Równo 12 lat temu Sejm przyjął ustawę o płacy minimalnej. Przez ten czas minimalne wynagrodzenie systematycznie rosło. Rosły też wątpliwości wokół sensowności tego rozwiązania.


Przed przyjęciem ustawy z 10 października 2002 roku o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, poziom najniższej stawki ustalał w drodze rozporządzenia (a wcześniej zarządzenia) minister pracy i polityki społecznej. Działo się tak od 1990 roku. Wcześniej regulacje w tym zakresie, w różnych formach, istniały już od 1956 roku.
Wysokość płacy minimalnej w Polsce wzrastała niemal we wszystkich latach, licząc okres III RP. Wyjątkiem był rok 2002. W ostatnich latach, największa procentowa podwyżka miała miejsce w 2008 roku, kiedy to minimalna pensja wzrosła o 20,3%. Obecnie najniższe wynagrodzenie wynosi 1680 złotych. W przyszłym roku będzie to już 1750 złotych.
Warto zauważyć, że ustalane wartości płacy minimalnej to kwoty brutto. Pracownik, który dziś zarabia płacę minimalną (1680 zł), dostaje „na rękę” jedynie 1237,20 zł. Kwota, którą musi zapłacić państwu, wynosi ponad jedną czwartą jego dochodu (dokładnie jest to 26,36%). Gdyby wynagrodzenie netto przyrównać do całkowitego kosztu, który ponieść musi pracodawca, aby zatrudnić pracownika za 1680 złotych, to okaże się, że aż 39,01% wynagrodzenia stanowią różnego rodzaju daniny publiczne. Koszt ten wynosi bowiem 2028,43 zł i to bardziej tę liczbę powinniśmy uwzględniać, gdyż pracodawcę interesuje to, ile w sumie będzie musiał zapłacić, kiedy zatrudnia pracownika. Ten ostatni patrzy z kolei na wynagrodzenie netto.
Kto za, kto przeciw
Temat płacy minimalnej budzi duże kontrowersje wśród obserwatorów życia publicznego, ekspertów, polityków, a także samych zainteresowanych: pracodawców i pracobiorców.
Zwolennikami istnienia i podnoszenia płacy minimalnej są związkowcy, a także eksperci związani z lewicą. Kilka dni temu Piotr Szumlewicz wystosował w imieniu OPZZ list do premier Ewy Kopacz w którym domaga się podniesienia minimalnej kwoty wynagrodzenia do poziomu ok. 50% średniej pensji, czyli ok. 2000 zł. Wspomina jednak, że związkowcy byliby w stanie przyjąć każdą podwyżkę.
Podnoszenie płacy minimalnej nie jest jednak tylko domeną związkowców. W styczniu bieżącego roku, grupa 7 noblistów z ekonomii, z Josephem Stiglitzem na czele, wystosowała list do Baracka Obamy, w którym wskazywała na pozytywne skutki podnoszenia minimalnej pensji. Stiglitz uważa, że jeśli na rynku nie istnieje „przymusowe bezrobocie”, to podniesienie płacy minimalnej wpłynie korzystnie na pracobiorców, który będą mieć większą motywację do znajdowania lepszej pracy, gdyż jej brak będzie oznaczał brak jakichkolwiek dochodów. Zwolennicy omawianego rozwiązania uważają też, że nie istnieje dodatnia korelacja między bezrobociem a istnieniem płacy minimalnej.
Ten związek jest z kolei głównym argumentem przeciwników tego rodzaju ustawodawstwa. Przeciwnicy to głównie pracodawcy i ekonomiści. Uważają oni, że podnoszenie płacy minimalnej najbardziej uderza w najsłabszych na rynku pracy, czyli dopiero na niego wchodzących (np. świeżo po studiach), albo najsłabiej wykształconych. Osoby te zarabiają najmniej (przynajmniej na początku swojej ścieżki zawodowej), stąd często pracodawcy nie decydują się na ich zatrudnianie, gdyż płaca minimalna zostaje ustalona na poziomie wyższym niż rynkowa cena pracy.
Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha pisał o płacy minimalnej na swoim blogu, że „z ekonomicznego punktu widzenia nie ma ona żadnego sensu”, ale „z politycznego (…) ma ona sens ogromny. Oczywiście dla polityków. No i niektórych z ich klientów wyborczych”. Wydaje się, że to dość powszechny pogląd wśród przeciwników płacy minimalnej, którzy wskazują, że takie ustawodawstwo jest jedynie populizmem, dzięki któremu można zdobyć głosy tych, którzy widzą tylko możliwość wyższych zarobków, nie widzą jednak tego, że mogą właśnie tę pracę stracić.
Koniec jednego rozmiaru dla wszystkich
Wydaje się, że kompromisowym rozwiązaniem mogłaby być płaca minimalna, która byłaby zróżnicowana w poszczególnych regionach Polski. Takie rozwiązanie istnieje już, w różnej formie, w wielu krajach – m.in. w Stanach Zjednoczonych i Japonii. W czerwcu bieżącego roku taką propozycję przedstawili eksperci Business Center Club. Domagali się wtedy wprowadzenia najmniejszej stawki za pracę na poziomie 40% średniej pensji w danym powiecie. Przy takim współczynniku, według badań na które powoływało się BCC, pracuje najwięcej osób i najłatwiej jest porozumieć się pracodawcom i pracownikom.
Propozycja różnicowania stawek pojawia się w debacie publicznej co jakiś czas. We wspomnianym już liście OPZZ do premier Kopacz związkowcy negatywnie ustosunkowali się do tego pomysłu, stwierdzając, że jest to „dyskryminacja płacowa”, a takie ustawodawstwo doprowadziłoby do „dumpingu płacowego”. Pracodawcy mieliby przenosić się do regionów o niższych płacach, co pogwałciłoby równość wobec prawa i byłoby drogą do nadużyć.
Jak widać – w sprawie płacy minimalnej obu stronom sporu ciężko będzie się porozumieć. Póki co płaca minimalna powoli rośnie i wydaje się, że ani zwolennicy, ani przeciwnicy nie są tym usatysfakcjonowani. Przeciwnicy najchętniej znieśliby ustawę w ogóle, zwolennicy z kolei uważają obecny poziom minimalnej pensji za stanowczo zbyt niski. Rządzący starają się stać w środku i nie narażać żadnej ze stron. Istnienie płacy minimalnej w Polsce wydaje się nieuniknione i nie wydaje się, że ktokolwiek mógłby to zmienić w najbliższej przyszłości.
Marcin Surowski


























































