Polka w City: O powrotach mówi się coraz częściej [Tam mieszkam]

zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl

Sporo moich znajomych wraca do Polski - mówi pracująca w finansowej dzielnicy Londynu Aneta Buchert. Dla wielu osób, które przyjechały tu zaraz po 2004 roku, to ostatni dzwonek na podjęcie decyzji o wyjeździe. Po ponad 10 latach za granicą grozi im zasiedzenie. 

Zjeżdżali się do City z całego świata, żeby spełniać marzenia o pracy w bankowości najwyższego szczebla, przy wielkich transakcjach, u boku najlepszych w tej dziedzinie. Po tym, jak Brytyjczycy zdecydowali o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, wielu z nich zadaje sobie pytanie czy wracać do swojego kraju. Nie dlatego, że się poddali, ale dlatego, że stoją przed ważnym zawodowym dylematem: być dużą rybą w małym stawie czy płotką w oceanie.

O codzienności w londyńskim City i powrotach z emigracji, do przemyślenia których zmusza Brexit w ramach #TamMieszkam rozmawiamy z Polką Anetą Buchert, która w Londynie mieszka od blisko 10 lat, pracując tam dla największych banków.

Aneta Buchert - Polka w Londynie, fot. archiwum prywatne
Aneta Buchert - Polka w Londynie, fot. archiwum prywatne

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Co się działo w City, kiedy wybuchł kryzys?

Aneta Buchert: To był niesamowicie ciekawy czas. Szczególnie dla osób pracujących na rynkach kapitałowych, jak ja. Byliśmy wtedy w samym środku wydarzeń bez precedensu i było widać, że wszyscy - zarówno osoba, która dopiero zaczęła pracę, jak i ta, która pracowała w City od 30 lat - nagle uczą się wszystkiego od nowa. Dlatego, że reguły, które dotąd były uznawane za standard, przestają obowiązywać. Siedzieliśmy wtedy niejako w pierwszym rzędzie, oglądając, jak tworzy się historia. Pamiętam słowa jednego z moich bardzo doświadczonych szefów o tym, że spodziewamy się, że upadnie jeden z banków – jeszcze przed tym, kiedy ktokolwiek zaczął mieć kłopoty. Niedowierzanie, że bank może upaść, było wtedy ogromne. Tymczasem urzeczywistniło się to już kilka miesięcy później.

Pamiętam też towarzyszące nam poczucie, że ten kryzys nie jest tylko teoretyczny, ale że dotyka sektora w którym pracujemy, a więc i naszej przyszłości. Przez to przejmowaliśmy się nim bardziej niż gdybyśmy nie mieli do czynienia z tym światem. Tutaj bankowością żyje się przecież po 24 godziny na dobę.

Kryzys był dla mnie też bardzo cennym doświadczeniem, bardzo wcześnie nauczył mnie kwestionować założenia, które są przyjmowane jako pewnik.

Do City nie trafia się przypadkiem. Podobno pani chciała tego od dawna.

Zawsze interesowałam się rynkami kapitałowymi i gospodarką -  City było zdecydowanie najlepszym miejscem do wykonywania takiej pracy. Wszyscy moi koledzy na studiach, którzy chcieli zacząć karierę w bankowości, myśleli właśnie o Londynie. Dla wielu to było spełnienie marzeń.

Dla pani też?

Powiedziałabym, że choć uważam, że sama nie uległam modzie, w czasie, kiedy aplikowałam do pracy w bankowości, uchodziła ona za najatrakcyjniejszy wybór. Umożliwiała styczność ze światem wielkich finansów, który już wcześniej wydawał się wspaniały, ale odległy. Praca nad dużymi transakcjami, które później będą opisywane w „Financial Times” była jak magia.

City to mekka wielu specjalistów z całego świata
City to mekka wielu specjalistów z całego świata (fot. Malwina Wrotniak-Chałada / )

Nie od razu jednak Londyn zastąpił Poznań.

Najpierw wyjechałam za granicę na studia. W ramach programu na francuskiej uczelni spędziłam rok w Paryżu, rok w Berlinie i rok w Londynie. We Francji po raz pierwszy na dobre zetknęłam się z bankowością inwestycyjną i utwierdziłam w przekonaniu, że będę pracować w finansach, a mój następny krok to Londyn.

Pracodawcy docenili tę determinację?

Znalezienie pracy w bankowości inwestycyjnej nie jest łatwe, to bardzo konkurencyjna branża, nawet na poziomie dla absolwentów. Staje się w szranki z najlepszymi ludźmi z całego świata, co wymusza konieczność aplikowania do określonej ilości banków, bardzo dobrego przygotowania i przekonania zarówno o tym, chce się robić, jak i co ma się do zaoferowania.

Biorąc pod uwagę późniejszy tryb pracy, warto?

Ta praca jest ciężka, ale ekscytująca. Oczywiście nie polega wyłącznie na zajmowaniu się porywającymi sprawami. Większość czasu to po prostu żmudne, ciężkie obowiązki. Ale część jest bardzo ciekawa, bo to nauka o finansach w samym centrum finansów. Szczególnie fascynująca na początku, kiedy się ten świat poznaje. Świadomość, że ma się dostęp do tego, co się dzieje w największych międzynarodowych firmach i na rynkach finansowych, wciąga. Będąc w środku tych wydarzeń, doświadcza się ich intensywniej. Po jakimś czasie oczywiście, jak wszystko inne, normalnieje, a niektórych może nawet nudzi.

Wtedy lekką ręką zmienia się miejsce pracy?

Migracje pracowników w City zależą od tego, w jakiej części cyklu się znajdujemy. W czasie dobrej koniunktury ludzie chętniej się przemieszczają i zmieniają pracę, w okresie kryzysowym ta mobilność się zmniejsza. Inaczej niż w Polsce, nikt nie ma tu obaw, że zmiana pracodawcy co 2-3 lata będzie źle widziana w jego życiorysie. Problem leży gdzie indziej – tutaj ludzie dość szybko stają się wyspecjalizowani w danej dziedzinie. Jeśli więc ktoś pracuje w City 10-15 lat, to być może będzie miał opcję zmiany w ramach swojej dziedziny, ale bardzo trudno mu będzie przejść przykładowo z bankowości detalicznej do rynków kapitałowych.

Jak rozumiem, urzeczywistniona w czerwcu wizja Brexitu zapoczątkowała czas ograniczonej mobilności.

Wyniki referendum były gigantycznym szokiem dla City jako miejsca tak bardzo międzynarodowego, gdzie pracują ludzie z całego świata i gdzie mają miejsce operacje istotne dla tak dużej części kontynentu. Prawdopodobnie sądzono, że Wielka Brytania jest nieodłączną częścią Unii Europejskiej i to się nigdy nie zmieni.

Dzisiaj czuć dużą niepewność w związku z tym, jak Brexit będzie przebiegał. Na ile dotknie jedną z głównych stolic finansowych świata, jaki będzie miał wpływ na mieszczący się tu biznes i jakie przełożenie na ilość miejsc pracy.

W Wielkiej Brytanii mieszka kilkaset tysięcy Polaków
W Wielkiej Brytanii mieszka kilkaset tysięcy Polaków (fot. Malwina Wrotniak-Chałada / )

Głośniej niż wcześniej mówi się o powrotach?

Powroty z emigracji to temat, który pojawia się cały czas, a ostatnio jest szczególnie intensywny. Do Polski wraca spora część moich znajomych, a każda kolejna taka decyzja na nowo wywołuje dyskusję na ten temat.

To wyjazdy spowodowane strachem?

