Czy Uber stanie się symbolem drugiej bańki internetowej?

główny analityk Bankier.pl

Pierwsza publiczna emisja akcji (IPO) Ubera może stać się inwestycyjnym wydarzeniem 2019 roku. Jednakże inwestorzy rozgrzani wizją ponadprzeciętnych zysków powinni mieć się na baczności.

Na giełdowy debiut Ubera wielu inwestorów wyczekiwało od lat. I teraz wreszcie będą mieli okazję zapisać na akcje spółki, która zrewolucjonizowała rynek usług przewozowych. 11 kwietnia Uber złożył w amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych (SEC) wniosek o ofertę publiczną akcji. Pierwsze notowania Ubera na rynku publicznym oczekiwane jest na początku maja.

26 kwietnia spółka podała, że chce sprzedać 180 milionów nowych akcji w przedziale cenowym 44-50 USD za sztukę. Dodatkowo dotychczasowi akcjonariusze zaoferują 27 mln akcji. Oznacza to, że w najlepszym wypadku Uber pozyskałby 10,35 mld USD, a jego rynkowa wycena sięgnęłaby 91,5 mld USD. To mniej niż oczekiwano.W ostatnich tygodniach rynek huczał od plotek, że inwestorzy wycenią Ubera na przeszło sto miliardów dolarów. W październiku 2018 roku Goldman Sachs i Morgan Stanley wycenili Ubera aż na 120 mld dolarów

(Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC).)

Oznaczałoby to, że byłby on wart więcej niż Ford, Fiat i General Motors razem wzięte. Jeszcze dwa miesiące temu wycena Ubera wynosiła dwukrotnie mniej. Teraz oba banki stanęły na czele konsorcjum 29 firm inwestycyjnych, które przeprowadzą ofertę. Giełdowy debiut akcji Ubera oczekiwany jest na początku maja. Wcześniej poznamy cenę emisyjną i wartość samej oferty.

Bańka czy przyszłość?

Już dawno żadna firma nie budziła takich emocji jak Uber. Założona dekadę temu w San Francisco spółka stała się symbolem rozwoju tzw. gospodarki współdzielenia. W ciągu ostatnich 5 lat lat Uber zdemolował tradycyjny rynek usług przewozowych, oferując platformę pośredniczącą między pasażerami a ludźmi gotowymi ich przewieźć za opłatą. Ekspansja Ubera wywołała gniew licencjonowanych taksówkarzy, którzy narzekali, że kierowcy Ubera dopuszczają się nieuczciwej konkurencji i nie spełniają regulacji ograniczających swobodę działania na rynku. Dlatego w wielu krajach Europy Uber stał się wrogiem lobby taksówkarskiego, które zaczęło się domagać (nierzadko z powodzeniem) zakazania działalności amerykańskiej firmy.

Ale w kręgach inwestorskich Uber budzi emocje zupełnie innego typu. To kolejna spółka technologiczno-internetowa wyceniana na miliardy dolarów i równocześnie przynosząca regularne, wielomiliardowe straty. Przez ostatnie 5 lat skumulowana strata operacyjna Ubera wyniosła 12 miliardów dolarów.

Tylko w 2018 roku Uber odnotował 3,03 mld USD straty operacyjnej przy 11,27 mld USD przychodów, z czego ponad połowa przypadła na Stany Zjednoczone i Kanadę. „Na papierze” Uber wprawdzie pokazał blisko miliard dolarów zysku netto za ubiegły rok, ale wynik ten został uzyskany dzięki zaksięgowaniu 5,2 mld USD zysku na zrealizowanych (3,2 mld USD) i niezrealizowanych (2,0 mld USD) inwestycjach. Jak zatem spółka, która nie potrafi przekuć przychodów na zyski – czyli nie ma dochodowego modelu biznesowego – może być wyceniana na sto miliardów dolarów?!

