Z doniesień DGP wynika, że rząd zwyczajnie nie ma pomysłu na wydawanie dodatkowych pieniędzy. Zupełnie jak Grecy 10 lat temu.


Jednorazowe dopłaty do emerytur w wysokości 400 zł miesięcznie to koszt co najmniej 2 mld zł. Niedawno z Polski zdjęto procedurę nadmiernego deficytu, która blokowała możliwości podwyżek w administracji państwowej czy też większych podwyżek emerytur niż pozwalał na to wzrost gospodarczy.
Kłopot w tym, że nie po to robiliśmy wszystko, by wyjść z tej procedury, nie po to też dokonaliśmy reformy OFE, by teraz "luzy budżetowe" przeznaczyć na proste rozdawnictwo. To droga donikąd, zwłaszcza w kontekście lepszych alternatyw, które mają być finansowane ze sprzedaży części udziałów w najlepszych państwowych spółkach.
Tak wiele mówi się o potrzebie wsparcia budownictwa tanich mieszkań na wynajem, obniżenia obciążeń podatkowych dla młodych i najmniej zarabiających oraz inwestycjach w ryzykowne, ale innowacyjne projekty (grafen). Tymczasem rząd proponuje rozdać emerytom po 400 zł po to, by kupić ich głosy. To akurat kwota, która najbogatszym emerytom pozwoli wypłacić wyższe kieszonkowe wnuczkom, a najbiedniejszym - spłacić część odsetek od pożyczek, które wzięli na leki.
Przeciętna emerytura wynosi ok. 2 tys. zł brutto (1650 zł netto). Świadczenie w wysokości mniejszej niż 1 tys. zł netto otrzymuje ok. 50 tys. emerytów. Najczęstszą przyczyną niskiej emerytury jest krótki staż pracy. Polski emeryt przepracował w życiu średni ok. 31 lat. Dodajmy do tego, że ponad połowa emerytów otrzymała prawo do świadczeń przed osiągnięciem 60 roku życia! Większość problemów systemu emerytalnego, którego konsekwencją było podniesienie wieku emerytalnego, wynika właśnie z faktu, że spory odsetek pokolenia obecnych emerytów nie zapracował na swoje świadczenia.




























