Najczęściej słyszy się o względach rodzinnych lub zawodowych. Część osób chce być bliżej rodziny, która została w kraju albo wychować dzieci w Polsce. Inni widzą dla siebie nowe możliwości zawodowe w Polsce i chcą tam kontynuować karierę. A niektórzy po prostu mają dosyć miasta, w którym wszystko jest bardzo drogie, a poziom życia wcale nie taki, jakiego się spodziewali.

Wielu Polaków, tak jak ja, przyjechało do Wielkiej Brytanii zaraz po 2004 roku i myślę, że dla nas to najwyższy czas, żeby zdecydować, czy zostać tu na stałe, czy wracać. Istnieje bowiem ryzyko zasiedzenia się – później wrócić jest jeszcze trudniej.

Niektórzy wracają z bezsilności. W pracy dotknęli już szklanego sufitu i jako imigranci nie są w stanie wspiąć się w korporacyjnych strukturach wyżej.  

W pewnym momencie pobytu na emigracji każdy zastanawia się nad tym, czy kontynuować swoją aktywność zawodową za granicą, czy wracać. Czy – jak mówią Brytyjczycy – chce być dużą rybą w małym stawie, czy płotką w oceanie. W powrocie do Polski kuszące jest to, że zawodowo można mieć większy wpływ na rzeczywistość. Zasięg rynku jest bardziej lokalny, ale przełożenie na otoczenie większe, a możliwości wspięcia się wyżej (zwłaszcza ze zdobytym za granicą doświadczeniem) bardziej realistyczne. Myślę, że dla wielu ludzi ma to duże znaczenie. Na tak gigantycznym rynku jak londyński trudno mieć wpływ na rzeczywistość, o ile nie jest się prezesem jakiejś dużej firmy. Niektórzy jednak wolą tu zostać, bo cenią sobie większy wybór miejsc pracy. Powrót do Polski nie jest więc często aktem poddania się, tylko rozstrzygnięciem konkretnego zawodowego dylematu.

Również takiego, czy pracować na Wyspach za w miarę satysfakcjonujące pieniądze, ale poniżej kwalifikacji, czy próbować rozwijać się w Polsce. Jako kraj cierpimy na „marnotrawstwo mózgów”.

Tak, zgadzam się, że jest to problem. Mamy w Wielkiej Brytanii prawie milion Polaków, z czego niektórzy robią fantastyczne kariery, ale część - mimo ukończonych studiów i dobrego wykształcenia - przyjechała tutaj na przysłowiowy zmywak. Znacznie lepszą sytuacją byłoby, gdyby ci ludzie – inteligentni i pracowici przecież – mogli realizować się w swoich dziedzinach.

Brexit zmusił wiele osób do rozstrzygnięcia dylematu: zostać czy wracać
Brexit zmusił wiele osób do rozstrzygnięcia dylematu: zostać czy wracać (fot. Malwina Wrotniak-Chałada / )

Tymczasem wiele osób decyduje się na podjęcie prostych prac, ponieważ po przyjeździe do Londynu muszą na siebie zarabiać. Koszty życia, a więc i koszty nic nie robienia, są bardzo wysokie. Znalezienie odpowiedniej pracy może natomiast być trudne, jeśli przyjeżdża się bezpośrednio z Polski, bez międzynarodowego przygotowania. Do tego panuje tu inna kultura, więc pewnych wzorców trzeba po prostu zdążyć się nauczyć. W efekcie rzadko kiedy można sobie pozwolić na to, by po przyjeździe szukać pracy tak długo, aż nie znajdzie się tej wymarzonej. Dlatego spora część ludzi podejmuje pracę, którą uda jej się dostać, a później nie ma na tyle wiary w siebie lub motywacji, żeby ją zmienić. Będąc za granicą dobrze byłoby wierzyć, że można się realizować i robić to, co się chce, nawet jeśli nie przychodzi to od razu.

Szybka kalkulacja wysokości pensji tu a tu pewnie pomaga podjąć decyzję.

