Kapitalizm umarł, a jego miejsce zajął neofeudalny system, w którym władza skupia się w rękach właścicieli cyfrowych platform - technofeudałów. Taki obraz świata w „Technofeudalizmie” przedstawia Yanis Varoufakis. Były minister finansów Grecji trafnie opisuje rosnącą zależność od cyfrowej infrastruktury, gorzej idzie mu jednak udowodnienie, że na naszych oczach powstał już zupełnie nowy ustrój. Być może to, co uznaje za śmierć kapitalizmu, świadczy właśnie o jego żywotności.


Przedsiębiorca może mieć dobry produkt, konkurencyjną cenę i zadowolonych klientów, a mimo to pozostawać zależny od decyzji firmy, której nie jest ani pracownikiem, ani podwykonawcą. Wystarczy, że do swoich odbiorców dociera za pośrednictwem platformy. Wtedy obok pytania „co sprzedać?” pojawia się inne: na jakich warunkach właściciel cyfrowej infrastruktury pozwoli mu prowadzić biznes?
To właśnie ta zależność jest najciekawszym tematem książki „Technofeudalism: What Killed Capitalism”. Varoufakis przekonuje, że technologiczni giganci przestali być zwykłymi uczestnikami rynku, a raczej stali się podmiotami, które budują własne ekosystemy, ustalają zasady dostępu i pobierają opłaty od tych, którzy chcą w nich działać. Uczestniczą w wymianie, a jednocześnie określają warunki, na jakich mogą uczestniczyć w niej pozostali.
W jego interpretacji ekspansja platform doprowadziła do zmiany całego porządku społeczno-gospodarczego. Przeobraziła więc nie tylko sposób generowania dochodów, lecz także relacje własności, zależności i władzy. To istotne rozróżnienie, bo kapitalizmu nie sposób sprowadzić do samego zarabiania pieniędzy. Jest on również systemem organizującym pracę, stosunki społeczne i podział wpływów. Varoufakis uznaje, że właśnie ten porządek ustąpił miejsca technofeudalizmowi.
Cyfrowa ziemia i współczesna renta feudalna?
Metafora greckiego ekonomisty jest prosta. Dawniej źródłem potęgi feudała była ziemia. W gospodarce cyfrowej podobną funkcję ma pełnić infrastruktura platform, a więc przestrzeń, do której inni potrzebują dostępu, by zarabiać i kontaktować się z odbiorcami. Jej właściciel czerpie korzyści z aktywności zależnych od niego przedsiębiorców i użytkowników.

Z perspektywy sprzedawcy problem polega na tym, że sama jakość oferty nie przesądza o jej widoczności. Znaczenie mają również reguły ustalone przez platformę. Jej operator wpływa na to, co zobaczy klient, na jakich warunkach strony się spotkają i jaka część przychodu zostanie u pośrednika. Kontrola nad miejscem wymiany staje się osobnym źródłem przewagi.
Doskonale zna to każdy sprzedawca na Allegro czy Amazon, który szybko przekonuje się, że konkurencyjna cena to za mało - trzeba jeszcze dokupić płatne promowanie, by w ogóle pojawić się w wynikach wyszukiwania. Doświadczają tego twórcy oprogramowania oddający nawet 30% przychodu w App Store czy Google Play za samą możliwość dotarcia do użytkowników smartfonów.
Właśnie z tej pozycji wyrasta opisywana przez Varoufakisa renta. Jej źródłem jest kontrola nad cyfrowym poletkiem - infrastrukturą, która pozwala właścicielom platform pobierać opłaty za dostęp i narzucać warunki korzystania z zasobów niezbędnych innym do prowadzenia działalności. Im trudniej znaleźć alternatywę, tym silniejsza pozycja właściciela platformy.
To najbardziej przekonujący fragment diagnozy Varoufakisa. Przedsiębiorcy nadal konkurują między sobą, ale warunki tej konkurencji współtworzy podmiot zarabiający na ich obecności. Można więc wygrać rywalizację z innymi sprzedawcami, a jednocześnie pogłębić własną zależność od pośrednika. Rozwój biznesu na cudzej platformie nie musi oznaczać większej samodzielności. Może oznaczać, że opuszczenie jej stanie się jeszcze bardziej kosztowne - wolność przede wszystkim boli.
Nie tak prędko z orszakiem na pogrzeb kapitalizmu
Paradoks polega jednak na tym, że Varoufakis ogłasza śmierć kapitalizmu właśnie tam, gdzie ów kapitalizm po raz kolejny demonstruje swoją żywotność. Kryzys można bowiem odczytywać jako stały element funkcjonowania tego systemu, wymamuszający jego kolejne przeobrażenia. Na tym polega niezwykła zdolność kapitalizmu do wewnętrznej samoregulacji: przekształca on własne sprzeczności w nowe możliwości akumulacji.
