Koreańczycy z Północy znów bawili się rakietami balistycznymi, co jednak (znów) tylko na chwilę zaniepokoiło inwestorów. Pokusie sprzedaży akcji nie ulegli gracze z Wall Street, którzy zdołali wyprowadzić indeksy na zieloną stronę rynku.


Tym razem groźba ze strony Pjongjangu była bardzo konkretna – reżym Kima wystrzelił rakietę, która przeleciała ponad terytorium Japonii i wpadła do Pacyfiku. Groźba czytelna niczym odcięta głowa konia w „Ojcu chrzestnym” - następna rakieta (być może z ładunkiem nuklearnym) może przecież spaść na Tokio. Amerykanie zareagowali ostro. „Na stole są wszystkie opcje” – oznajmił prezydent Donald Trump.
8 sierpnia prezydent Trump obiecał Korei „ogień i gniew”, jeśli Pjongjang nadal będzie groził Stanom Zjednoczonym. Po tej deklaracji przez rynki akcji przetoczyła się trwająca jeden dzień fala spadków. Koreańczycy najwyraźniej zrozumieli aluzję i zamiast grozić Amerykanom, zaczęli straszyć amerykańskich sojuszników na Pacyfiku.
Reakcja giełd azjatyckich była dość spokojna – najsłabsze indeksy straciły w granicach 1,1 proc. Koreański KOSPI oddał tylko 0,2 proc., a japoński Nikkei225 0,45 proc. O dziwo, znacznie mocniejsza była reakcja parkietów europejskich, gdzie skala przeceny sięgnęła 1,0-1,5 proc.
Także Amerykanie zaczęli dzień na czerwono. Na otwarciu S&P 500 stracił 0,6 proc. I potem zaczął szybko odrabiać straty, w połowie sesji wychodząc na zero. Końcówka przyniosła kosmetyczny wzrosty. S&P500 zyskał 0,08 proc., Dow Jones 0,26 proc., a Nasdaq 0,30 proc. Rzecz jasna wszystkie trzy indeksy są w zasięgu 1,5-2,5 proc. od ustanowionych na początku sierpnia rekordów wszech czasów.
Mimo spokoju na nowojorskich giełdach, w innych segmentach rynku finansowego dało się poczuć strach. Rentowność amerykańskich obligacji 10-letnich spadła do najniższego poziomu od listopadowej euforii wywołanej wynikami wyborów prezydenckich w USA. Najwyższy poziom od listopada osiągnęły z kolei dolarowe notowania złota. Widać zatem, że wśród inwestorów narasta awersja do ryzyka, a kapitał powoli wraca do porzuconych ostatnio „bezpiecznych przystani”.
Krzysztof Kolany
























































