Wraz z gospodarczym otwarciem pod koniec lat 70. Chiny stały się mekką dla globalnych inwestorów. Nieprzebrane zasoby taniej i zmotywowanej siły roboczej, ogromny potencjał rynku oraz zachęty ze strony polityków czyniły z Państwa Środka jeden z najatrakcyjniejszych celów dla zagranicznego kapitału. Strumień środków płynących za Mur przez lata stopniowo rósł, ale ostatnio wyraźnie się skurczył.


W II kwartale 2017 r. do Chin napłynęło zaledwie 21,93 mld dolarów w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ), co było najgorszym wynikiem od 8 lat – wynika z danych o bilansie płatniczym*. Co więcej, nie był to odosobniony przypadek – od 2014 r. obserwujemy stopniowy spadek zainteresowania światowych inwestorów Państwem Środka. Skumulowana wartość BIZ w ostatnich czterech kwartałach była najniższa od 2009 r.
Chiny są pod tym względem ofiarą własnego sukcesu. Blisko cztery dekady gwałtownego wzrostu gospodarczego pod egidą komunistycznych władz doprowadziły do wyraźnego wzrostu kosztów pracy. Z jednej strony podaż pracy kurczy się wraz z otwieraniem nowych biznesów, ale i na skutek ograniczeń narzucanych przez Pekin – do niedawna polityki jednego dziecka czy utrzymywaniem podziału na obywateli gorszego i lepszego sortu (kwestia "zameldowania" w miastach – hukou). Z drugiej strony, władze regionalne podnoszą płace minimalne oraz rosną oczekiwania płacowe samych pracowników.
Mimo to, Państwo Środka dalej byłoby niezmiernie łakomym kąskiem dla globalnych inwestorów, gdyby nie inne działania władz. Chińska gospodarka wciąż oficjalnie rośnie w niebywałym tempie, a rozwój widać na każdym kroku. Mieszkańcy wydają coraz więcej, a zachodnie towary cieszą się dużą popularnością.
Dostęp do ogromnego i wciąż puchnącego tortu ogranicza jednak Pekin, faworyzując firmy krajowe i utrudniając życie ich zagranicznej konkurencji. Dość wspomnieć o kuluarowym wsparciu czy subsydiach dla przedsiębiorstw chińskich z jednej strony oraz barierze językowej i kulturowej, skomplikowanych regulacjach, "przejmowaniu" własności intelektualnej czy ogromnych karach, a nawet zamykaniu w więzieniu przyjezdnych biznesmenów z drugiej. Ponadto niektóre sektory, m.in. komunikacyjny, medialny czy w sporej części finansowy są wciąż niedostępne dla obcych, a w innych (np. motoryzacyjnym) są oni zmuszeni działać razem z chińskim partnerem (joint venture).
To, co boli zagranicznych inwestorów, wcale nie musi być najgorsze dla samych Chińczyków. Przez blisko cztery dziesięciolecia pozyskali oni wiele kapitału, technologii i know-how, nie pozwalając przy tym globalnym korporacjom na zdominowanie krajowego rynku. Za Murem rozwinęły się prężnie działające przedsiębiorstwa, które są już w stanie konkurować ze światowymi gigantami. Ponadto, Państwo Środka regularnie odnotowuje nadwyżkę na rachunku bieżącym, a stopa oszczędności należy do najwyższych na świecie. Chiny mają dzięki temu wystarczające zasoby kapitału i nie muszą już polegać na środkach z zagranicy.
To, na czym zależało im jeszcze kilkadziesiąt czy kilkanaście lat temu, udało się już pozyskać. Teraz bezpośrednie inwestycje zagraniczne płyną w drugą stronę – w zeszłym roku Chińczycy zainwestowali w ten sposób więcej za granicą niż świat za Murem.
*O wielkości BIZ raportuje chiński bank centralny i Ministerstwo Handlu. W danych rządowych spadku napływu BIZ nie widać – od kilku lat roczna wartość BIZ przekracza 120 mld dolarów. Wyliczenia banku centralnego zawarte w bilansie płatniczym są zgodne z metodologią MFW. Według nich w ubiegłym roku wartość BIZ sięgnęła 170 mld dolarów, podczas gdy w 6 latach poprzednich było to ponad 240 mld dolarów.
























