Samoregulacja nie oznacza przy tym, że system staje się sprawiedliwszy albo skutecznie usuwa źródła społecznych problemów. Oznacza, że potrafi podtrzymywać proces pomnażania kapitału również w warunkach, które sam uczynił trudnymi do zniesienia. Kryzys jednych może stać się modelem biznesowym drugich.
Co ciekawe, sam Varoufakis dostarcza argumentów na rzecz takiej interpretacji. Przedstawia historię kapitalizmu jako ciąg przekształceń: od dominacji przemysłu, przez wzrost znaczenia kapitału finansowego, aż po ekspansję platform cyfrowych. Pokazuje zatem system zdolny do zmiany własnych mechanizmów i przenoszenia środka ciężkości akumulacji. Następnie uznaje ostatnią z tych przemian za jego kres.
Dlaczego właśnie tę? Gdzie przebiega granica, po której przekroczeniu nowa forma koncentracji kapitału staje się już innym ustrojem?
W książce odpowiedź pozostaje mniej przekonująca niż diagnoza samej zależności od platform. To, w czym grecki ekonomista dostrzega narodziny neofeudalizmu, inwestorzy na rynkach finansowych od dekad określają znacznie bardziej prozaicznym mianem szerokiej fosy. Zdolność do odcięcia konkurentów, uwięzienia użytkowników we własnym ekosystemie dzięki efektom sieciowym i pobierania bezpiecznej marży to nie zdrada kapitalizmu, lecz jego rynkowy ideał.
Varoufakis wpada tu jednak w osobliwą pułapkę. Zbyt szybko uznaje sukces kapitału w podporządkowywaniu sobie rynku za dowód końca kapitalizmu. Ten nigdy nie był przecież podręcznikową idyllą konkurencji doskonałej, zresztą sam Smith dostrzegał autoskłonność do jej ograniczania. Co więc, jeśli niewidzialna ręka potrafi również zatrzasnąć drzwi przed kolejnymi uczestnikami rynku? Być może właśnie na tym polega sprzeczność systemu: nagrodą za zwycięstwo w konkurencji jest możliwość uwolnienia się od jej presji. Tam, gdzie Varoufakis dostrzega nowego feudała, można zatem zobaczyć kapitalistę, któremu wyjątkowo dobrze poszło.
W tym miejscu warto wrócić do klasyków ekonomii i to z przeciwnych biegunów, a więc zarówno Karola Marksa, jak i Josepha Schumpetera. Z perspektywy myśli marksowej kapitalizm jest porządkiem opartym na prywatnej własności środków produkcji, pracy najemnej i akumulacji kapitału. Z perspektywy Schumpetera z kolei systemem napędzanym „twórczą destrukcją”, w którym dążenie do pozycji monopolisty nie unieważnia kapitalistycznej gry, lecz stanowi jej naturalną nagrodę i tymczasowy punkt kulminacyjny. Rynek jest częścią tego porządku, ale nie wyczerpuje jego istoty. Ograniczanie konkurencji przez potężne platformy nie jest więc jeszcze dowodem, że stary ustrój dobiegł końca.
Właściciele cyfrowej infrastruktury mogą stanowić nową frakcję klasy posiadającej, nie stając się przez to nową klasą feudalną. Nadal posiadają prywatny kapitał, zatrudniają pracowników i wykorzystują kontrolę nad zasobami do pomnażania majątku. Zmienia się sposób podporządkowania innych uczestników życia gospodarczego, lecz podstawowa logika akumulacji pozostaje rozpoznawalna. Przeniesienie środka ciężkości władzy ekonomicznej z fabryki na platformę nie wystarcza jeszcze do ogłoszenia nowego ustroju.
Nie stać cię na własność? Możesz wykupić dostęp
Podobnie jest z rentą i abonamentami. Kapitalizm od dawna wytwarzał renty gruntowe, finansowe i monopolistyczne. Rosnące znaczenie dochodów wynikających z kontroli nad zasobem nie przesądza więc o narodzinach technofeudalizmu.
Model subskrypcyjny dobrze wpisuje się natomiast w zdolność systemu do przekształcania ograniczeń w kolejne źródła przychodu. Klient nie chce lub nie może ponieść dużego jednorazowego wydatku? Można zaoferować mu dostęp za niższą, regularnie pobieraną opłatą. Przedsiębiorstwo zyskuje bardziej przewidywalny strumień wpływów, a relacja z odbiorcą trwa tak długo, jak długo ten potrzebuje usługi.
W tym sensie ograniczona siła nabywcza nie musi być wyłącznie przeszkodą dla akumulacji. Może również skłaniać do zmiany sposobu sprzedaży. Kapitalizm potrafi zarabiać na udostępnianiu tego, czego klient nie jest w stanie kupić na własność. Ograniczenie staje się okazją do stworzenia kolejnego modelu biznesowego.
Oczywiście abonament może być wygodny i ekonomicznie uzasadniony. Problem pojawia się wtedy, gdy czasowy dostęp staje się trwałą zależnością, a rezygnacja oznacza utratę narzędzi pracy, danych lub kontaktu z odbiorcami. Formalnie nadal można odejść. Ekonomicznie taki wybór może być coraz mniej realny.
To poważny problem, ale trudno uznać go za coś obcego kapitalizmowi. Opisuje przecież sytuację, w której kontrola nad własnością pozwala utrzymywać innych w zależności i czerpać z niej regularny dochód. Cyfrowa forma zmienia skalę i sposób działania tego mechanizmu. Nie dowodzi jednak, że jego zasadnicza logika została przezwyciężona.
Władza zapisana w regulaminie
Największa wartość książki Varoufakisa ujawnia się tam, gdzie ekonomia spotyka się z polityką. Platformy wpływają na obieg informacji, widoczność ofert i dostęp do publiczności. Ich decyzje mają konsekwencje dla prowadzenia biznesu, ale również dla uczestnictwa w życiu społecznym.
Regulamin prywatnej firmy może więc określać warunki działania w przestrzeni, która dla użytkowników pełni funkcję niemal publiczną. Właściciel platformy nie otrzymuje przy tym demokratycznego mandatu do organizowania tej części życia społecznego. Jego uprawnienia wynikają przede wszystkim z własności.
Tutaj feudalna metafora rzeczywiście działa na wyobraźnię. Pozwala nazwać doświadczenie podporządkowania regułom, na które ma się niewielki wpływ. Zgoda użytkownika może być formalnie dobrowolna, choć koszt odmowy czyni ją znacznie mniej swobodną, niż sugeruje przycisk „akceptuję”.
Nie oznacza to jednak, że państwo znika, a jego miejsce zajmuje technologiczna korporacja. Platformy potrzebują gwarancji własności, infrastruktury i porządku prawnego. Instytucje publiczne korzystają z kolei z technologii prywatnych dostawców. Władza państwa i kapitału splata się w układ zależności, którego nie sposób wyjaśnić prostą opowieścią o zastąpieniu polityków przez cyfrowych seniorów.
To zresztą kolejny paradoks tej diagnozy: domniemani następcy kapitalizmu nadal potrzebują instytucji zabezpieczających jego podstawowe stosunki własności. Samo w sobie nie rozstrzyga to sporu, ale utrudnia ogłoszenie, że stary porządek został już definitywnie pogrzebany.
Trafna diagnoza i przedwczesny nekrolog
„Technofeudalizm” jest napisany przystępnie - w formie listu do ojca, a Varoufakis potrafi nadać wyrazistą formę doświadczeniu zależności od cyfrowych platform. Pokazuje koncentrację władzy ekonomicznej, technologicznej i komunikacyjnej oraz konsekwencje sytuacji, w której prywatny podmiot kontroluje warunki dostępu do innych ludzi.
Siła tej opowieści nie usuwa jednak jej analitycznych słabości. Historyczny feudalizm obejmował określony porządek prawny, osobiste zależności i organizację władzy. Podobieństwo między ziemią feudała a infrastrukturą platformy pozostaje częściowe. Metafora pomaga dostrzec problem, ale nie może sama stanowić dowodu na zmianę ustroju.
Varoufakis trafnie diagnozuje zatem nowe formy władzy, lecz zbyt szybko ogłasza kres kapitalizmu. Jego książka jest bardziej przekonująca jako opis kolejnego przeobrażenia tego systemu niż jako świadectwo narodzin technofeudalizmu.
Być może właśnie to jest w niej najbardziej niepokojące. Zależność od platform, koncentracja własności i możliwość zarabiania na cudzej aktywności nie muszą oznaczać, że kapitalizm przestał działać. Mogą świadczyć o tym, jak skutecznie podtrzymuje własną zdolność do akumulacji - również wtedy, gdy coraz trudniej utożsamiać ją z poprawą warunków życia tych, którzy w nim uczestniczą.































































