Całe życie przede mną – tak odpowiadał w ostatnich dniach prezesowania giełdzie Wiesław Rozłucki, zapytany o dalsze plany. Dzisiaj już wie, że oznacza to jeszcze mniej wolnego czasu i pracowite, ale jednak, odcinanie kuponów. Bo chyba tylko o nim Tony Reczek z PricewaterhouseCoopers mógł przed kilkoma laty powiedzieć: „Mister Polish Capital Market”, zapowiadając wystąpienie na jednej z konferencji.
Nic zatem dziwnego, że gdy Rozłucki opuścił fotel prezesa giełdy, upomniała się o niego polska nauka. Konkretnie Olympus Szkoła Wyższa im. Romualda Kudlińskiego. Uczelnia, którą kieruje rektor Jerzy Kleer, zdołała również namówić do współpracy w charakterze wykładowcy Jacka Sochę.
– Właśnie rozpocząłem wykłady z budowy polskiego rynku kapitałowego: instytucje, mechanizmy, aktorzy – mówi Rozłucki. – Kontrakt jest na trzy lata, z możliwością przedłużenia. W tym czasie mam opowiadać studentom, jak się rozwijała nasza giełda. Niewątpliwie brakuje bowiem opracowań książkowych, które mówiłyby, czy sprawdziły się przyjęte na początku założenia i jak to wyglądało od kulis.
Jak sam zaznacza, nie będą to zajęcia pełne statystyk czy historii rynku – to może przekazać każdy magister. Młodzież chce się przede wszystkim dowiedzieć, dlaczego przyjęto te, a nie inne rozwiązania i jakie były tego powody.
– Nie chwaląc się, takie rzeczy wie w Polsce tylko kilka osób, w tym ja – przypomina Rozłucki.
Mimo że ma już tytuł doktora (geografia ekonomiczna), będą to pierwsze w jego życiu wykłady stricte akademickie. Bynajmniej nie czuje jednak tremy – w końcu ma za sobą setki wystąpień publicznych. Zajęcia na uczelni, jako tzw. visiting professor, zbyt wiele czasu mu nie zajmą – tylko parę godzin tygodniowo. Co prawda, opłacanych kilka razy lepiej niż etatowym wykładowcom, ale… to i tak stawki odbiegające od dochodów menedżerów. To tłumaczy, dlaczego teraz Rozłucki zajął się własną działalnością gospodarczą.
– Prowadzę jednoosobową firmę konsultingową i mam kilku prestiżowych klientów – mówi.
Jak twierdzi, nie dlatego, że inaczej nie miałby co robić. Przeciwnie – propozycje, choć nie od razu, ale zaczęły napływać. Teraz już ponoć jest ich tak dużo, że sam nie jest w stanie im sprostać.
A proponowano mu głównie nadzorowanie, co zaowocowało wejściem do rady Orlenu, która jego zdaniem coraz bardziej przypomina anglosaski model jednolitego boardu (rady wykonawczej). Inne nowe intratne stanowisko to miejsce w radzie Telekomunikacji Polskiej. By je zająć i uniknąć konfliktu interesów, musiał jednak zrezygnować z rozpoczętej już współpracy z Ernst & Young. Firma, którą w Polsce kieruje Duleep Aluwihare, jest bowiem jednocześnie audytorem TP.
Nowe zadania w życiu codziennym zmieniły tyle, że teraz sam musi wykonywać proste czynności, w których kiedyś wyręczał go choćby sekretariat. To minus samodzielnej działalności, lecz – tak twierdzi – plusy przeważają. Mówi tak, mimo że brak czasu wolnego nie pozwolił mu nawet na wyjazd na wakacje. Chociaż było to związane głównie ze sprawami prywatnymi (przeprowadzka), i tak nie spodziewał się, że w rezultacie nie będzie miał urlopu. Zwłaszcza że część swego czasu poświęca na tak zwaną działalność misyjną, jak na przykład przekonywanie (wraz z Jarosławem Dąbrowskim, prezesem DnB Nord) do przestrzegania zasad corporate governance, w ramach spotkań, nad którymi patronat medialny objęła redakcja Manager Magazin.
– Jeżeli w tym natłoku okaże się, że nie będę miał czasu na wyjazd na narty, to ja chcę wrócić na giełdę – żartuje.
A już poważnie, pytany o GPW, przyznaje, że sentyment pozostał, lecz rozsądek podpowiada, by się wziąć do czegoś nowego. O rozkręceniu na całego własnej firmy doradczej raczej nie marzy. To wymagałoby zatrudniania pracowników i większego ryzyka. A przecież i teraz na finanse nie narzeka.
– Zarabiam dzisiaj o wiele lepiej niż w zarządzie giełdy – wyjawia. – Na pewno zatem czynnik finansowy nie zmusi mnie do robienia czegoś więcej. Przynajmniej nie tak szybko...
Adam Mielczarek
























