Tylko że te zarobki bywają złudne. Trzeba pamiętać, że nawet jeśli sumy, które się tu zarabia, wydają się wysokie, to są wydawane na życie w mieście, które jest bardzo drogie. Niesamowicie drogie są nie tylko nieruchomości, ale też na przykład wszystkie usługi związane z dziećmi – edukacja, opieka. Trzeba by zarabiać w Londynie naprawdę dużo, żeby osiągnąć faktycznie wysoki poziom życia. Tymczasem na przykładzie wielu z moich znajomych, którzy pracowali w City i wracają do Polski powiedziałabym nawet, że poziom życia często poprawia się dopiero po powrocie do Polski.

Chodzą słuchy, że pani też porzuca City.

Nie porzucam całkowicie, ale dokonuję sporej zmiany. Właśnie założyłam swój biznes w dziedzinie technologii finansowej, tak zwanego FinTechu. Po 10 latach na etacie w Londynie, zostaję swoim własnym szefem, co jest dla mnie bardzo ekscytujące i mam nadzieję, że rozpocznie zupełnie nowy, interesujący rozdział w moim życiu.

Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl

Aneta Buchert wystąpi na scenie kongresu Impact’16 FinTech/InsurTech 8 grudnia we Wrocławiu. Opowie o innowacjach w finansach, którymi będzie się zajmowała w związku ze swoim nowym zawodowym projektem – Alocca. Bankier.pl jest patronem medialnym wydarzenia.

Malwina Wrotniak

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
2 7 ~Seb

Do wszystkich wystraszonych z powodu powrotów rodaków z emigracji: proszę się nie bać, Ci z prawdziwym doświadczeniem nie będą stanowić zagrożenie gdyż najpewniej będą otwierać własne biznesy, a Ci z 10cio letnim doświadczeniem na wózku widłowych w UK raczej też nie będą chcieli konkurować z miejscowymi magazynierami, żal mi trochę tych ludzi bo będzie im ciężko w pl

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 1 ~mruk

chyba do końca sobie nie zdają sprawy o czym mówią. ale polecam analizy ekspertów na tradebeat na temat polskiej gospodarki.

! Odpowiedz
21 3 ~cap

cwaniakom mowimy nie ma powrotu-teraz tam spijajcie te metna wode co sobie zafundowaliscie

! Odpowiedz
0 7 ~CDN

Dokladnie tu zyje sie z tygodnia na tydzien od wyplaty do wyplaty,jest tak drogo ze nie jestes w stanie nic odlozyc

! Odpowiedz
5 1 ~UK

Ile lat ma ta pani?
Wg zdjęcia raczej w górę niźli w dół.

! Odpowiedz
0 2 ~UK

Tzn ,jest grzechu warta czy nie?

! Odpowiedz
0 0 ~jarek odpowiada ~UK

Bardzo atrakcyjna kobieta, pdooba mi sie.

! Odpowiedz
3 3 ~polok

Nie rozumie - jakie zasiedzenie ?

Artykul na zamowienie i o niczym. Konkrety Panie ... konkrety dawac...

A tej pani gratuluje - wytrzymac 10 lat w londku to jest cos. W tej dzungli przeludnionej i z cenami nieruchomosci jadacymi na bance spekulacyjnej, przez ktora nawet Anglikow nie stac na kupienie malego zimnego mieszkania. O pogodzie i dziwnych kranach nie wspominam...

Niemieckiego sie uczta i jedzcie robic do D-A-CH. W Berlinie mieszkania 2-3 razy tansze niz w Londynie...

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
2 13 ~techniefin

"Niech Polacy z całego świata wracają nad Wisłę. Tu się im nic nie stanie"
Ojciec Klimuszko

! Odpowiedz
8 17 ~StanRS

A co ona tam może. Znudziła się tym szychom w londyńskim "City" i teraz młodsze zatrudniają "ekspertki". Jakaś odmiana musi być.

! Odpowiedz

Kalkulator płacowy

Oblicz wysokość pensji netto, należne składki oraz podatek.

Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl