REKLAMA
SKORZYSTAJ

Sąsiedztwo 2.0

Malwina Wrotniak2010-07-08 06:00redaktor naczelna Bankier.pl
publikacja
2010-07-08 06:00

Co-housing to nie komuna ani nie wspólnota mieszkaniowa. To duński trend mieszkaniowy, który podbija świat. Mieszkańcy kameralnych osiedli dzielą się zasobami, czasem i umiejętnościami. Tego nam dzisiaj potrzeba?

Sąsiedztwo 2.0
Sąsiedztwo 2.0
fot. theta / / theta

Zaskakujące, że pierwszymi, którzy posmakowali tego sposobu życia i spopularyzowali go byli uznawani za zamkniętych w sobie Skandynawowie. Zaskakujące o tyle, że zaproponowali otwarcie się na otoczenie i zacieśnienie więzi z sąsiadami. Wszystko pod szyldem co-housingu. Termin, który nie doczekał się polskiego odpowiednika opisuje zjawisko tworzenia przez mieszkańców kilku sąsiadujących ze sobą, ale odrębnych nieruchomości grupy, która samodzielnie projektuje okolicę i chce nią świadomie zarządzać.

Na przekór stereotypom

Tyle w kwestii teorii, a co w praktyce? Osiedla funkcjonujące na zasadzie co-housingu to położone w bezpośrednim sąsiedztwie domy (zwykle nie więcej niż czterdzieści), których mieszkańcy – choć są właścicielami prawnie odrębnych nieruchomości - decydują się na zagospodarowanie części otaczającej ich przestrzeni tak, by stanowiła użytek wspólny.

Nie idzie tylko o place zabaw i skwery, mowa o wspólnych kuchniach i jadalniach, pralniach, pokojach zabaw dla dzieci, pomieszczeniach do relaksu, siłowniach, czytelniach, najczęściej skupionych w jednym budynku, otwartym dla wszystkich członków. Utarł się już zwyczaj, że w każdym z takich sąsiedztw przynajmniej kilka razy w tygodniu wspólnie przygotowuje się i spożywa posiłki. Opieka nad tym, co należy do wszystkich dotyczy każdego z członków wspólnoty i ma scalać grupę.

Zdarza się, że co-housing bywa utożsamiany ze wspólnotą mieszkaniową. Tyle tylko, że mowa tu o zespole domów jednorodzinnych - nieruchomości odrębnych tak fizycznie, jak i prawnie. Tradycyjną wspólnotę mieszkaniową powołuje się natomiast dla nieruchomości lokalowych w ramach jednego budynku.

Dla innych co-housing to nic więcej jak "mieszkaniowa komuna". Trzeba jednak pamiętać, że nie mówimy tutaj o ukonstytuowaniu się pewnej grupy z racji podobieństwa poglądów politycznych czy wyznania. Jeśli takie się zdarza, jest wypadkową co-housingu, a nie jego przyczyną. Skoro nie wiara i polityka pchają ludzi do co-housingu, to w takim razie co?

Na przekór wielkomiejskiej samotności

Zgodnie ze starym porzekadłem, jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Powód ekonomiczny z pewnością przyczynia się do tego, że statystyki popularności co-housingu rosną. Współdzielenie pomieszczeń codziennego użytku generuje oszczędności, zwłaszcza jeśli mieszkańcy zdecydują się na wdrożenie proekologicznych rozwiązań oszczędzających wodę czy energię, często zbyt kosztownych dla pojedynczej nieruchomości, ale opłacalnych w wymiarze mini-osiedla. Pozytywnie na domowy budżet wpływa też oszczędność na transporcie, możliwa dzięki zwyczajowi wzajemnego podwożenia się.


fot. Munksogaard (Dania), Lancaster Cohousing (Wlk. Bryt.)

Wątpliwa wydaje się jednak teza, że niższe koszty życia byłyby w stanie przezwyciężyć luksus zamknięcia się we czterech ścianach, odcięcia od świata, w tym od uciążliwych sąsiadów. Jeśli popytać członków mieszkaniowych wspólnot - rzadko kiedy kierują się ekonomicznymi pobudkami. Zamkniecie się w czterech ścianach nie ma też dla nich wiele wspólnego z luksusem. Owszem bywa, że są to jednostki szczególne - społecznicy, ale najczęściej przeciętni, otwarci na innych everymani, nieco spragnieni kontaktu z drugim człowiekiem.

Towarzyszy im za to dolegliwość typowa dla końca XX wieku - samotność w wielkim mieście. Objawia się silnie przede wszystkim u tych, którzy dopiero co zmienili adres i w nowym otoczeniu czują się obcy. Do tego dochodzi typowe dla metropolii poczucie anonimowości - tym silniejsze, im więcej istot dookoła. Stać się członkiem niewielkiej grupy ufających sobie osób - trudno o prostsze lekarstwo na tę współczesną dolegliwość miejską.

Na przekór nowoczesności

Pomysł, który dziś podbija świat swoje korzenie ma w Europie, a dokładnie w Danii. Przez Amerykanów, do których zawitał w latach osiemdziesiątych postrzegany był tak, jak każdy inny skandynawski trend – niby nowatorski, ale jednak nie pozbawiony swojskiego, sielskiego charakteru - oto nagle po modzie na grodzone osiedla, przychodzi trend zachęcający do ponownego otwarcia i budowania więzi z otoczeniem.

