REKLAMA

„Ludzie płacą za to, żeby przez 6 godzin stać w temperaturze -20 stopni i wypatrywać czegoś w ciemności”. O pieniądzach z Karolem Wójcickim

Malwina Wrotniak2022-05-28 06:00redaktor naczelna Bankier.pl
publikacja
2022-05-28 06:00
„Ludzie płacą za to, żeby przez 6 godzin stać w temperaturze -20 stopni i wypatrywać czegoś w ciemności”. O pieniądzach z Karolem Wójcickim
„Ludzie płacą za to, żeby przez 6 godzin stać w temperaturze -20 stopni i wypatrywać czegoś w ciemności”. O pieniądzach z Karolem Wójcickim
/ Bankier.pl

Przysłowie głosi, że o pieniądzach się nie mówi, ale nam się udało. Z Karolem Wójcickim, znanym w sieci twórcą profilu „Z głową w gwiazdach” i popularyzatorem astronomii rozmawiamy o zarobkach, wydatkach i kulisach działalności twórcy internetowego.

"Nawet na 2 min 15 sek. jestem w stanie wydać każde pieniądze, jakie są na to potrzebne", deklaruje mój gość. W rozmowie między innmi o tym, ile trzeba zapłacić, żeby w Skandynawii polować z Karolem na zorze polarne. Mówimy też o potencjale poczynań Elona Muska, efekcie pandemii w działalności influencerów i zaskakującym związku astronomii z polityką.

Malwina Wrotniak, Bankier.pl: Karol Wójcicki, popularyzator astronomii, twórca internetowego profilu „Z głową w gwiazdach”, człowiek, który „na co dzień zajmuje się gapieniem się w gwiazdy”. I człowiek, który sam gwiazdą internetu w międzyczasie się stał. Dzień dobry Karolu. Nie byłeś przekonany do tej rozmowy.

Karol Wójcicki, „Z głową w gwiazdach”: Dzień dobry. Faktycznie, bo lubię rozmawiać o tym, na czym znam się najbardziej. Znam się dobrze na gwiazdach i opowiadaniu o nich. Natomiast rozmowa o finansach jakoś tak mnie zawsze lekko obezwładniała. Ale spróbujmy.

Malwina Wrotniak: „Nazywam się Karol Wójcicki. Od kilku miesięcy prowadzę pionierski projekt transmisji internetowych NA ŻYWO, podczas których pokazuję najciekawsze zjawiska astronomiczne. Aby móc kontynuować ten projekt, muszę uzbierać pieniądze na zakup wysokoczułej kamery (…). Koszt całej inwestycji to ok. 22 000 zł (kamera, obiektywy, złączki, karta przechwytująca, okablowanie, statyw). Chciałbym Was prosić o wsparcie w wysokości połowy tej sumy, czyli 11 000 zł”. Post tej treści z 2016 roku, Twojego autorstwa, wciąż jeszcze można znaleźć na jednym z serwisów crowdfundingowych. Trudniej dziś rozmawia się o pieniądzach, czy trudniej było tych kilka lat temu?

Karol Wójcicki: Dzisiaj mówię i myślę o nich z perspektywy człowieka, który już trochę lepiej radzi sobie w życiu niż wtedy, kiedy był młodszą wersją samego siebie. I takie pieniądze wydają się po prostu do zarobienia. W tamtym momencie ta kwota wydawała się wręcz niewyobrażalna. Tym bardziej, że od czasów nastoletniości obracałem się w środowisku astronomicznym i wiedziałem, że te zabawki, których na co dzień używamy, do najtańszych nie należą. Jasne, można kupić teleskop, który jest w zasięgu finansowania przeciętnej rodziny, ale jeśli mówimy o specjalistycznym sprzęcie, który ma służyć konkretnym celom, to niestety są to już grube tysiące złotych.

