REKLAMA
PIT ZA 2025

David Karsbøl: nie ma powodów do optymizmu

Jarosław Ryba2009-06-17 06:00
publikacja
2009-06-17 06:00
David Karsbøl, główny ekonomista Saxo Banku
foto: Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych
Jarosław Ryba: W Polsce Saxo Bank znany jest głównie z tego, że co roku publikuje swoje 10 prognoz dla światowej gospodarki. Każdy kto się z nimi spotkał, chciałby od razu zapytać, skąd ten pesymizm?

David Karsbøl: Dynamiczny wzrost, który widzieliśmy przez ostatnie 10 lat nie może być niezmiennie trwały. Było to wiadomo już w 2000 roku, gdy pękała bańka internetowa. Wtedy z problemem poradzono sobie, przez zalanie rynku tanim pieniądzem, co w rezultacie spotęgowało problem, ale odsunęło go w czasie. Niskie stopy procentowe i polityka zachęcania do konsumpcji kosztem oszczędzania doprowadziła do tego, że konsumentom już nic nie zostało. To powód, dla którego banki centralne, starały się ponownie agresywnie obniżać stopy. Ale nic się nie stało. Kompletnie straciliśmy zdolność do stabilizowania gospodarki polityką monetarną. Dlatego teraz władze starają się korzystać z polityki fiskalnej, opierając się na ekstremalnie wysokich deficytach budżetowych.

J.R.: Czy to oznacza, że bomba inflacyjna już tyka, a eksplozja jest bliska?

Saxo Bank: W 2008 r. ropa po 175 USD, spadki na giełdach do 40 proc.

Dziesięć fatalistycznych prognoz Saxo Banku na 2009 r.

D.K.: Nie w ciągu najbliższych kilku lat. To co mamy obecnie to okres ograniczonej płynności. Banki centralne i ekonomiści z reguły patrzą na dno piramidy, mały wycinek obrazu, czyli tradycyjną podaż pieniądza i pożyczki bankowe. Dzieje się tak, ponieważ wskaźniki te są łatwo zliczalne. Wystarczy popatrzeć do statystyk, żeby zobaczyć ile tych pieniędzy jest. Te zasoby w tym momencie się kurczą, co jest deflacjogenne. Oni teraz starają się pobudzić gospodarkę, aby wrócić na ścieżkę inflacji, ale na samej górze piramidy jest niechęć do pożyczania, cień niespłaconych kredytów hipotecznych i toksycznych derywatów. To co dzieje się w tej chwili to dużo silniejsze działanie szczytu piramidy, procesów które dzieją się dużo szybciej, niż następuje kreacja pieniądza. Są to procesy deflacyjne. Wejdziemy zatem w deflację, zanim rynki ponownie uwierzą, że ceny mogą rosnąć. To co widzimy w ciągu ostatnich miesięcy, czyli wzrosty cen na rynkach surowców, akcji i innych ryzykownych instrumentów powoduje, że wydawane są prognozy rosnącej inflacji. Rynki wierzą, że wraz ze wznowieniem akcji kredytowej stan gospodarek ulegnie poprawie. Ale moim zdaniem nie nastąpi to w przeciągu najbliższych trzech lat.

J.R.: Czy uważa pan, że może nam grozić scenariusz japoński?

D.K.: Tak, istnieją pewne podobieństwa. To z czym wiele osób się obecnie zgadza, to to, że musimy przejść przez japońskie doświadczenia i powinniśmy robić dokładnie to samo co japońskie władze. Ale moim zdaniem, co nie podlega dyskusji, ekonomiczna droga Japonii nie była sukcesem. Blisko zeroprocentowy wzrost od 1990 r., giełdy spadające o 70% od szczytu z 1990 r., poważne problemy w bilansach bankowych. Oni szli drogą fiskalnej stymulacji przez te wszystkie lata, ale to nie działało. Teraz próbuje się robić dokładnie to samo w Europie i Stanach. Ale to nie przynosi oczekiwanych pozytywnych rezultatów.

J.R.: Władze wybrały drogę interwencji, która zgodnie z tym co pan mówi, nie zadziała. Co zatem powinno zostać zrobione, aby powstrzymać kryzys?

D.K.: Rządy powinny ciąć koszta, obniżać podatki, umożliwić sektorowi prywatnemu rekapitalizację zasobów. Obecnie stoimy przed największym brakiem kapitału od czasu Wielkiej Depresji, a być może w historii. Rządy tymczasem wydają, wysysając pieniądze z gospodarki. Przez to sektor prywatny nie ma szansy na refinansowanie się samodzielnie. Obawiam się, że doprowadzi to do wzrostu kosztów finansowania, o ile już nie doprowadziło. Takie działania mogą grozić całkowitą zapaścią systemu gospodarczego. Japonia mogła sobie poradzić ponieważ miała dużo oszczędności. Ale my nie mamy. Wydaliśmy każdego centa, przez to że skłaniano nas do wydawania od blisko dziesięciu lat.

J.R.: Pana recepta na kryzys jest liberalna w klasycznym tego słowa znaczeniu. Dlaczego takie spojrzenie nie cieszy się uznaniem władz Stanów i Unii, które wolą wybrać bezpośrednią interwencję na rynku?

D.K.: Po pierwsze, tego się od nich oczekuje. Ludzie wierzą w to, że Wielka Depresja została zażegnana przez politykę interwencyjną wiążącą się z wielkimi wydatkami, a wywołana została nie przez politykę monetarną, ale przez naturalną niestabilność kapitalizmu. Moim zdaniem, to błędne przeświadczenie, ale w to wierzą ludzie. Jeżeli chcesz mieć wyborców, jeżeli starasz się o reelekcję, tego się od ciebie oczekuje. Nawet jeżeli zdajesz sobie sprawę, że to jest złe.

J.R.: Czyli wszystkiemu jest winna demokracja?

D.K.: [śmiech] Chyba nie powinienem odpowiadać na to pytanie... Ale faktycznie cykl wyborczy jest problemem. To dlatego mamy politykę ekonomiczną, która wywołuje szkody z jakimi mamy do czynienia obecnie. Mimo to oni wierzą, że mogą uratować system finansowy przez wydawanie jeszcze większej ilości pieniędzy. Skupiają się na rynkach finansowych i systemie bankowym. Myślę, że można by winić ich również za to, że te związki polityczno-finansowe wydają są czasami zbyt bliskie. Na przykład niektóre banki w Stanach są bardzo mocno związane z administracją Georga Busha. Ludzie zaczęli sobie uświadamiać co się naprawdę dzieje po tym co stało się w AIG. Nie dość, że podatnicy zapłacili rachunek za hazardową działalność firmy, to jeszcze z ich pieniędzy sfinansowane zostały premie managerów.

J.R.: Zatem, wracając do gospodarki, jeżeli pesymistyczny scenariusz ma się zrealizować, jak wytłumaczyć giełdowe wzrosty, które obserwujemy od czterech miesięcy?

D.K.: Rynki zostały wyprzedane już na początku marca. Bezpośrednią przyczyną giełdowego rajdu były zmiany w zasadach przedstawiania bilansów bankowych, które pozwalają na znacznie więcej fantazji w wycenie posiadanych instrumentów finansowych. Odejście od wyceny rynkowej jest kompletnie zafałszowanym obrazem. Do tego w pewnym momencie inwestorom zaczęło zdawać się, że nieco przesadzili z wyprzedawaniem aktywów, więc starają się teraz zdyskontować oczekiwaną przez nich poprawę koniunktury. Pojawiły się co prawda dane makroekonomiczne, które pokazują nieznaczną poprawę sytuacji, ale moim zdaniem nie ma czego świętować. Problem przed którym stoimy nie zniknie od razu. Zajmie to trzy, może nawet pięć lat, zależnie od tego jak duże w przyszłości będą budżetowe deficyty, które przełożą się na wyższy koszt pieniądza.

J.R.: Dwa lata temu gdy o kryzysie dopiero spekulowano, w Polsce pojawił się scenariusz który zakładał, że ewentualne spowolnienie dotknie nasz kraj relatywnie słabo. Czy aktualna wiara w to, że polska gospodarka odzyska siły dużo szybciej niż reszta regionu, jest nadal uzasadniona?

D.K.: Polska gospodarka jest czuła i podatna na impulsy z otoczenia. Ale jest to duża i dobrze zdywersyfikowana gospodarka. Dużo eksportujecie do krajów Unii Europejskiej - jest to problem gdy mamy recesję, szczególnie w Niemczech. Mimo to wasza makroekonomiczna nierównowaga na pewno nie jest tak znacząca jak w krajach bałtyckich. Podobnie, sytuacja budżetowa na tle regionu nie jest zła. Myślę, że Polska, Czechy i Słowacja poradzą sobie relatywnie dobrze w porównaniu z resztą wschodniej Europy.

J.R.: Wspomniał pan o tym, że polska gospodarka w znaczącym stopniu oparta jest na eksporcie. Czy zatem, to co wywołało w pewnym momencie znaczne zaskoczenie w Polsce, czyli gwałtowne osłabienie złotego, uratowało chociaż część naszego wzrostu gospodarczego?

D.K.: Jak najbardziej. Spadek wartości złotego miał również negatywne działanie, o czym było głośno gdy okazało się, że wiele firm zabezpiecza sobie jego kurs transakcjami opcyjnymi i po jego osłabieniu poniosło dotkliwe straty. Ale mimo to myślę, że to dla was duże wsparcie. Wiem, że Irlandczycy chcieliby się znajdować w sytuacji takiej jak wy, ale na nieszczęście dla nich, przyjęli euro i zostali wciągnięci w procesy deflacyjne. Myślę, że powinniście być bardzo zadowoleni z tego, że wciąż macie własną walutę.

J.R.: Z pana wypowiedzi wynika, że pozostawanie poza strefą euro jest dla Polski korzystne. Zatem czy w naszej sytuacji warto tam w ogóle wchodzić?

D.K.: Uważam, że nie powinniście wstępować do strefy euro. Państwa powiązane ze strefą euro będą miały przed sobą wiele problemów do pokonania, w zasadzie już mają. Państwa bałtyckie, Włochy, Irlandia, Grecja i Hiszpania mają ogromne problemy. Wszystkie te państwa chciałyby osłabić swoją walutę, co byłoby dla nich korzystne. Ale nie mogą z powodu euro. Gospodarki europejskie nie są tak jednorodne i zsynchronizowane, aby mieć wspólną walutę na wzór Stanów Zjednoczonych.

J.R.: W zasadzie wejście Polski do strefy euro zostało już przesądzone wraz z podpisaniem Traktatu Akcesyjnego. Pod dyskusję może zostać poddana tylko data zmiany waluty.

D.K.: Macie jeszcze kilka lat na zastanowienie. W ciągu tego okresu wydarzy się dużo rzeczy, które całkowicie zmienią wszystkie dotychczasowe kalkulacje. Dopiero wtedy zdecydujecie czy wejście do strefy euro jest dla was opłacalne.

Z Davidem Karsbøl, głównym ekonomistą Saxo Banku, w czasie konferencji WallStreet13, rozmawiał Jarosław Ryba.
Źródło:
Tematy
Weź udział w promocji i zgarnij premię
Weź udział w promocji i zgarnij premię

Komentarze (11)

dodaj komentarz
~optymista
robić swoje bardzo rzetelnie,pilnować kasy /patrzeć ministrowi finansów na ręce/
nie dać się zwariować,tego życzę naszym rodakom.
~Egon
Kopa to się dostaje tyko przy wejściu i jego kierunek i siła jest zależny faktycznie od kursu.
Potem szybciutko traci to już znaczenie ,utworzymy wykastrowanę eurowatachę zbankrutowanego systemu.
~fagusp
tylko w tym, po jakim kursie. Jeśli dziś weszlibyśmy po 4,40 to polska gospodarka dostałaby kopa rozwojowego na jakieś 10 lat minimum.
~Egon
Całkiem sensowny artykuł.
Nieokiełznana demokracja w efekcie niewiele różni się swobodnego komunizmu, obie prowadza do bankructwa.
W demokracji wystarczy ustalić nieprzekraczalną barierę danin sfery prywatnej na rzecz wspólnie wybieranej władzy.Tak żeby władza z natury rzeczy socjalistyczna nie mogła sie zajmować rzeczami
Całkiem sensowny artykuł.
Nieokiełznana demokracja w efekcie niewiele różni się swobodnego komunizmu, obie prowadza do bankructwa.
W demokracji wystarczy ustalić nieprzekraczalną barierę danin sfery prywatnej na rzecz wspólnie wybieranej władzy.Tak żeby władza z natury rzeczy socjalistyczna nie mogła sie zajmować rzeczami które może i musi wykonać prywatna baza.

Bez takich regulacji demokracja nie służy ludziom a tylko szkodzi , staje sie siedliskiem pasożytów , nieprawości i prowadzi do bankructwa.
Tak jak woda rozlana na pustyni przepada ,a ta sama woda umieszczona w naczyniu jest cenna.

~azs
co świadczy o jego pozycji u pracodawcy. Z jego prognoz na 2009 mamy już zaliczone dwie tj. 1 i 8, czekamy na resztę :(
~m2
Dnia 2009-06-17 o godz. 08:10 ~ala napisał(a):
> w tym SAXO to sami nawiedzeni i wszedzie pełno ich
> komentarzy,oglosza hosse jak bedziemy przy 2500!!!!
ci "nawiedzeni" w swoich prognozach z grudnia 2007 na 2008 r. machneli się tylko w kwestii tego, kto zostanie prezydentem USA i trochę przesadzili ze
Dnia 2009-06-17 o godz. 08:10 ~ala napisał(a):
> w tym SAXO to sami nawiedzeni i wszedzie pełno ich
> komentarzy,oglosza hosse jak bedziemy przy 2500!!!!
ci "nawiedzeni" w swoich prognozach z grudnia 2007 na 2008 r. machneli się tylko w kwestii tego, kto zostanie prezydentem USA i trochę przesadzili ze wzrostem cen roy
~JAW
To wejście do strefy euro to go chyba boli, że jego bank nie zrobił jeszce interesu na złotówce, a obecnej zapaści winne są takie instytucje jak jego, które szastały kredytami na prawo i lewo ciesząc się z wysokich procentó przyjmowanych bez szemrania i nie sprawdzając zdolności finansowych pożyczających
4tunat
Traktat akcesyjny wcale NIE przesądza o konieczności przyjęcia wspólnej waluty. Są na to przykłady i być może warto postąpić jak np. W.Brytania, zachowując własny pieniądz. Przynajmniej do czasu wyjścia UE z kryzysu gospodarczego ...
yarecki21
Traktat Akcesyjny zobowiązał Polskę i pozostałe państwa kandydujące, do wstąpienia do strefy euro. Nowi członkowie nie wynegocjowali, możliwości zrezygnowania z uczestnictwa w unii walutowej, tzw. klauzuli opt-out. Państwa objęte tą klauzulą, to Wielka Brytania i Dania. Kraje te, wraz ze świadomie nie przystępującą do ERM II Szwecją,Traktat Akcesyjny zobowiązał Polskę i pozostałe państwa kandydujące, do wstąpienia do strefy euro. Nowi członkowie nie wynegocjowali, możliwości zrezygnowania z uczestnictwa w unii walutowej, tzw. klauzuli opt-out. Państwa objęte tą klauzulą, to Wielka Brytania i Dania. Kraje te, wraz ze świadomie nie przystępującą do ERM II Szwecją, do dziś, korzystają z przywileju pozostawania poza strefą.
pzdr.
~Al
Wypowiedz polskiego ekonomisty o braku korzyści związanych z wchodzeniem do strefy Euro odczytana by została jako OSZOŁÓMASKA. A tu prosze. Jasny wywód zostancie ze złotówką.
Tyle tylko że w Polsce nie ma myślenia tylko wygodne kalki schematy, podziały "zwalniające" od myślenia np. europejczyk, ciemnogród, pisowniec,
Wypowiedz polskiego ekonomisty o braku korzyści związanych z wchodzeniem do strefy Euro odczytana by została jako OSZOŁÓMASKA. A tu prosze. Jasny wywód zostancie ze złotówką.
Tyle tylko że w Polsce nie ma myślenia tylko wygodne kalki schematy, podziały "zwalniające" od myślenia np. europejczyk, ciemnogród, pisowniec, poowiec itp. żenada

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki