Pomimo potężnych spadków na światowych rynkach akcji i przejścia inwestorów w tryb risk-off, polski złoty pozostał stabilny. Kurs euro utrzymał się w pobliżu linii 4,40 zł, pozostając tym samym o parę groszy poniżej niedawnych szczytów.


Przez rynki przetacza się fala silnej wyprzedaży spółek zarabiających na boomie na AI. Panuje obawa, że lewicowa większość w Kongresie USA spróbuje ograniczyć lub wręcz zatrzymać budowę centrów danych, przeciwko którym opowiedziała się zdecydowana większość wyborców. W piątek rana fala paniki dotarła na rynki azjatyckie, gdzie giełdy w Seulu i Tokio pospadały po blisko 6%.
Na tle tych wydarzeń polski złoty jawi się jako oaza stabilności. W piątek o 10:00 kurs euro kształtował się na poziomie 4,3941 zł, zniżkując o 0,7 grosza. Wprawdzie wciąż mówimy o relatywnie wysokich poziomach na parze euro-złoty, ale przynajmniej od kilku dni kurs EUR/PLN nie ustanawia już nowych tegorocznych maksimów.
Złotego sabotowała za to Rada Polityki Pieniężnej, która pomimo projekcji wskazującej na ryzyko wzrostu inflacji CPI w okolicy 5% nie zdecydowała się podnieść stóp procentowych. Straty próbował ograniczać prezes NBP Adam Glapiński mówiąc na czwartkowej konferencji prasowej o „jastrzębim” nastawieniu Rady i nie wykluczając zaostrzenia polityki pieniężnej na początku 2027 roku. To jednak może się okazać za mało i stanowczo za późno.
- Główną przyczyną presji na złotego było znaczące nasilenie globalnego risk-off, widoczne przede wszystkim na akcjach spółek technologicznych w USA, ale też na części azjatyckich parkietów – napisali analitycy PKO BP. - Deprecjację PLN nieco hamował jastrzębi wydźwięk czwartkowej konferencji prezesa NBP A.Glapińskiego, który zwiększył wycenianą przez inwestorów skalę podwyżek stóp NBP oraz oczekiwany dysparytet stóp względem EBC – dodali.
Przeciwko złotemu były też trendy na głównej parze walutowej świata. Kurs EUR/USD skierował się w dół, schodząc poniżej 1,12 USD za euro. Umocnienie dolara zwykle prowadzi do osłabienia złotego i innych walut z rynków wschodzących. A tym bardziej takich, których bank centralny nie reaguje na trwale podwyższoną inflację. Tylko w tym tygodniu stopy procentowe poszły w górę w Australii, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Czechach.
W rezultacie dolar na polskim rynku podrożał o 0,8 grosza i osiągnął cenę 3,9306 zł. Tegoroczny szczyt na parze dolar-złoty położony jest na wysokości 3,9553 zł i w niesprzyjających okolicznościach może być testowany jeszcze dzisiaj. Zwłaszcza gdyby dane z amerykańskiego rynku pracy (publikacja o 14:230 czasu polskiego) okazały się wyraźnie gorsze od oczekiwań ekonomistów.
Nadal wysoko wyceniany był frank szwajcarski, który w piątek o poranku kosztował 4,8029 zł. To wprawdzie nadal o przeszło 4 grosze poniżej niedawnego maksimum, ale wciąż o 30 groszy wyżej niż jeszcze w styczniu 2026 roku. Funt brytyjski notowany był po 5,2628 zł, a więc o 1,1 grosza poniżej kursu odniesienia.
KK





























































