Universal, przez długi czas zwany cesarzem, czy raczej cysorzem giełdy, należał do spółek, które niemal od początku istnienia rynku budziły emocje. Jego giełdowa historia to wzrost ceny akcji z kilkunastu groszy do blisko 70 zł i ponowny spadek do kilku groszy. Przez pewien czas spółka należała do firm mających największy wpływ na zachowanie się indeksu WIG.
Finansowa bomba
Niestety, praktycznie od zawsze znana była też jako swego rodzaju finansowa bomba. Wyniki Universalu – w czasach, gdy jeszcze je osiągał – rzadko pochodziły z działalności operacyjnej. W dużej mierze były to pojedyncze transakcje finansowe, wpływające na wyniki w kolejnych kwartałach. Koniec kariery giełdowej Universalu to ujawnienie m.in. przedziwnych transakcji z firmą Code (w tej sprawie jest również mocno rozbudowany wątek b. prezesa PZU Życie Grzegorza W.), która odkupywała kilkakrotnie od Universalu budynek będący jego główną siedzibą. W aferę zamieszani byli urzędnicy z Ministerstwa Finansów.
W marcu 1999 r. dwoje członków zarządu Universalu (jedna z nich – Elżbieta S. – pracowała później w Departamencie Kontroli Skarbowej MF) sprzedało główny budynek firmy, wznoszący się nad Rotundą PKO, w ścisłym centrum Warszawy. Kupiła go firma Code z Krakowa za 60 mln zł i tego samego dnia odsprzedała spółce Metro-Projekt, też z Krakowa. Cena sprzedaży była już jednak znacznie większa – 96 mln zł.
Pieniądze na kupno gmachu spółka Metro-Projekt – 24 mln dolarów – pożyczyła od PZU Życie. Spółka Metro-Projekt nie spłacała jednak ani pożyczki, ani odsetek. W kwietniu 1999 r. Grzegorz W., były prezes PZU Życie, dopisał do umowy aneks: pożyczka będzie spłacana dopiero od 31 marca 2004 r., co faktycznie oznaczało, że PZU Życie rezygnuje z pobierania odsetek przez kolejne lata (suma skapitalizowanych odsetek wyniosłaby ponad 1,5 mln dolarów). Ponieważ jest to jeden z wątków związanych z aferą PZU Życie, sprawą zajmowało się Centralne Biuro Śledcze.
Sprawa sprzedaży budynku to tylko jeden z wielu wątków działalności Universalu. Ten bowiem permanentnie nie wywiązywał się z obowiązków informacyjnych, wynikających z Prawa o publicznym obrocie. Jedną z głośniejszych spraw, z 1998 r., było niepoinformowanie o zaciągnięciu kredytu obrotowego w wysokości 35 mln zł. Jak napisano później w komunikacie, stało się to w wyniku przeoczenia. Później wyszło na jaw, iż pod ten kredyt Universal zastawił pakiet 20 proc. akcji telewizji Polsat.
Wszystkie te sprawy doprowadziły do tego, że na początku 1999 r. Komisja Papierów Wartościowych i Giełd podjęła bezprecedensową decyzję o wycofaniu akcji spółki z publicznego obrotu.
Tajemnicze umowy
Fakt nieujawniania istotnych umów pojawił się wśród spółek na GPW jeszcze kilkakrotnie. Jednym z najbardziej szokujących – zwłaszcza dla inwestorów zagranicznych – był przypadek Elektrimu. Elektrim uważany był przez wiele lat za sztandarowy blue chip GPW. Spółka, jedyna z byłych central handlu zagranicznego, imponowała rozwojem, wizją i rozmachem. Skandal wybuchł, gdy okazało się, że zarząd zataił porozumienie z Kulczyk Holding, dotyczące sprzedaży na rzecz KH kilku procent udziałów w Polskiej Telefonii Cyfrowej, operatora komórkowej sieci Era GSM. Po ujawnieniu tej informacji kurs firmy spadł, ostateczną konsekwencją zaś była rezygnacja prezesa Andrzeja Skowrońskiego.
Dziś można powiedzieć, że był to początek niejasnych inwestycji i umów, podpisywanych już pod rządami kolejnych, nowych prezesów. W efekcie Elektrim stracił miano blue chipa, jego akcje są notowane po kilka złotych.
Niedługo po skandalu związanym z umową Elektrimu z Kulczyk Holding zaskoczyła inwestorów informacja z Impexmetalu. Okazało się, że zarząd spółki (ujawniły to nowe władze) podpisał wyjątkowo niekorzystną umowę dotyczącą objęcia akcji Huty Konin. Sprawą zainteresowała się KPWiG i nałożyła na spółkę karę finansową.
Po tych dwóch sprawach w rozmowach z przedstawicielami zagranicznych funduszy i banków, działających na naszym rynku na długo przed ostatnimi aferami, słyszało się obawy o intencje prezesów i zarządów spółek notowanych na GPW. Być może nie spodziewali się tego, że to, co przez moment wydawało się charakterystyczne w krajach byłego bloku komunistycznego – ignorowanie, za kilka lat wybuchnie z ogromną siłą w samym sercu gospodarki wolnorynkowej.
Twórcze szwindle
Poprawianie raportów, znane obecnie jako twórcza księgowość, też ma w Polsce tradycję. Kilka lat temu, gdy prawo wymagało publikowania raportów miesięcznych, tajemnicą poliszynela było naciąganie przez księgowych wyników spółek. Dochodziło do paradoksalnych sytuacji, w których suma wyników zysku netto z raportów miesięcznych różniła się o kilkadziesiąt, a nawet kilkaset procent od wyników w raporcie rocznym, zweryfikowanym przez audytora. Proceder był tak powszechny i tak często stosowany (choć zgodny z prawem), że zrezygnowano z raportów miesięcznych na rzecz kwartalnych.
Umiejętne księgowanie nie jest niezgodne z prawem. Jest to raczej kwestia tego, co firma chce pokazać, a co rzeczywiście z nią się dzieje. Dlatego intensywne prace nad okresowymi raportami w spółkach publicznych trwają i będą trwały, mimo obecnych afer. Inaczej ma się sprawa z faktycznym fałszowaniem ksiąg lub – co jest mniejszym przewinieniem – niestosowaniem się do zaleceń audytorów. Tu polski rynek kapitałowy nie jest bez skazy.
W połowie 1995 r. głośna była sprawa spółki Espebepe, która – mimo sugestii audytora – nie utworzyła kilkudziesięciomilionowej rezerwy na chybiony projekt. Co praw- da, tłumaczono w prasowych sprostowaniach, że rezerwy utworzono, tyle tylko że mniejsze i nie na to, na co wskazał audytor. Później jednak okazało się, że raporty spółki były fałszowane, doszło do oskarżenia głównego księgowego spółki, a kurs jej akcji spadł szybko z 16 do 8 zł.
Był to pierwszy w historii polskiej giełdy przypadek, w której spółka zmagała się z bankructwem. Wówczas udało się jej przetrwać.
Błędne księgowanie zdarzyło się też w NFI im. Kazimierza Wielkiego. Chodziło o niewłaściwe poinformowania o umowie sprzedaży w 1997 r. Transakcja bowiem nie została zakończona, a tymczasem w taki sposób zaksięgowano rzekomo osiągnięty z niej zysk, że powiększył wyniki funduszu za III kw.’97. KPWiG zajęła się sprawą, która zakończyła się karą dla NFI w wysokości 350 tys. zł.
Podobnie jak na rozwiniętych rynkach, również w Polsce pojawiają się przypadki, gdy odchodzącego prezesa oskarża się o działanie na szkodę spółki. Chodzi zwykle o aprobowanie i inicjowanie nie do końca przejrzystych transakcji finansowych, w które angażowane są kapitały kierowanych przez niego firm.
Jednym z bohaterów hossy telekomunikacyjnej był Szeptel. Ambitne plany ogłaszane w 2000 r. teraz są weryfikowane. Nowy prezes spółki Cezary Przybysławski uważa, że poprzedni zarząd zawierał umowy szkodliwe dla spółki i jako przykład podaje wieloletnią umowę najmu warszawskiej siedziby za ok. 500 tys. zł rocznie, a także źle wynegocjowaną umowę na system bilingowy. Szeptel musiał zapłacić 660 tys. zł za coś, co nie działa, a w sądzie trwa spór spółki z byłym prezesem o wysoką odprawę.
Powyższe przykłady pokazują, że na rynku polskim zdarzały się sytuacje zbliżone do tych, którymi pasjonuje się obecnie cały świat. Różniły się one jedynie skalą i znaczeniem polskiego rynku. Gdyby wydarzyły się obecnie, prawdopodobnie zapadłyby mocniej w pamięć inwestorów.
Grzegorz Zalewski
Tekst pochodzi z "Magazynu Finansowego", poniedziałkowego dodatku do "Prawa i Gospodarki" z dnia 5 sierpnia 2002 r.































