Owo budowanie więzi zaczyna się dość prozaicznie, bo od przygotowywania i spożywania wspólnych posiłków. To zresztą doskonała okazja do dyskusji na temat przyszłych planów grupy. Takich sprzyjających rozmowom okoliczności jest więcej – sąsiedzi z racji wspólnych pomieszczeń razem piorą, razem bawią się z dziećmi, razem ćwiczą czy prowadzą ogródek.

Tak brzmią oficjalne wizje niektórych wspólnot co-housing:

"Stworzyć miejsce, gdzie życie jest proste, gdzie szanuje się ziemię, odmienność jest mile widziana, dzieci mogą integrować się w poczuciu bezpieczeństwa, a życie blisko z sąsiadami przychodzi naturalnie" - Sunward Cohousing w stanie Michigan.

"Minimalizować negatywny wpływ na środowisko naturalne, tworząc miejsce, w którym wszyscy członkowie wspólnoty będą czuli się równi i potrzebni" - Winslow Cohousing w Seattle.

"Rozwijać innowacyjne podejście do ekologii i zrównoważonego rozwoju społecznego" - EcoVillage, New York.

"Stworzyć społecznie różnorodne sąsiedztwo, oparte na modelu cohousingu" - Environmental Living, Cambridge.


Dzięki przynależności do wspólnoty pewnie łatwiej im poprosić o pomoc. Opieka nad dziećmi, korepetycje, wyręczanie w zakupach zdają się być na porządku dziennym. Fakt - nie ma w tym nic nadzwyczajnego, co więcej - to codzienność w wielu zupełnie tradycyjnych sąsiedztwach. Skąd więc entuzjazm?

- Będąc w takim układzie wiesz, kto mieszka sześć domów od ciebie, bo kilka razy w tygodniu jadasz z nim przy jednym stole. Nie bałbyś się powierzyć mu swojego czteroletniego dziecka, a sam gotów jesteś pożyczyć mu samochód w razie, gdy jego trafił do warsztatu - tłumaczą ideę co-housingu ci, którzy wyznają ją na co dzień.

W ramach co-housing forsują prostsze do zrealizowania w grupie pomysły uprawy własnych warzyw i owoców, budowania prawdziwie bezpiecznych miejsc zabaw dla dzieci, adaptowania na nowe funkcje bezużytecznych dotąd przestrzeni. Po drodze im przy tym z ekologią. Zachowanie zasad tzw. zrównoważonego rozwoju jest na tapecie wielu sąsiedztw (patrz tabela).

Na przekór trudnym czasom

Każdemu, komu ciśnie się na usta pytanie kto za to płaci trzeba wiedzieć, że wspólnoty działające jako co-housing posiadają własne fundusze, do których składają się sami mieszkańcy. Ale to nie wszystko. W wielu przypadkach, zwłaszcza tam, gdzie instytucja co-housingu została zapisana w prawie, nie brak zewnętrznych źródeł finansowania, o które może wnioskować grupa właścicieli nieruchomości. Od publicznych dotacji na proekologiczne rozwiązania w budownictwie, przez specjalne programy organizacji pozarządowych, po komercyjne kredyty na sąsiedzkie inwestycje.

Jednak wszędzie, gdzie w grę wchodzą wspólne pieniądze, mimo najlepszych nawet intencji trudno uniknąć konfliktów. Podobno kryzysowym momentem jest trzeci rok działania, kiedy powoli uchodzi pierwotna energia. Silną determinacją można by jednak chwilowy spadek formy przekuć w nowe projekty.

Inspiracji z pewnością nie brakuje. W Stanach Zjednoczonych około 300 sąsiedzkich społeczności stosuje co-housing, w Danii w tej formule skupionych jest 5% wszystkich gospodarstw domowych, w Anglii ich liczbę szacuje się na kilkadziesiąt. Są w Ameryce Północnej, są w Europie i Azji. Są na Facebooku i Twitterze, tworzą własne strony internetowe. Lecz mimo całej tej nowoczesności, obserwatorzy trendu podkreślają - co-housing, choć nie ma długiej historii, jest swoistym powrotem do dawnego sposobu postrzegania sąsiedztwa. Takiego, w którym człowieka zza płotu mogło się „kochać lub nienawidzić”, ale żyło się z nim w bliskiej relacji.

Źródło:
Tematy
Nawet 6 miesięcy za 0 zł. Skorzystaj z wyjątkowej oferty dla firm!
Nawet 6 miesięcy za 0 zł. Skorzystaj z wyjątkowej oferty dla firm!
Advertisement

Komentarze (4)

dodaj komentarz
~wiesmac
jak nowosc, to u nas na wsi swietlica od zawsze stoi i tysmy ja remontowali niedawno, a i kółko rolnicze bylo, tyla ze sie juz rolnikow nie ostalo, no i szkoda tych zabaw co byly w remizie co sie spalila, bo tera mlodzi to do miasta tylko jezdza, do klubów czy na te fiutnesy...
~rock
No ładnie.. Jak moja atara zupę przesoli to wiem kogo mam za to opieprz.... . A w takiej Co-operacji??? To co trzeba się uśmiechnąc i spożyć tą strawę..
~RYBY
w kolejnym artykule jakieś dziwne twory słowne "otwarci na innych everymani" - nie można po polsku?

Powiązane: Finanse 50+

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki