

„Sezamie otwórz się” – rzekł Jack Ma. Na to hasło ze skarbców amerykańskich funduszy popłynęła gotówka, która napompowała kolejną bańkę spekulacyjną. Czyli Alibańkę.
Zgodnie z zapowiedziami piątkowy debiut akcji Alibaba Group Holding okazał się rekordowym IPO w historii USA. Inwestorzy kupując walory po 68 dolarów za sztukę, wyłożyli w sumie 21,8 mld dolarów, nieznacznie przebijając rekord z 2008 roku należący do Visa Inc. Dziś już wiadomo, że zrealizowane zostaną opcje subemitentów na kolejne akcje Alibaby, zwiększając wartość oferty do 25 mld USD. W ten sposób pobity zostanie rekord świata z 2010 roku należący do Agricultural Bank of China.
|
Lp. |
Spółka |
Ticker |
Kapitalizacja |
C/Z |
Stopa dywidendy (%) |
|
1 |
Apple Inc. |
AAPL |
604,5 |
16,3 |
1,85 |
|
2 |
Exxon Mobil Corporation |
XOM |
414,2 |
12,37 |
2,86 |
|
3 |
Google Inc |
GOOGL |
406,3 |
30,66 |
- |
|
4 |
Microsoft Corporation |
MSFT |
391,6 |
18,06 |
2,66 |
|
5 |
Berkshire Hathaway Inc. |
BRK.A |
347,3 |
16,48 |
- |
|
6 |
Johnson & Johnson |
JNJ |
304,6 |
19,96 |
2,61 |
|
7 |
Wells Fargo & Co |
WFC |
278,6 |
13,17 |
2,63 |
|
8 |
General Electric Company |
GE |
263,8 |
17,99 |
3,36 |
|
9 |
Wal-Mart Stores, Inc. |
WMT |
247,6 |
16,07 |
2,52 |
|
10 |
Chevron Corporation |
CVX |
237,0 |
11,91 |
3,45 |
|
11 |
Alibaba Group Holding Ltd |
BABA |
231,4 |
- |
- |
|
12 |
JPMorgan Chase & Co. |
JPM |
229,9 |
15,78 |
2,61 |
|
13 |
The Procter & Gamble Company |
PG |
228,7 |
21,59 |
3,06 |
Na piątkowym debiucie kurs akcji Alibaba podskoczył o 38% (!), na zamknięciu sięgając 93,89 dolarów. Przy takiej cenie wartość rynkowa chińskiej spółki (precyzyjnie: zarejestrowanej na Kajmanach spółki holdingowej czerpiącej zyski z działalności w Chinach) wynosi 231 miliardów dolarów. To więcej niż kapitalizacja banku JP Morgan Chase czy koncernu Procter & Gamble. Następne na liście jest naftowy gigant Chevron oraz Wal-Mart (największa sieć handlowa w USA).
Jeśli to nie jest bańka, to co nią jest?
Alibaba została wyceniona na blisko 40-krotność oczekiwanych zysków i 27-krotność przychodów ze sprzedaży za ostatnie cztery kwartały. Jeśli mierzyć klasycznymi wzorcami analizy wskaźnikowej, są to poziomy niebotyczne, charakterystyczne dla bańki spekulacyjnej.
Zobacz też: Jack Ma: jak nauczyciel został miliarderem
Zwłaszcza, że Alibaba na kilka dni przed giełdowym debiutem pokazała nadzwyczajnie dobre wyniki za drugi kwartał. Zysk netto wzrósł trzykrotnie i sięgnął dwóch miliardów dolarów, a przychody zwiększyły się o 46% i wyniosły 2,54 mld USD. Oznacza to imponującą, 78-procentową marżę zysku. Przy takich parametrach Alibaba przypomina kurę znoszącą złote jajka. I to na skalę przemysłową!
Tyle że poprzednie kwartały nie były aż tak udane. Marża brutto wynosiła 40-45% (co i tak jest rewelacyjnym wynikiem), a zysk z reguły nie przekraczał miliarda dolarów. To były bardzo dobre wyniki, ale i tak bledną przy fenomenalnych rezultatach raportowanych za drugi kwartał. Kluczową kwestią jest to, czy Alibaba utrzyma tak znakomite wyniki w następnych kwartałach.
To „nowa gospodarka”, głupcze!
