie doszło do strzelaniny, a potem wybuchł tam pożar. Zablokowali też pobliską autostradę.
Akcja niszczenia pomników dotarła do Francji
Do Francji dotarła akcja niszczenia pomników bohaterów z czasów kolonializmu, rozpoczęta protestami przeciwko zabiciu w USA przez policjanta czarnoskórego George'a Floyda. Niepokoi to zarówno osobistości życia politycznego i kulturalnego, jak i główne media we Francji.
Nawet przychylny manifestacjom przeciwko brutalności policji i rasizmowi dziennik "Le Monde" zamieszcza w sobotnim numerze artykuł Michela Guerrina pt. "Niektórzy obawiają się, że wraz z pomnikami upadnie złożoność historii".
"Dla jednych niszczenie pomników, to niszczenie historii. Dla innych - to historii tworzenie poprzez wywracanie postaci gloryfikujących pamięć ciemiężców. Dla jeszcze innych (pomniki) to symbol władzy, która wciąż ich uciska" - wskazuje Guerrin.
Autor artykułu wyraża przy tym obawę, że "obalane pomniki pociągną za sobą złożoność historii i że narzuci to oceny anachroniczne: osądzanie przeszłości według obecnie obowiązujących kryteriów, bez brania pod uwagę wielorakich aspektów osobowości (bohatera pomnika)".
Według Gabrielle Cluzel z radia Courtoisie "przekreślanie przeszłości to przekłamywanie teraźniejszości i zmienianie przyszłości".
Spiżowe statuy stoją jeszcze na placach i skwerach w Paryżu, ale przed ogłoszoną na niedzielne popołudnie antyrasistowską manifestacją na rzecz sprawiedliwości dla Adamy Traorego, zasłonięto je deskami, co ma utrudnić ich niszczenie.
Adama Traore w 2016 r. zmarł w wieku 24 lat wkrótce po zatrzymaniu go przez żandarmów. Jego siostra od dawna twierdzi, że śmierć spowodowały brutalne działania żandarmerii. A od zabójstwa Floyda w Minneapolis śmierć brata nazywa takim samym morderstwem policyjnym i organizuje demonstracje "przeciw rasizmowi i na rzecz sprawiedliwości dla Adamy".
Taha Bouhafs, młody dziennikarz przedstawiany jako "zaangażowany", wielokrotnie wzywał na Twitterze do "zajęcia się" pomnikiem Jean-Baptiste'a Colberta (1619-1683), który stoi przed Pałacem Burbonów, gdzie mieści się Zgromadzenie Narodowe, niższa izba francuskiego parlamentu. Po usunięciu wpisu tłumaczył się, że nie chciał zniszczenia rzeźby, a jedynie jej usunięcia. Z kolei Liga Obrony Afrykańskiej nie przebiera w słowach odnośnie do postaci Colberta.
Colbert, minister finansów króla Ludwika XIV i zwolennik monarchii absolutnej, w wielkim stopniu przyczynił się do unowocześnienia Francji i zwiększenia jej potęgi. Był też autorem "Czarnego Kodeksu" regulującego życie niewolników w koloniach.
Zastępca dyrektora redakcji tygodnika "Marianne" Franck Dedieu zauważył na antenie radia France Info, że dla stowarzyszeń typu Liga Obrony Afrykańskiej, budowa potęgi Francji jest takim samym przestępstwem, jak uznawanie niewolnictwa.
W XVII wieku "nikt albo prawie nikt nie przejmował się losem niewolników, nawet Ludwik XIV" – wskazuje autor artykułu w "Le Monde", który w niszczeniu pomników we Francji widzi "ślepe naśladownictwo" tego, co dzieje się w USA.
Zdaniem komentatora tygodnika "Valeurs Actuelles" oskarżenia o rasizm i promowanie kolonializmu rzucane pod adresem postaci na cokołach wynikają z niezrozumienia "francuskiej epopei narodowej, której są one bohaterami".
Sebastien Chenu, europoseł z ramienia skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, już w zeszły wtorek przewidział w wywiadzie radiowym cenzurę filmu "Przeminęło z Wiatrem" i zapowiedział, że wkrótce przeminie i czas "reakcyjnego kolonialisty belgijskiego" Tintina - bohatera serii komiksów autorstwa Herge (Georges’a Remi).
Eric Chol, dyrektor redakcji tygodnika "L’Express", przeczytał podczas debaty we France Info informację o tym, że na polecenie producenta i właściciela praw do filmu Warner Brothers największe paryskie kino Rex odwołało projekcję "Przeminęło z Wiatrem", mającą otworzyć 23 czerwca powrót do działalności po trzymiesięcznym zamknięciu z powodu koronawirusa. "Nadszedł rok 1984" – skomentował ten fakt dziennikarz, nawiązując do słynnej powieści George’a Orwella.
Większość mediów we Francji zauważyło, że podczas antyrasistowskich manifestacji w tym kraju, które choć zakazane z powodu stanu pogotowia sanitarnego, dopuszczone zostały przez władze, wobec czarnoskórych policjantów i funkcjonariuszy pochodzenia arabskiego rzucano rasistowskie obelgi, jak np. "sługusy kolonializmu".
Działaczka policyjnych związków zawodowych Linda Kebbab wystąpiła do sądu przeciw Bouhafsowi, który swoimi wpisami opluwał ją jako "dyspozycyjną Arabkę". Policjantka zarzuca też szefostwu policji tolerowanie wykroczeń przeciw prawu i funkcjonariuszom, wynikające z - jak uważa - "strachu przed manifestantami".
Chloe Morin, politolożka ze związanej z Partią Socjalistyczną Fundacji im. Jeana Jauresa, wskazuje, że władze z ministrem MSW na czele murem stały za policjantami, gdy ci oskarżani byli o nadmierną brutalność wobec "żółtych kamizelek", wśród których prawie nie było osób wywodzących się z imigracji. Jej zdaniem "histeryczna reakcja" na obecną falę wynika z lęku przed rewoltą tzw. trudnych przedmieść, zamieszkanych głównie przez imigrantów. Przedsmak tej rewolty miała Francja w 2005 r., gdy przez trzy tygodnie pod Paryżem i na przedmieściach innych dużych miast we Francji trwały zamieszki wywoływane przez młodzież pochodzenia afrykańskiego.
Z Paryża Katarzyna Stańko (PAP)
Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)
Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)
Z Paryża Ludwik Lewin (PAP)
ksta/ kib/ kar/ bjn/ kar/ ad/ cyk/ llew/ cyk/

























