Entuzjaści tzw. nowej gospodarki twierdzą, że platformy typu Uber czy Airbnb to przyszłość. Że oferowane przez nie modele biznesowe wykończą tradycyjne korporacje taksówkarskie czy sieci hoteli. I w związku z tym zamiast patrzeć na historyczne wyniki finansowe, należy szacować przyszłe zyski. Inwestorzy wierzący w spółki typu Ubera nie są tu pozbawieni argumentów. Uber chwali się, że ma już sto milionów aktywnych użytkowników i że w październiku 2018 miał na koncie 10 miliardów zrealizowanych przejazdów. Oznacza to podwojenie tej liczby w ciągu zaledwie dwóch lat i że skala działalności spółki rośnie w tempie geometrycznym.

Sceptycy odparowują, że Uber działa na bardzo konkurencyjnym rynku, który powoli przechodzi do kontrofensywy. Dotychczasowi gracze konstruują własne aplikacje i mają przewagę doświadczenia oraz zainwestowanego kapitału. Poza tym ekspansja takich firm jak Uber czy Airbnb nie tyle wygryzła z rynku tradycyjne przedsiębiorstwa, co także otworzyła rynek dla nowych konsumentów. Niższe taryfy Ubera sprawiły, że z taksówek zaczęli korzystać ludzie, którzy wcześniej tego nie robili lub jeździli okazjonalnie. Podobnie jak lokale oferowane za pośrednictwem Airbnb sprawiły, że nocleg w apartamencie w centrum dużego miasta stał się osiągalny dla turystów, dla których koszt hotelowego pokoju był absolutnie nieakceptowalny.

Akcje szukają frajerów

Jednakże z inwestycyjnego punktu widzenia modele biznesowe internetowych tuzów obarczone są bardzo wysokim ryzykiem. Zwłaszcza oferta akcji Ubera wygląda jak typowe polowanie na giełdowych jeleni. Złośliwi podsumowują prospekt Ubera w kilku punktach:

  1. Pewnie o nas słyszałeś, więc może kupisz nasze akcje
  2. Ale zanim to zrobisz, ostrzegamy, że nie generujemy zysków
  3. W przyszłości nasz biznes również może nie zarabiać pieniędzy
  4. Sprzedajemy akcje, bo część naszych inwestorów chce się ich pozbyć
  5. Poza tym potrzebujemy Twoich pieniędzy, aby finansować nasz nierentowny biznes i pokryć koszty ekspansji na innych wysoce konkurencyjnych i niskomarżowych rynkach
  6. Wierzymy, że kiedyś zostaniemy monopolistami  i będziemy mogli dyktować ceny. Wtedy też pokażemy zyski i zarobisz pieniądze
  7. Jednak zanim to nastąpi będziemy jechać na stracie, toczyć spory z regulatorami, władzami podatkowymi i pracującymi dla nas kierowcami.

Uber nie jest pierwszym tego typu biznesem, który w ostatnich latach zadebiutował na Wall Street. Za nami już kilka IPO, w których inwestorzy kupowali akcje spółek znanych na całym świecie, które pretendowały do roli pionierów rozbijających tradycyjne modele biznesowe. Jako wzorcowy przykład technologiczno-inwestycyjnego niewypału pokazywany jest Snap Inc. – właściciel modnego (zwłaszcza wśród młodszej części populacji) komunikatora Snap. Spółka w 2017 roku skusiła inwestorów spektakularną dynamiką przychodów, równocześnie ostrzegając, że może nigdy nie osiągnąć rentowności! Dwa lata temu na debiucie Snap został wyceniony na absurdalną kwotę 35 mld dolarów, choć jego strata netto przewyższała osiągnięte przychody. Od rekordu w dniu debiutu (29,44 USD) akcje Snapa straciły ponad 60% i to mimo faktu, że od początku 2019 roku ich kurs zdążył się podwoić!

Ostrzeżeniem dla inwestorów spragnionych gorących akcji Ubera powinien być niedawny debiut jego konkurenta. 29 marca walory Lyft Inc. zadebiutowały po kursie 87,24 USD. Raptem cztery tygodnie później były wyceniane na 57,82 USD, a więc o jedną trzecią niżej. Nie muszę chyba dodawać, że Lyft jak każdy technologiczny start-up brzydzi się zyskami i za poprzedni rok zaraportował 911 mln USD straty netto przy przychodach sięgających 2,16 mld USD. Cóż zatem z tego, że Lyft w rok podwoił sprzedaż, skoro równocześnie strata netto zwiększyła się od jedną trzecią. Takie kłopoty z rentownością wskazują, że model biznesowy po prostu się nie spina – trudno liczyć na pozytywne efekty skali, jeśli strata finansowa powiększa się wraz ze wzrostem skali działalności. 

Bańka internetowa 2.0

W kontekście wycenianych na miliardy dolarów „jednorożców”, które zamiast zarabiać pieniądze przynoszą wielomiliardowe straty, trudno uciec od skojarzeń z sytuacją sprzed 20 lat. Pod koniec XX wieku inwestorów na całym świecie – ale w szczególności w Stanach Zjednoczonych – ogarnęła mania spółek internetowych. Praktycznie każda firma wchodząca na giełdę i mająca „.com” w nazwie osiągała astronomiczne wyceny. Nawet jeśli nie generowała ani centa przychodu (o zysku nawet nie wspominając), a jej biznesplan spisany był na jednej kartce papieru. Symbolem ówczesnej bańki była spółka Pets.com, która zadebiutowała na Nasdaqu w lutym 2000 roku i zbankrutowała dziewięć miesięcy później. Inwestorzy pompowali ceny akcji spółek internetowych zaślepieni wizją „nowej gospodarki”, w której to wszystko będzie się działo w internecie.

Po 20 latach to wizja się w znacznej mierze zmaterializowała – zdecydowana większość populacji Zachodu nie wyobraża sobie życia bez dostępu do globalnej sieci. Pojawiły się też spółki, które na tej technologii zarabiają miliardy dolarów rocznie. Ale nie są to te same firmy, które były gwiazdami pod koniec XX wieku (Facebook, Google). Ówcześni technologiczni potentaci w większości przestali istnieć (WorldCom, AOL). A inwestorzy, którzy weszli w akcje na szczycie tamtej bańki, poszli z torbami. Od szczytu z marca 2000 do dna z września 2002 indeks Nasdaq zaliczył spadek o 78%, rekord dotcomowego szaleństwa przekraczając dopiero w roku 2015. Rzecz jasna już z zupełnie innymi spółkami i inwestorami na pokładzie.

Podobno historia lubi się rymować – czyli w nieco inny sposób powtarzać wciąż te same schematy. W takim układzie debiut Ubera ma szansę przejść do annałów jako symbol szczytu bańki na spółkach spod szyldu FAANG, które w ostatnich latach napędzały hossę na Wall Street.

I wtedy na wzór filmowego Greka Zorby będziemy mogli zawołać: „Jaka piękna katastrofa!”.

Krzysztof Kolany

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
3 33 karkses

Bo to jest spekulacja w czystym wydaniu. Kogo obchodzą zyski tych spółek? One są zwyczajnym towarem, tutaj liczy się PR i wycena bo to tym się handluje głównie i to to robi wartość. Ci inwestorzy doskonale zdają sobie sprawę, że taki Uber może nie mieć zysków a jego model jest nierentowny ale im to nie jest potrzebne. Oni kupują jego akcję z myślą ich sprzedaży w niedalekiej przyszłości, tutaj chodzi tylko o wyczucie odpowiedniego momentu. Ryzyko oczywiście istnieje ale pokusa jest zbyt duża. Klasyczne biznesy takie jak wspomniany w artykule np Ford charakteryzują się małymi ruchami na akcjach. Raczej jest małe prawdopodobieństwo że akcje Forda nagle zdrożeją o 40% w ciągu kilku lat tymczasem w takim Uberze to już prawdopodobne. Wartość technologicznych startupów potrafi z dnia na dzień wzrosnąć wielokrotnie pozwalając szybko zarobić i o to w tym chodzi. Oczywiście może być też odwrotnie i ta wartość może szybko spać ale to jest ryzyko, które inwestorzy akceptują.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 23 detektorjusia

Teraz są inne czasy jak w 2000r, w USA tylko chwilowa przerwa konserwacyjna drukarek i wkrótce wracamy do drukowania.

! Odpowiedz
2 45 jaksa

Tez tego nie kupuję. firma która nie zarabia ? wycena ponad 90 mld dolarów ? To obłęd jakiś. Czemu nie słuchają swojego guru inwestycyjnego Buffeta? On nigdy by w spółkę nie zainwestował która nie zarobiła na czysto choć dolara. Nie twierdzę , że Uber jest zły czy dobry po prostu jest nierentowy , takie spółki przepalają kase inwestorów często zostawiając ich z niczym. A założyciele , pewnie upłynnią część posiadanych akcji skasują kilka mld i pójdą rozkręcać kolejny szemrany biznes.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
8 7 lejdi

Tak samo Uber stanie się katalizatorem bańki jak wielokrotne teksty pana Kolanego sprzed paru lat ostrzegające przed krachem gdy SP500 bujał na 2 tys. pkt.

! Odpowiedz
15 23 wektorwg

Przecież Amerykę budowali złodzieje. Czego się spodziewać po tym narodzie

! Odpowiedz
4 41 and00

Uber -współdzielenie?
To że przewiezie mnie pracownik żyjący z przewozów, ale bez szyldu taxi, co to ma wspólnego ze współdzieleniem? Albo ktoś kupuje mieszkanie z przeznaczeniem na najem krótkoterminowy?
Aż tak tańsi od taxi nie są, i nie wierzę że jak kogoś nie stać na taxi, to może sobie na codzień śmigać Uberem.
A pokoje/apartamenty na wynajem to już z dawno przed airbnb istniały, i też, airbnb aż tak tanio to wcale nie wychodzi.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
6 19 captainvimes

Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że cena nie jest jedynym kryterium przy wyborze usługi/produktu. Tradycyjne taksówki nie mają tak skopanej renomy tylko dlatego, że są za drogie. Chodzi o transparentność opłat i wygodę zamawiania. Uber z bardzo dobrym przybliżeniem podaje finalną cenę przyjazdu, więc człowiek zanim zamówi przejazd od razu wie na czym stoi. U Janusza z wąsem zawsze to jest wróżenie z kryształowej kuli, strefa pozamiejska, czary z mleka, godziny nocne itd. To jest mentalność osadzona w latach 90' a lament taksówkarzy, którzy nie potrafią się dopasować do rynku, tylko to udowadnia. Poza tym "wcale nie wychodzi tak tanio" nie oznacza, że usługi Ubera czy airbnb nie są tańsze od klasycznych taksówek czy hoteli. Skoro mogę za tę samą usługę zapłacić 100zł zamiast 120zł to wybieram pierwszą opcję. Jestem klientem i chcę jak najtaniej, nie ma w tym nic odkrywczego. Jeśli mi nie pasuje, że przez 5 ostatnich kursów uberem, żaden z kierowców nie potrafił powiedzieć słowa po polsku, to rezygnuję z tej usługi na rzecz tradycyjnej taksówki i płacę więcej za chociażby lepszą komunikację z kierowcą - ale to jest mój wybór jako konsumenta, a nie narzucany durną regulacją rodem z kolebek demokracji typu Chiny czy Rosja.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne
WIG -0,46% 55 609,32
2019-12-10 17:15:01
WIG20 -0,60% 2 054,11
2019-12-10 17:15:01
WIG30 -0,58% 2 359,92
2019-12-10 17:15:00
MWIG40 -0,08% 3 820,18
2019-12-10 17:15:01
DAX -0,27% 13 070,72
2019-12-10 17:37:00
NASDAQ -0,07% 8 616,18
2019-12-10 22:03:00
SP500 -0,11% 3 132,52
2019-12-10 22:08:00

Znajdź profil

Przejdź do strony za 5 Przejdź do strony »

Czy wiesz, że korzystasz z adblocka?
Reklamy nie są takie złe

To dzięki nim możemy udostępniać
Ci nasze treści.