Zwolennicy (czytaj: akcjonariusze) Alibaby mają jednak kilka argumentów na obronę tak wysokiej wyceny. Po pierwsze, spółka ma faktyczny monopol na chińskim rynku, kontrolując ok. 80% sprzedaży internetowej w Państwie Środka. Oznacza to możliwość pobierania prowizji od chińskiego handlu internetowego, którego wartość szacuje się na ponad 300 mld dolarów. Obecnie dostęp do (cenzurowanego) internetu ma 632 mln Chińczyków, z czego niemal połowa regularnie korzysta z usług Alibaby. Według władz ChRL w przyszłym roku liczba internautów ma wzrosnąć do 850 mln. Wraz ze wzrostem zamożności Chińczyków rosnąć ma także znaczenie handlu internetowego, który obecnie odpowiada za zaledwie 8% sprzedaży detalicznej.
Liczby te wraz z ambitnymi prognozami wzrostu musiały zrobić wrażenie na amerykańskich inwestorach. Imponują także rozmiary działalności chińskiej spółki, która dostarcza sześć miliardów paczek rocznie i wypracowuje większe zyski niż Amazon i eBay razem wzięte. Nie dziwi zatem premia, jaką amerykańscy inwestorzy są gotowi zapłacić za udział w zyskach z chińskiego rynku e-commerce.
Historia nauczycielką pokory
Tyle że takie „historie” już kiedyś słyszeliśmy. To był rok 1999, gdy „nowa gospodarka” w internecie miała definitywnie wyprzeć „stary ład” oparty na fabrykach, elektrowniach i kopalniach. 15 lat temu inwestorzy byli gotowi zapłacić każdą cenę za kompanię, która miała „.com” w nazwie. Teraz jest podobnie: rynek bardzo wysoko ocenia globalnych gigantów internetu, którzy w międzyczasie opletli cały świat i wiele firm (Google, Facebook, Amazon) nauczyło się na nim zarabiać miliardy dolarów.
Jednakże skala oczekiwań względem internetowych gigantów zdaje się być oderwana od rzeczywistości. Internet nie jest już nową technologią i okres dynamicznego wzrostu ma już za sobą. Owszem, nadal można w nim dobrze zarobić, ale to już nie jest świat, w którym co roku podwaja się zyski. Wielu chyba jeszcze nie zauważyło, że internet stał się częścią „starej gospodarki”.
Podobnie z Chinami. Okres najszybszego rozwoju Państwo Środka ma już za sobą i nie utrzyma dynamiki z poprzednich trzech dekad. Zwłaszcza że nad Chinami niczym miecz Damoklesa wisi groźba pęknięcia kredytowego bąbla na rynku nieruchomości i konieczność spisania na straty tysięcy błędnych inwestycji. Chiny A.D. 2014 do złudzenia przypominają Japonię z roku 1989. Ćwierć wieku temu Amerykanie bali się, że Japończycy ich wykupią i teraz podobne lęki wiążą się z Chińczykami. Jak grzyby po deszczu mnożą się prognozy, że w roku 2020 Chiny „przegonią” Amerykę i staną się największą gospodarką świata. Dokładnie tak samo w drugiej połowie lat 80-tych mówiono o Japonii.
Oczywiście nie można wykluczyć, że za 10 lat wszyscy będziemy kupować na portalach należących do Alibaby. Niewykluczone, że spółka ma przed sobą świetlaną przyszłość i że powtórzy swój sukces na innych rynkach azjatyckich, na których jest jeszcze dużo miejsca na ekspansję. Wszystko jest możliwe. Ale stawianie na takie scenariusze poważnych pieniędzy wydaje mi się co najmniej lekkomyślnością.
Gdy pod koniec XX wieku inwestorzy zachwycali się „dotcomami”, Warren Buffett kupował rafinerie i elektrownie – niechciane relikty „starej gospodarki”. Kilka lat później eksplodowała hossa na rynkach surowcowych, większość internetowych balonów zbankrutowała, a Nasdaq do dziś nie powrócił do szczytu sprzed 15 lat. Teraz „wszyscy” chcą mieć w swoich portfelach akcje Alibaby, Facebooka czy Twittera. A w największej niełasce inwestorów są obecnie... złoto i srebro (4-letnie minimum), które w ostatnich tygodniach były sprzedawane, aby ustąpić miejsca akcjom Alibaby.
Krzysztof Kolany




























