Za mną w ogóle przez wiele lat ciągnął się pewien kompleks. Urodziłem się i wychowywałem na warszawskiej Pradze, gdzie nigdy szczególnie się nie przelewało i zawsze miałem wielki szacunek do pieniędzy, zwłaszcza tak wielkich, o których wtedy nie mogłem nawet myśleć. Koncepcja poproszenia kogoś o taką kwotę wydawała mi się wręcz szokująca, bo wiedziałem, że są często większe i ważniejsze wydatki, niż to, żeby ktoś mógł sobie patrzeć w gwiazdy. Ale rzeczywiście byłem wtedy postawiony pod ścianą. Robiłem już przez jakiś czas coś, co miało wypracowaną pewną renomę. Realizowałem w ten sposób swoją pasję, nie robiłem tego w celach zarobkowych, ale pracowałem na pożyczonym sprzęcie - tak długo, jak mogłem to robić. W pewnym momencie pojawił się opór, a związku z tym - potrzeba zakupu takiego aparatu albo wizja zaprzestania projektu.

Jako że koncepcja proszenia o całość na taki cel wydawała mi się totalnie szalona, kilka osób namawiało mnie, żebym zebrał chociaż połowę tej sumy. No i w tym kierunku poszedłem. Wtedy okazało się, że wokół tego, co robiłem, drzemała taka siła, że całą kwotę udało się zebrać w zaledwie parę godzin, a wkrótce później została podwojona.

BANKIER NA WEEKEND:

Polecamy inne testy z wydania weekendowego:

Potem wydarzyła się jeszcze rzecz totalnie nieoczekiwana, mianowicie ludzie drzwiami i oknami walili do producenta tego aparatu, mówiąc: "Zobaczcie, ten gość robi coś fajnego z waszym sprzętem i na niego zbiera. Może mu pomożecie." I okazało się, że firma Sony, z którą do dzisiaj bardzo się przyjaźnimy i współpracujemy, sprezentowała mi ten aparat, a kwotę, którą wtedy zebrałem, mogłem przeznaczyć na rozwój swojego projektu.

To był punkt zwrotny, który pozwolił mi uwierzyć nie tylko w samą ideę projektu popularyzującego astronomię, ale też w to, że mogę po prostu pozwolić sobie wejść w to na całego i jeśli będzie taka potrzeba, to znajdą się pieniądze niezbędne do życia.

Malwina Wrotniak: Przypuszczałeś, że to dopiero pierwszy z iluś razów, kiedy może trzeba będzie wyciągnąć ręce po pieniądze?

Karol Wójcicki: Jestem ze szkoły, która mówi, że nie ma darmowych obiadów i wierzę, że na różne rzeczy trzeba sobie po prostu zapracować. Wtedy to była sytuacja wyjątkowa - wyszedłem z założenia, że to pierwszy i ostatni raz.

Co ciekawe, później rzeczywistość, mam na myśli pandemię, pokazała, że te plany trzeba trochę zweryfikować. Wtedy wszyscy znaleźliśmy się w depresji. Spora część w sytuacjach finansowych, o których nie sądziliśmy, że kiedyś nam się przytrafią. Ten okres był dla mnie bardzo ważną lekcją dotyczącą oszczędności, które dobrze mieć na wypadek zdarzeń, o których może i nam się nie śniło, ale świat pokazał, że mogą się zdarzyć.

Malwina Wrotniak: Wrócimy do tego za moment. Kto chce dziś płacić za edukację?

Karol Wójcicki: Z jednej strony instytucje publiczne - biblioteki, domy kultury, gminy, które tym wszystkim zarządzają, prowadzą programy przybliżające naukę. Druga grupa - i przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło, ale naturalnie bardzo cieszy - to coraz więcej prywatnych firm, które sięgają po współpracę z osobami zajmującymi się popularyzacją nauki. Bo na przykład na imprezach firmowych już trochę przejadły się koncerty supergwiazd czy występy mówców motywacyjnych, a okazało się, że różne popularnonaukowe historie pozwalają doświadczyć czegoś zupełnie innego. W ostatnich latach coraz częściej zdarza mi się pracować również z taką publicznością - z klientami biznesowymi, z korporacjami, które po prostu chcą spróbować czegoś nowego.

Zdarzają się też współprace z markami, choć na pewno nie mogę powiedzieć, że współpracuję z nimi na takim poziomie, jak prawdziwi tak zwani influencerzy, którzy robią rzeczy zapewniające im wielką rozpoznawalność, mają masę wyświetleń na Instagramie, Facebooku czy w innych  mediach społecznościowych, i później to monetyzują. Ja mam poczucie i nie wiem, czy teraz nie ucinam gałęzi, na której siedzę, że w moim przypadku często wcale nie chodzi o liczbę wyświetleń, które miałyby się pojawić - chociaż oczywiście często na tym zależy klientom - ale o merytoryczny kontekst, o pokazanie produktu w jakimś takim popularnonaukowym garażu, z korzyścią dla moich odbiorców. Zawsze staram się tak to robić, choć to nie zawsze jest całkowicie możliwe, ale też nie każdemu na tym zależy.

Malwina Wrotniak: Ile my już faktycznie wiemy na temat tego jak pracuje bloger czy youtuber? Kiedy idziesz do okienka w urzędzie skarbowym albo do księgowej masz poczucie, że jesteś…

Karol Wójcicki: …jak UFO na naszej planecie. Trochę tak się czuję. Ostatnio nawet miałem takie wyzwanie, że musiałem zrewidować swoje wpisy PKD dla działalności gospodarczej. Stawałem na głowie, żeby nie tylko zrozumieć, do czego odnoszą się proponowane przez ustawodawcę opisy działalności, ale też, żeby sensownie dobrać je do tego, czym ja się zajmuję.

To jest dziwne, bo praca popularyzatora nauki stoi w rozkroku pomiędzy edukacją a rozrywką. I jak się okazuje, z formalnego punktu widzenia, jednak bardziej jest rozrywką niż edukacją. Więc trochę mi z tym dziwnie, aczkolwiek moja księgowa akurat mnie śledzi w social mediach, więc dobrze wie kim jestem i czym się zajmuję. (śmiech)

Malwina Wrotniak: O czyją uwagę chcesz teraz przede wszystkim zabiegać? Bo chyba jednak nie wspomnianego urzędnika z okienka?

Karol Wójcicki: Nigdy szczególnie nie zastanawiałem się do kogo kieruję wprost te słowa, które na przykład wypowiadam podczas transmisji live. Staram się robić rzeczy, które robię, w sposób totalnie naturalny... Trochę bardziej wyluzowany, niż pozwoliłbym sobie w jakiejś oficjalnej komunikacji.

Kiedyś zdałem sobie sprawę, że to jest chyba klucz do sukcesu. Opowiadać komuś o treściach popularnonaukowych można na bardzo wiele różnych sposobów. Wybrałem drogę dzielenia się swoim entuzjazmem, bo te rzeczy naprawdę sprawiają mi mnóstwo frajdy. Kiedy widzę widok rozgwieżdżonego nieba i mogę zrobić jakieś piękne zdjęcie, to absolutnie eksploduję, jeśli tego komuś nie pokażę.

Na początku byłaś uprzejma przedstawić mnie jako człowieka, który gapi się w gwiazdy. Ale zabrakło tam drugiego sformułowania – to całe gapienie się w gwiazdy pewnie nie miałoby u mnie takiego sensu, gdybym nie mógł o tym wszystkim opowiadać innym. To jest dla mnie naprawdę szalenie ważne. To, że mogę się tym dzielić w sposób nieskrępowany w moich social mediach. I nikt nie powie mi: Karol, to jest chyba trochę zbyt luźne, to chyba zbyt duże uproszczenie - a tak się zdarzało w przeszłości, w różnych miejscach. To pozwala mi być może trafiać do wszystkich tych, którzy takiej treści szukają. Kim oni są? Trudno powiedzieć. To w dużym stopniu na pewno są młodzi ludzie, ale nie tylko. Ja to cały czas odkrywam, co sprawia, że gdy budzę się rano, myślę sobie: zróbmy dzisiaj coś fajnego, może to też do kogoś dotrze.

Dużym też zaskoczeniem było dla mnie to, gdy w ubiegłym roku podczas jednego ze spotkań dowiedziałem się o tym, jaki wpływ moja działalność miała na osoby, które były w izolacji z powodu pandemii. Kiedy nastąpił lockdown i zamknęliśmy się w domach pełni niepewności o przyszłość, wiele osób odnajdywało totalny spokój w tym, że po całym dniu tego szaleństwa odłączyło się od mediów czy pracy i szło gapić się ze mną w gwiazdy. Nawet jeśli to ja siedziałem przy teleskopie na zewnątrz, a oni mogli co najwyżej na kanapie, przed smartfonem, komputerem czy telewizorem śledzić obraz mojego teleskopu na żywo.

Malwina Wrotniak: Ile trzeba zapłacić, że polować z tobą na zorze polarne?

Karol Wójcicki: Wydaje mi się, że dużo, niestety. Z wielu różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że kierunki skandynawskie po prostu są drogie, co ma odzwierciedlenie w kosztach takich wypraw. A mówiąc całkowicie wprost: wyjazd do Islandii czy Norwegii to koszt rzędu 6-7 tys. złotych za około 5 dni. Ja uważam, że to jest sporo, ale wiem, że dla niektórych to wcale nie jest wygórowana kwota.

Aczkolwiek zawsze podkreślam, że to są wyjazdy dosyć specjalistyczne. Jak już powiedziałem, ja się najlepiej znam na gwiazdach i obserwacjach nieba. To, co mogę dać z siebie na tych wyjazdach, to widok najfajniejszych zórz polarnych i mnóstwo merytorycznej wiedzy na ich temat, co wprost przekłada się na sukces takiego „polowania”. Zawsze powtarzam - jadę tam właśnie po to. Jadę obserwować to, co kocham na niebie najbardziej. I jadę robić to tak, jakbym robił to dla siebie. Inni mogą mi w tym towarzyszyć, co jest dla nich niejako gwarancją najlepszej jakości wyjazdu na zorzę.

Malwina Wrotniak: Jest na rynku klient na taki produkt?

Karol Wójcicki: Oczywiście są ludzie, którzy mogą sobie na taki wyjazd pozwolić, po prostu wyciągając taką kasę z portfela. Ale zdecydowana większość ludzi, z którymi ja mam do czynienia, przynajmniej mam takie poczucie, to ludzie, którzy potrzebują na taki wyjazd odkładać przez parę czy paręnaście miesięcy. Dla niektórych jest to prezent od rodziców (na przykład na osiemnastkę) albo od współmałżonka na okrągłe urodziny. Dla niektórych to ma być po prostu wyprawa życia.

Kiedyś się trochę o to bałem, czy taka cena nie będzie kogoś odstraszała, bo ja sam pewnie zastanowiłbym się trzy razy. Staram się na bieżąco pokazywać w social mediach, z czym mierzymy się podczas takich wyjazdów. Jaka to jest frajda, mimo że - na Boga, spójrzmy na to uczciwie - jedziemy w mróz, w ciemność, w zimę, często jeszcze większą zimę niż ta, z której wyjeżdżamy. Ludzie płacą za to, żeby przez sześć godzin stać w temperaturze minus 20 stopni na zewnątrz i wypatrywać czegoś w ciemności. Zawsze podkreślam, że moje wyjazdy różnią się od wszystkich innych, gdzie zorze polarne bywają dodatkiem do większej całości, co więcej obserwowane z rejonów podmiejskich, które odbierają im masę uroku. U mnie one są zdecydowanie daniem głównym!

Malwina Wrotniak: A twoje dotychczasowe największe finansowe szaleństwo? Inwestycja, kosz, o którym się nie mówi, a przecież na pewno pojawia się przy pracy w astronomii?

Karol Wójcicki: W astronomii jest takie powiedzenie, które pewnie spokojnie można ekstrapolować na wiele różnych innych pasji, że jeśli zainteresujesz swoje dziecko astrofotografią i fotografowaniem nieba, to ono nigdy nie będzie miało pieniędzy na narkotyki i alkohol. (śmiech)

Zabawa w astronomię może sporo kosztować, ale nie musi. Rzeczywiście, jeśli po prostu chcemy zacząć swoją przygodę z nią, może to być totalnie darmowe i nie musimy wydawać pieniędzy na żaden sprzęt. W ogóle odciągam wszystkich od pomysłu kupna teleskopu, który potrafi być bardzo drogi, a bez odpowiedniej wiedzy może być równocześnie całkowicie bezużyteczny.

Natomiast jeśli już w tym hobby od dłuższego czasu jesteśmy, inwestujemy w różne sprzęty. No i one trochę kosztują. Wielki teleskop do obserwacji wizualnych, który wykorzystuję na pokazach nieba, to koszt rzędu 20 tys. złotych. Zestaw do astrofotografii, który wykorzystywałem przez pewien czas właśnie do robienia zdjęć, to – gdyby policzyć wszystko, teleskop, montaż, kamerę, cały sprzęt dodatkowy - pewnie też dałoby jakieś 30-35 tysięcy złotych.

Kosztują też wyprawy same w sobie. Owszem, dzisiaj jeżdżę pokazywać zorzę polarną z klientami, więc już za to nie płacę, a jednocześnie też na tym zarabiam. Ale wcześniej bardzo dużo tych pieniędzy zainwestowałem. Każdy wyjazd, który pozwalał mi zdobyć doświadczenie, znaleźć najlepsze miejsca do obserwacji tego zjawiska w Islandii, Norwegii czy Finlandii, a których odbyłem w swoim życiu całkiem sporo, kosztował co najmniej kilka tysięcy złotych.

Wyprawy na zaćmienia Słońca to jest w ogóle jakieś szaleństwo, bo często musimy polecieć na drugi koniec świata, gdzie w innych okolicznościach pewnie szybko bym się nie znalazł. Tak jak na przykład w 2019 roku do Chile. Wcale nie leciałem tam, gdzie chciałem. W przypadku zaćmienia Słońca lecimy tam, gdzie musimy polecieć i niezależnie, czy to jest sezon, czy nie, czy są dostępne miejsca noclegowe i tanie bilety lotnicze. Po prostu musimy znaleźć się w konkretnie wyliczonym miejscu i czasie. Nawet jeśli to zjawisko trwa dosłownie 2 minuty i 15 sekund, to jestem w stanie wydać wszystkie pieniądze, jakie są na to potrzebne. Bo to jest po prostu jeden z najbardziej… poprawka - to jest najbardziej niesamowity widok, jaki w ogóle można zobaczyć na naszym niebie.

Tak więc czeka mnie niedługo kolejna tego typu inwestycja, bo w kwietniu przyszłego roku całkowite zaćmienie Słońca będzie widoczne w Australii. I pewnie tej Australii jeszcze nie pozwolę sobie zwiedzić tak, jak bym tego chciał, tylko polecę tam, gdzie będzie zaćmienie, zobaczę je, wsiądę w samolot i wrócę do domu.

Malwina Wrotniak: Mówisz: ja, ja ja. Ile osób stoi dziś za marką osobistą Karola Wójcickiego?

