REKLAMA

Brando – awanturnik czy marzyciel

2008-06-02 13:20
publikacja
2008-06-02 13:20
Nie przypominam sobie, bym starał się być popularny. To się po prostu stało. Ja tylko chciałem przetrwać. Marlon Brando, choć stworzył wiele kultowych kreacji, nie miał szacunku do Hollywood. Grał tylko dlatego, że przychodziło mu to łatwo i nie umiał nic innego, co pozwoliłoby mu na zarobienie pieniędzy na życie takie, jakie lubił oraz pomoc potrzebującym. W końcu porzucił hollywoodzki blichtr dla polinezyjskiej wyspy.



Marlon Brando nie miał łatwego dzieciństwa. Matka wolała pić niż opiekować się chłopcem i jego dwiema siostrami. Ojciec – również alkoholik, a do tego kobieciarz – życie żony uczynił piekłem, uczuciowo znęcał się także nad swoimi dziećmi. Synowi powtarzał, że nigdy do niczego nie dojdzie. Był brutalem uwielbiającym rozkazywać i stawiać warunki. Być może dlatego Marlon od początku miał awersję do autorytetów i władzy. Nie udało mu się więc skończyć Shattuck Academy, do której w wieku 16 lat wysłał go ojciec, mając nadzieję, że dyscyplina wojskowej szkoły kadetów wyjdzie jego synowi na zdrowie. Tam jednak Brando odkrył Szekspira „Jego cudowny język przenosił mnie w inny świat” – przyznał po latach. Nauczyciel angielskiego jako pierwszy dostrzegł drzemiące w nim możliwości – zaprosił go do udziału w prowadzonym przez siebie kółku dramatycznym. Kiedy chłopak został wyrzucony ze szkoły usłyszał od nauczyciela: „Nie martw się Marlon, wszystko będzie dobrze. Wiem, że świat jeszcze o tobie usłyszy.”

Po powrocie do rodzinnego miasteczka pracował w firmie zajmującej się kopaniem rowów, układaniem przewodów i kładzeniem dachówek oraz innymi pracami budowlanymi. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, postanowił nawet wstąpić do wojska. Gdy jednak podczas komisji wojskowej przyznał się, że czasem dokucza mu kolano, został uznany za niezdolnego do służby. Wtedy przypomniał sobie o chwilach na scenie. Pojechał więc do Nowego Jorku i zapisał się na warsztaty aktorskie Stelli Adler, uczennicy Konstantina Stanisławskiego, której zbyt żydowski wygląd nie pozwolił na zrobienie kariery. Kontakty z wykształconymi Żydami rozbudziły u dziewiętnastoletniego chłopaka bez szkoły średniej apetyt na wiedzę – zaczął czytać Kanta, Rousseau, Nietzschego, Lock’a, Melville’a, Tołstoja, Faulknera, Dostojewskiego.

W Nowym Jorku zarabiał jako windziarz w domu towarowym, był kelnerem, pomocnikiem kucharza i sprzedawcą kanapek. W końcu zadebiutował w sztuce „Pamiętam mamę”. Miał dwadzieścia lat, a grał czternastoletniego syna norweskich emigrantów. Spektakl wystawiany był przez dwa lata, osiem razy w tygodniu. W końcu Brando miał dość i odszedł. Szczęśliwie nie musiał długo czekać na kolejny angaż. Zainteresował się nim nawet agent z Hollywood. Jednak ostatecznie, ze względu na nieskorygowany nos Brando, na razie nie doszło do zatrudnienia w fabryce snów.

Zaangażowany został za to do politycznej sztuki pt. „Narodziny flagi”. Wygłaszał w niej oskarżenie wobec amerykańskich Żydów, zarzucając im, iż nie interesowali się losem swoich europejskich braci, gdy podczas II wojny światowej mordowano ich w krematoryjnych piecach. Spektakl ten, podobnie jak przyjaźń z Żydami, sprawił, że stał się orędownikiem sprawy żydowskiej i aktywnym członkiem Amerykańskiej Ligi o Wolną Palestynę. Później wielokrotnie wstawiał się w obronie grup pokrzywdzonych i uciśnionych. Przeciwstawiał się zaniżaniu stawek dla czarnych statystów. Wspomagał finansowo Indian, a nawet stawał do walki u ich boku, gdy odbierano im ziemię lub odmawiano prawa do połowu łososi.

Przełomem w jego aktorskiej karierze była rola Stanleya Kowalskiego w ostrej i odważnej sztuce „Tramwaj zwany pożądaniem” w reżyserii Elii Kazana. Tennessee Williams, autor sztuki bardzo szybko przekonał się do Marlona, choć początkowo twierdził, iż jest on za młody jako odtwórca roli, w której najchętniej widziałby Burta Lancastera.
Przedstawienie stało się wielkim hitem. Recenzenci zachwycili się Marlonem Brando, tak świetnie wcielającym się w rolę muskularnego, małomównego, agresywnego bohatera, człowieka pozbawionego wątpliwości, działającego instynktownie, bez świadomości samego siebie. Bardzo trudno było mu wtedy kogokolwiek przekonać, iż sam jest zupełnym przeciwieństwem tej postaci. Pomimo sukcesu cierpiał na napady lęku i depresji, które brały się z utrwalonej w dzieciństwie myśli, iż jest bezwartościowy. Z problemem tym borykał się niemal przez całą swoją karierę. Po latach stwierdził, iż gdyby nie był aktorem, to pewnie zostałby oszustem i wylądował w więzieniu. Przypuszczał też, że być może skończyłby w szpitalu dla psychicznie chorych – „aktorstwo dało mi szansę wydawania tysięcy dolarów na psychoanalityków.”

Debiut Brando na wielkim ekranie to “Pokłosie wojny” Freda Zinnemanna, gdzie zagrał kalekę wojennego. O ile rolę brutala z „Tramwaju zwanego pożądaniem” przyszło mu zagrać dość łatwo – przez lata obserwował bowiem swojego milczącego, brutalnego ojca – to przygotowując się do tej nowej roli, zgodnie z metodą Stanisławskiego, musiał znaleźć sposób, by wczuć się w postać. Spędził więc miesiąc w szpitalu dla weteranów, udając sparaliżowanego byłego żołnierza. Rok później zagrał w ekranizacji „Tramwaju zwanego pożądaniem”, za co otrzymał swoją pierwszą nominacją do Oscara dla najlepszego aktora. Następne filmy to kolejne sukcesy. Za “Viva Zapata!” Brando otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora na festiwalu w Cannes w 1952 r. oraz nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej. Potem był “Dziki” (1953 r.) Laszlo Benedeka. W tym filmie Brando stworzył kreację, która przeszła do historii kina, a bawełniane koszulki, jeansy i skórzane kurtki stały się symbolami młodzieżowego buntu. Za rolę Terry’ego Malloya w „Na nabrzeżach” aktor otrzymał Oscara za najlepszą rolę męską oraz nagrody aktorskie krytyków nowojorskich, Brytyjskiej Akademii Filmowej i jury festiwalu w Cannes w 1954 r. Długo wahał się, czy wziąć udział w uroczystości wręczenia Oscarów.

Już na początku kariery nie miał szacunku do Hollywood i uważał, że aktorstwo nie ma rangi, jaką próbuje mu się przypisać. Twierdził, że wszelkie nagrody traktowane są zbyt poważnie. „Kiedy świat ma tak wiele istotnych problemów, może niepokoić fakt, że tak błahe zdarzenie nabiera takiego znaczenia” – mówił. „Śmieszą mnie ludzie, którzy robienie filmów nazywają sztuką, a aktorów artystami. Artystami byli Rembradt, Beethoven, Szekspir i Rodin. Aktorzy to robotnicy w biznesie i harują dla pieniędzy” – dodawał i apelował, aby mówić raczej o przemyśle filmowym niż filmowej sztuce. Doszedł do wniosku, że wobec segregacji rasowej, niesprawiedliwości, głodu i cierpienia, które są udziałem tak licznych ludzi na świecie, robienie filmów jest głupie i niestosowne.

Czuł, że musi coś zrobić, by przyczynić się do poprawy tej sytuacji. Chciał nawet zostać pastorem, choć nie był człowiekiem religijnym. Zainteresował się w końcu działalnością ONZ. Jako że najbardziej poruszało go cierpienie dzieci, zgłosił chęć pomocy UNICEF i został jej ambasadorem. Podróżował po wielu krajach, organizując konferencje prasowe popularyzujące pracę tej organizacji, zrobił o niej program telewizyjny. Brał udział w widowiskach, które zbierały środki na jej działalność. W 1955 r. Stworzył własny zespół filmowy nazwany od nazwiska panieńskiego matki – Pennebaker Production, który miał robić filmy wspierające dobro na świecie.

Aby móc sfinansować film o ONZ-owskim programie pomocy dla Azji, Brando podjął się zagrania w filmie „Herbaciarnia pod księżycem”, do którego zdjęcia kręcone były w Tokyo. Na plan zdjęciowy udał się okrężną drogą – przez południową Azję, Filipiny, Tajlandię i Indonezję. Ta podróż otworzyła mu oczy – zrozumiał, że polityka pomocy państw uprzemysłowionych jest samolubna i skierowana w niewłaściwym kierunku, a także zupełnie nieskuteczna. „Z daleka podziwiałem wysiłki państw uprzemysłowionych podejmowane po to, by pomóc biedniejszym narodom rozwinąć ich gospodarkę i myślałem, że to jest właśnie sposób, w jaki świat powinien pracować. Zobaczyłem jednak coś całkiem innego – chociaż kolonializm umierał, kraje uprzemysłowione ciągle wykorzystywały gospodarkę swoich byłych kolonii. Przeznaczone na pomoc gospodarczą środki wykorzystywane były głównie na cele polityczne.” Ta podróż zaowocowała filmem „Wstrętny Amerykanin”.

Czasy największej popularności Marlona Brando to lata 70. To wtedy zagrał w „Ojcu chrzestnym”, „Czasie Apokalipsy” oraz w „Ostatnim tanguw Paryżu”. Za rolę Don Corleone w „Ojcu chrzestnym” otrzymał drugiego w karierze Oscara. Tym razem, aby zamanifestować swoją niechęć do przemysłu filmowego, fałszującego wizerunek amerykańskich Indian, odmówił jego przyjęcia. Na ceremonii rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej pojawiła się natomiast jego przyjaciółka Indianka, która w imieniu Brando wygłosiła oświadczenie atakujące postępowanie rządu Stanów Zjednoczonych wobec rdzennych Amerykanów.



Jak twierdził, nigdy nie miał ambicji zostania aktorem filmowym. Nie dążył do popularności, gdyż – jak mówił – nie miał potrzeby grania dla jakichś innych powodów niż po to, aby zaspokoić swoje potrzeby materialne. Gdy to się jednak stało, był wdzięczny losowi. Granie nie sprawiało mu bowiem trudności, mógł więc zarabiać bez większego wysiłku. Za największą korzyść, dla której warto było zostać aktorem uznawał możliwość podróżowania. „Szansa poznania ludzi i stykania się z innymi kulturami równoważy niektóre negatywne aspekty mojego zawodu”. Powoli zaczynał jednak myśleć o ucieczce ze świata Hollywood. „Poznałem pewnego marynarza, który opuścił na Bali swój statek i postanowił spędzić tu resztę życia. Rozumiałem go.” Już jako nastolatek, przeglądając w szkolnej bibliotece magazyn National Geographic, marzył o Tahiti. To dlatego, gdy wytwórnia MGM zaproponowała mu rolę Fletchera Christina w nowej wersji „Buntu na Bounty” – filmu kręconego właśnie na Tahiti – zgodził się bez zastanowienia. W czasie jednej z przerw, gdy wdrapał się na wzgórze i spoglądał na ocean, ujrzał w oddali ląd. Okazało się, że był to archipelag wysp Teti’aroa, należący do niewidomej Amerykanki zwanej Madame Duran. Po kilku latach od tego zdarzenia, w 1966 r. Marlonowi Brando udało się kupić Teti’aroę za 200 tys. dolarów.

Na Tahiti spędził najszczęśliwsze dni swojego życia. „Jest tu więcej radosnych twarzy, niż w jakimkolwiek miejscu, w którym byłem. My wysłaliśmy człowieka na Księżyc, ale tworzymy sfrustrowanych, złych, gniewnych ludzi” – mówił. Z grania w filmach niemal zrezygnował miedzy rokiem 1980, kiedy to wziął udział w „Formule”, a rokiem 1989, gdy zagrał w „Porze jałowej bieli” (kolejna nominacja do Oscara, w kategorii najlepszego aktora drugoplanowego). Spędzał wiele czasu na swojej wyspie, interesował się wieloma rzeczami, łącznie z medytacją. Doszedł do takiego stopnia wtajemniczenia, że gdy zdecydował się na obrzezanie, zamierzał poddać się tej operacji bez znieczulenia. Uważał, że poprzez medytację jest w stanie pozbyć się uczucia bólu. Lekarze jednak nie chcieli podjąć ryzyka, zabieg odbył się więc pod narkozą.

Marlon Brando był aktorem, na którym wzorowały się kolejne pokolenia. Do największych naśladowców zalicza się chociażby Jamesa Deana czy Roberta De Niro. Jednak sam Brando często powtarzał, że status wziętego aktora był dla niego szczęśliwy także dlatego, iż dał mu luksus wolnego czasu. „Mogłem robić tyko jeden film rocznie, co zabierało mi najwyżej trzy miesiące”. Nie lubił się przemęczać. Po krótkim okresie uczenia się tekstów dialogów na pamięć, zaczął się koncentrować na ich wymowie i improwizować podczas kręcenia scen. Podczas nagrywania „Młodych Lwów” wpadł na pomysł, aby zapisywać kwestie na kartkach i przypinać je w różnych miejscach, nawet do kostiumów innych aktorów. Już w następnym filmie pt. „Formuła” zaczął nagrywać swoje teksty i odtwarzać je przez małą słuchawkę umieszczoną w uchu. Potem poszedł jeszcze dalej – wokół nogi miał zawiązany kabel antenowy, przez który odbierał tekst czytany nieopodal przez asystentkę. Słysząc tekst w uchu powtarzał go symultanicznie i cieszył się ze spontaniczności tak wygłaszanych kwestii. Przed rozpoczęciem nowego filmu z reguły przechodził na dietę. Lubił bowiem czekoladowe ciasteczka i lody. Przygotowując się do jednego z filmów, po lodowym obżarstwie, postanowił wszystko zwymiotować – włożył więc palec do gardła. Skaleczenie przełyku spowodowało krwotok wewnętrzny. Brando znalazł się w szpitalu bliski śmierci. Po tym incydencie została mu przepuklina krtani. Nie był to jedyny przypadek, gdy Marlon z powodu odchudzania znajdował się w szpitalu. Wylądował tam również po tym, jak przez trzy tygodnie żywił się wyłącznie serem feta i sokiem z cytryny.

Zgodnie z panująca w Hollywood modą, w życiu Marlona Brando było wiele kobiet. Do jego przyjaciółek zaliczała się nawet Marilyn Monroe. Powtarzał, że zasada monogamii, wierności i miłości do końca życia pozostaje w sprzeczności z ludzką naturą. Oficjalnie był żonaty dwa razy. Z brytyjską aktorką hinduskiego pochodzenia – Anną Kashfi oraz meksykanką Movitą Castenadą. Na planie „Buntu na Bounty” poznał tahitańską aktorkę Teritę Teripaię, która od tego czasu była jego życiową partnerką.
Zmarł w Los Angeles w 2004 roku.

tekst: Anna Zawadzka
zdjęcia: TCM
Źródło:
Tematy
Wybierz nielimitowany internet z dodatkowymi  kartami SIM za 0 zł w Orange Flex dla firm!
Wybierz nielimitowany internet z dodatkowymi kartami SIM za 0 zł w Orange Flex dla firm!
Advertisement

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki