

Minister finansów niedawno pochwalił się, że „przyszły rok będzie kolejnym rokiem najniższych wydatków publicznych w stosunku do PKB w historii 25-lecia Polski”. Tyle że obciążenie podatkami w Polsce należy do jednych z najwyższych na świecie.
Faktycznie istnieje spora szansa, że w roku 2014 udział podatków w produkcie krajowym brutto Polski osiągnie najniższą wartość po roku 1995. Według metodyki Eurostatu oznaczałoby to spadek „opodatkowania PKB” w okolice 37% - czyli mniej niż w latach 2004 i 2009.
Idę o zakład, że od razu ukażą się artykuły i wypowiedzi zachwalające Polskę jako „kraj niskich podatków”. Że w Unii Europejskiej tylko w sześciu krajach udział podatków w PKB jest niższy niż w Polsce. I że nasze 37% to wynik niższy od unijnej średniej na poziomie 45,7%.
Tyle że Unia Europejska to kraina najwyższego fiskalizmu na świecie. W rankingu Heritage Foundation 14 na 20 najbardziej opodatkowanych krajów to państwa unijne. Więc porównywanie opodatkowania na obszarze UE przypomina poszukiwanie najmniej chorego na oddziale zakaźnym.
Światowy „standard” to 20%
Jeśli ktoś uważa 40-procentowy udział podatków w PKB za rzecz „normalną”, powinien nieco dalej sięgnąć wzrokiem. Heritage Foundation prowadzący ranking wolności gospodarczej bierze pod uwagę m. in. relację wpływów podatkowych do PKB, choć metodyka obliczania tego wskaźnika nieco różni się od standardów Eurostatu. I to na korzyść dla europejskich rządów, bo wyniki prezentowane przez amerykańską fundację są na ogół niższe, niż podaje unijne biuro statystyczne.
Według Heritage Foundation relacja podatków do PKB w Polsce wynosi 31,7%, co plasuje nasz kraj obok Nowej Zelandii i Seszeli. Czyli towarzystwo całkiem niezłe, gdyby nie fakt, że to 150. (!) pozycja na 181 badanych krajów. Większe brzemię podatkowe odczuwają mieszkańcy tylko 31 krajów, czyli 17% ogółu.
Wysokie podatki tworzą bogactwo?
Zwolennicy wysokich podatków od razu podniosą raban, że niskie podatki istnieją tylko w krajach bardzo biednych, albo zasobnych w ropę naftową. I że największe obciążenie daninami publicznymi obserwujemy w krajach najbogatszych: Danii, Szwecji, Francji czy Norwegii. To prawda, tylko że statystyczna korelacja nie jest tożsama z zależnością przyczynowo-skutkową. Nie da się bowiem udowodnić, że wysokie podatki nakręcają wzrost gospodarczy i prowadzą do bogacenia się narodów.
W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót: wysokie podatki hamują wzrost dobrobytu, czego najlepszym dowodem jest właśnie bogata Europa Zachodnia i Północna, która od dwóch dekad tkwi w stagnacji. Za to nisko opodatkowane biedne kraje w ostatnich dwóch dekadach dokonały bezprecedensowego skoku gospodarczego, co wyciągnęło ze skrajnej nędzy setki milionów ludzi. Choć są oni wciąż znacznie biedniejsi od mocno opodatkowanego Europejczyka, to za 50 lat sytuacja może wyglądać zupełnie inaczej.
Jeśli Polska chce dołączyć do grona bogatych narodów, powinna podążać w kierunku niższych podatków i nie wstydzić się nowego towarzystwa. W przeciwnym razie w najlepszym wypadku skończymy jak Grecja i Portugalia: z „europejskimi” (czytaj: bardzo wysokimi) podatkami, ale bez europejskiego bogactwa, za to z rosnącą emigracją. Pytanie tylko o kierunek tej emigracji: za pół wieku mogą to nie być Niemcy czy Anglia, tylko np. Meksyk i Tajlandia.
Krzysztof Kolany
























