Karol Wójcicki: Mówię tak nie bez powodu, bo tu nikogo innego nie ma. Jestem jednoosobową orkiestrą. Mam co prawda panią księgową, bo nigdy nie byłem w te rzeczy dobry. I to wszystko. Czasem marzy mi się wsparcie jakiegoś asystenta, który przypilnowałby lawiny maili, gdy ja chwilowo jestem na lodowcu lub uganiam się za zorzami, ale z drugiej strony wiem, jak ciężko mi dzielić się obowiązkami z innymi. Czuję, że więcej czasu traciłbym na wytłumaczeniu komuś czego potrzebuję, niż na ogarnięciu tego samemu.

Malwina Wrotniak: Pomaga ci Elon Musk i jego kosmiczne poczynania? Astronomia sama w sobie nie wydaje się najwdzięczniejsza do tego, żeby zainteresować nią tłumy.

Karol Wójcicki: Powiedzmy sobie szczerze, że Elon Musk jest z nami w takiej bardzo spektakularnej i widocznej formie od niedawna. Natomiast astronomią i jej popularyzacją sam zajmuje się zdecydowanie dłużej i radziłem sobie bez jego kosmicznych fajerwerków.  Przyznam nawet, że w erze przed-elonowej tematy astronomicznej łatwiej było promować, szczególnie w mediach. Ale to się skończyło…

Mam wrażenie, że jest to podyktowane problemami politycznymi. Po 2015 roku w naszym kraju okazało się, że poziom dyskusji politycznej i emocji, które jej towarzyszą urósł do takiego stopnia, że w mediach zaczęło brakować miejsca na popularnonaukowe spotkania i rozmowy. Doskonale pamiętam czas, kiedy zdarzało mi się trzykrotnie w tygodniu bywać z jakimiś ciekawostkami w telewizji informacyjnej i w programach porannych. To się nagle skończyło. I nie tylko w jednej telewizji, ale po prostu we wszystkich, bo nagle klimat całego przekazu stał się dużo bardziej polityczny. Internet poniekąd okazał się kołem ratunkowym, gdzie dalej można było te treści przemycać.

A wracając do Muska, ze swoimi kosmicznymi osiągnięciami, które - co warto zaznaczyć - nie wszystkim się podobają, rzeczywiście wyciągnął masę ludzi pod niebo. Chociażby sformowanie przez niego na kilka dni na niebie nowego rodzaju zjawiska astronomicznego, jakim jest kosmiczny pociąg, czyli seria satelitów Starlink lecących przez niebo - to zachęca masę ludzi do spoglądania nocą do góry.

Elon Musk robi wiele niezwykłych rzeczy. Z pewnością odmienia branżę lotów kosmicznych, proponując nowe rozwiązania technologiczne i otwierając przed nami zupełnie nową perspektywę nieodległych w czasie wypraw w kierunku Marsa. To wszystko stało się możliwe między innymi przez nietypowe podejście do budowania i testowania rakiet kosmicznych. Elon Musk buduje rakietę, która jest niedoskonała. W międzyczasie organizuje 10 testowych startów tej rakiety, w których ona eksploduje i nigdy nie dolatuje do celu. Ale ta agresywna polityka testowa przynosi efekty. Dzisiaj Falcon 9, który wielokrotnie wybuchał w przeszłości, jest już pozbawiony wielu problemów. I jest najczęściej latającą rakietą kosmiczną świata, która obniżyła wielokrotnie koszty lotów kosmicznych, otwierając zupełnie nową drogę dla podboju kosmosu. Elon Musk zrobił wiele dobrego, ale czy należy mu przypisać wszystkie zasługi dotyczące zwrócenia uwagi ludzi w stronę nieba, to tego bym nie powiedział.

Malwina Wrotniak: Astronomia nauczyła cię czegoś o ekonomii?

Karol Wójcicki: Może nie tyle ona sama, co doświadczenie ostatnich lat. Ważną lekcją po pandemii jest to, że trzeba mieć oszczędności. Nie dbać o nie to była naprawdę jedna z dużych głupot mojego życia i bardzo się cieszę, że jednak wyszedłem z tego cało dzięki wsparciu ludzi, śledzących mój profil. To oni - społeczność „Z głową w gwiazdach” - wyciągnęli do mnie pomocną dłoń, gdy z dnia na dzień z horyzontu zniknęły mi wszystkie  planowane wykłady, pokazy nieba czy wyprawy na daleką północ.

Wielu twórców, również tych zajmujących się treściami popularnonaukowymi, zaczęło organizować płatne spotkania online i OK, bo na to też, jak widzę, jest zapotrzebowanie. Ja natomiast trzymałem się koncepcji, że za to, co robię w internecie, nie trzeba płacić. A ci, którzy chcą i uważają, że warto, mogą wesprzeć tę działalność w serwisie Patronite. Dzięki środkom stamtąd, mogę finansować techniczną stronę projektu, czasami zakupić jakiś teleskop, opłacić kosmiczny internet Elona Muska i zapewnić rozdział wydatków domowych od tych związanych z pasją.

A czego jeszcze nauczyło mnie prowadzenie tej działalności? Z pewnością tego, że w styczniu się nie pracuje. (śmiech) W styczniu nikt nigdy nie ma pieniędzy na wydawanie i wszyscy dopiero planują budżety na kolejne miesiące. Dobrze jest więc przygotować się na to, że po Nowym Roku mamy dużo wolnego i tę pracę trzeba wykonywać na inne sposoby.

Malwina Wrotniak: Samymi gwiazdami nie smaruje się chleba. Inwestujesz?

Karol Wójcicki: Chyba dopiero do tego dojrzewam, bo temat szalejącej inflacji coraz częściej pojawia mi się w głowie, a będąc w świecie finansów zaledwie od kilkunastu lat, z takim jej poziomem jeszcze się nie mierzyłem. Dla ludzi mojego pokolenia to jest coś nowego, o czym wcześniej mogliśmy poczytać w podręcznikach historii. Jestem teraz na tym etapie, że zastanawiam się też jak uwzględnić tę problematykę w mojej działalności. Jak to się przełoży na biznes związany z wyjazdami? Czy ludzie będą mieli pieniądze na takie wyprawy, gdy muszą się zastanawiać teraz, czy będą mieli z czego opłacić kredyt hipoteczny? No i jakie będzie podejście w sektorze finansów publicznych, którego podmioty często finansują tego typu spotkania i wykłady popularnonaukowe? Czy dalej będą środki na to, żeby takie rzeczy robić?

Malwina Wrotniak: Zacząłeś odpowiadać sobie na te pytania?

Karol Wójcicki: Na pewno już próbuję czegoś nowego. Zdecydowałem, że moja działalność nie może polegać tylko na tym, że ktoś przyjdzie do mnie lub nie. Staram się inwestować w rozwiązania biznesowe, które pozwolą mi w przyszłości czerpać profity niezależnie od tego, co ja sam będę robił. Liczę na to, że inni będą robili dla mnie. Publicznie i otwarcie nie mogę jeszcze powiedzieć dokładnie, co robię, ale pracuję nad projektem, który pewnie w czerwcu ujrzy światło dzienne, a jest związany z podróżami, więc pewnie można się dużo domyślić. Pracowałem nad tym przez ostatnie miesiące, mając nadzieję, że w przyszłości to będzie pewne zabezpieczenie.

I marzy mi się jeszcze jedna rzecz - własne obserwatorium astronomiczne. Nie takie, które wyciągam z salonu czy z garażu do ogródka, jak każdy miłośnik astronomii w tym kraju, tylko taki niewielki budynek, w którym mam całkiem profesjonalny teleskop podłączony na stałe do internetu, gdzie mam swoje miejsce pracy i gdzie mogę nadawać ludziom relacje każdej pogodnej nocy, bez wkładania w to za każdym razem masy pracy. Z wielką zazdrością patrzę na różnego rodzaju inwestycje publiczne w naszym kraju, gdzie często wydaje się miliony złotych na to, żeby postawić gdzieś takie obserwatorium astronomiczne, bo ktoś sobie tak wymyślił. W 90 proc. przypadków te miejsca, które miały służyć popularyzacji nauki, stoją później puste, bo nie ma komu się nimi zajmować.

Jako zwykły przedsiębiorca niestety nie mogę liczyć na tak łaskawe finansowania mojego „widzimisię”. Zawsze wychodziłem z założenia, że mogę wydawać tylko te pieniądze, które sam zarobię, bo zbiórki crowdfundingowe czy na Patronite wciąż nie są na takim poziomie, żebym od ręki mógł pozwolić sobie na inwestycję w obserwatorium za pół miliona złotych. Ale kto wie! Jeśli doświadczenia z badania kosmosu mogłyby podpowiedzieć coś o świecie finansów, to z pewnością to, że dużo jeszcze przede mną do odkrycia. Więc nie tracę nadziei i szykuję się na kolejną noc pod gwiazdami.

Źródło:
Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak
redaktor naczelna Bankier.pl

Redaktor naczelna Bankier.pl. Autorka wielu publikacji z zakresu finansów, ukazujących się na łamach serwisu od 2008 roku. W przeszłości dziennikarz specjalizujący się w tematyce ubezpieczeń, doceniona Nagrodą Polskiej Izby Ubezpieczeń dla Środowiska Dziennikarskiego. Autorka emigracyjnych projektów "Tam mieszkam" i "Zawróceni", uhonorowana Nagrodą im. Macieja Płażyńskiego dla dziennikarzy i mediów służących Polonii. W 2016 r. wydała książkę "Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą". Absolwentka studiów doktoranckich na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Tematy

Najlepsze konta dla zwolenników nowoczesnych rozwiązań

Komentarze (2)

dodaj komentarz
jko55
wspaniała pasja - ale na miły bog- czy trzeba leciec do australii zeby zobaczyc zaćmienie?
jeśli robi to jedna osoba to pal szesc ale gdyby chciało polecieć 100tys ludzi ?
nasza planeta ledwo zipie i nie wytrzyma takich absurdów które duuużo kosztuja nasz klimat
a jeśli chciałoby poleciec milion ludzi ??
mam ciarki
wspaniała pasja - ale na miły bog- czy trzeba leciec do australii zeby zobaczyc zaćmienie?
jeśli robi to jedna osoba to pal szesc ale gdyby chciało polecieć 100tys ludzi ?
nasza planeta ledwo zipie i nie wytrzyma takich absurdów które duuużo kosztuja nasz klimat
a jeśli chciałoby poleciec milion ludzi ??
mam ciarki jak pomysle o mozliwych szkodach
innowierca
widze ze kolega tez eco- frico i niedlugo juz nie bedziemy mogli na wakacje po leciec. "Nasza planeta ledwo zipie"??? - az tak?? dopiero co mielismy probe Eco-Covid gdzie rzady szybko zalapaly, ze stan pandemiczny daje im wladze prawie absolutna, a jak wiemy politycy balowali i jezdzili na narty i wielu wpadlo oficjalnie,widze ze kolega tez eco- frico i niedlugo juz nie bedziemy mogli na wakacje po leciec. "Nasza planeta ledwo zipie"??? - az tak?? dopiero co mielismy probe Eco-Covid gdzie rzady szybko zalapaly, ze stan pandemiczny daje im wladze prawie absolutna, a jak wiemy politycy balowali i jezdzili na narty i wielu wpadlo oficjalnie, choc prawie wszyscy wirusa olewali.

Powiązane: Popkultura i pieniądze

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki