W 2019 r. Polska odnotowała niemal 20 mld dol. deficytu w dwustronnym handlu towarowym z Chinami. Wbrew pozorom nie jest to powód do zmartwień. Co nie oznacza, że w interesie niektórych grup nie jest zwiększenie eksportu i ograniczenie importu z Państwa Środka.


Po okresie przestoju w latach 2014-16 handel między Polską a Chinami wciąż kwitnie. W ubiegłym roku wielkość wymiany towarowej wzrosła o przeszło 13 proc. i sięgnęła 27,8 mld dol. - wynika z danych chińskiego urzędu celnego. Za większość handlu odpowiadał oczywiście import zza Muru - na każdego dolara eksportu do Chin przypadało 7 dolarów płaconych za towary sprowadzone z Państwa Środka.
W efekcie tej dysproporcji Polska regularnie notuje w handlu z Chinami największy deficyt dwustronny. Z danych tamtejszych celników wynika, że wyniósł on w ubiegłym roku rekordowe 19,9 mld dol.
Wbrew powszechnemu przekonaniu gigantyczny deficyt w handlu z Chinami nie jest poważnym powodem do zmartwień.
Saldo wymiany dwustronnej jest nieistotne - globalnie Polska notuje nadwyżkę w handlu towarowym, a dzięki prężnemu eksportowi usług - nawet dodatnie saldo bilansu płatniczego. Deficyt w handlu z Państwem Środka jest rekompensowany przez wymianę z innymi krajami, np. z Niemcami, z którymi mamy nadwyżkę sięgającą ok. 15 mld dol. Wytworzone nad Wisłą dobra trafiają za Mur przez zachodnią granicę, m.in. jako komponenty "niemieckich" maszyn. W świecie globalnych łańcuchów produkcyjnych i korporacji transnarodowych koncentrowanie się na wymianie między dwoma konkretnymi krajami nie ma sensu. Celem polskich firm powinno być pięcie się w górę łańcuchów wartości i przejmowanie coraz większej części marży, a nie redukowanie deficytu dwustronnego.
Poza tym ujemne saldo w handlu, czyli negatywnie brzmiący deficyt, wcale nie musi być odbierane niekorzystnie. Przeciętny Kowalski regularnie odnotowuje deficyt w handlu z pobliskim sklepem - wymienia pieniądze na przeróżne dobra. Czy to powód do zmartwień? Wręcz przeciwnie - dzięki temu ma dostęp do produktów, których nie jest sam w stanie wytworzyć w ogóle lub po niższym koszcie niż sklepowa cena. Tym mniejszy sens ma fetyszyzowanie deficytów bilateralnych. Kontynuując analogię: deficyt ze sklepem (kraj 1) jest możliwy np. dzięki dochodowi z pracy w przedsiębiorstwie X (kraj 2).
Produkując na eksport, firmy wykorzystują ograniczone zasoby (kapitał, ziemię, pracę) i otrzymują w zamian twardą walutę. Zasoby te nie mogą być zatem wykorzystane na potrzeby rynku krajowego, gdzie mogłyby zwiększyć podaż i obniżyć ceny danego dobra, co byłoby korzystne dla konsumentów. Z kolei pieniądze, które są pozyskiwane ze sprzedaży za granicę, nie są środkiem płatniczym nad Wisłą i wcześniej czy później będą musiały zostać wydane poza Polską. Wypracowywanie nadwyżki handlowej jest w skali makro budowaniem poduszki bezpieczeństwa na przyszłość - kosztem bieżącej konsumpcji.
W interesie polskiego biznesu może (ale nie musi!) być zwiększenie eksportu za Mur i ograniczenie importu z tego kierunku. Faktycznie przedsiębiorstwa działające nad Wisłą wciąż wysyłają do Państwa Środka stosunkowo niewiele towarów - w ubiegłym roku wyceniono je na 3,94 mld dol., czyli o 8 proc. więcej niż rok wcześniej. Polska awansowała na liście największych eksporterów z UE do Chin na 15. pozycję, wyprzedzając Węgry.
Wciąż są to jednak relatywnie - wobec wielkości gospodarek chińskiej i polskiej - niskie kwoty. Na przeszkodzie stoją bariery regulacyjne, ale i specyfika tamtejszego rynku, w tym bardzo silna konkurencja. Nie ma się co dziwić, że polski biznes woli robić interesy z kontrahentami z UE i tam trafia ok. 80 proc. eksportu znad Wisły.
Opinia publiczna wciąż jest karmiona informacjami o ogromnym potencjale chińskiego rynku, tymczasem Chińczycy chętnie importują towary nieprzetworzone, np. surowce czy żywność, a resztę starają się produkować "u siebie". O ile dla polskiego rolnika eksport wieprzowiny za Mur byłby szansą na polepszenie sytuacji materialnej, to dla polskich konsumentów mógłby oznaczać wzrost cen mięsa. Bezpośrednio na eksporcie zarabiają konkretne firmy, co jest korzystne dla ich właścicieli i pracowników czy kontrahentów, a niekoniecznie dla wszystkich pozostałych członków populacji. Sukces danego przedsiębiorstwa nie jest tożsamy ani z sukcesem państwa, ani wszystkich jego obywateli.
Zły nie jest również sam import - korzystają z niego konsumenci uzyskujący dostęp do szerszej gamy tańszych produktów oraz producenci zyskujący dostęp do półproduktów czy maszyn, umożliwiających lub obniżających koszty produkcji. Z drugiej strony nie dziwią narzekania na import tych, którzy muszą z nim konkurować - czyli producentów tych samych dóbr, które są sprowadzane zza Muru. Przez to produkty te są tańsze, a zysk ich wytwórców - mniejszy. Bez importu z Chin albo musielibyśmy płacić za komputery czy iPhone'y kolosalne pieniądze, albo w ogóle nie mielibyśmy szansy ich kupić.
Chińskie dane dot. wymiany handlowej z Polską wyraźnie różnią się od raportowanych przez GUS. Na podstawie polskich statystyk można oszacować, że deficyt w handlu z Państwem Środka sięgnął w ubiegłym roku nie 20, a 30 mld dol. Jak to możliwe? Obie strony raportują import z kraju pochodzenia, czyli miejsca, w którym "towar został całkowicie pozyskany lub wytworzony lub (...) został po raz ostatni poddany istotnej i uzasadnionej obróbce lub przetworzeniu". W dobie globalnych łańcuchów produkcji szczególnie istotna jest druga część definicji GUS. Natomiast po stronie eksportu kluczem jest kraj wysyłki. Niektóre kraje, w tym Polska, publikują dane dotyczące importu również według kraju wysyłki - tak liczony deficyt wyniósł prawdopodobnie ok. 18 mld dol., czyli nawet nieco mniej, niż donosi Pekin.
Różnice wynikają również m.in. z momentem raportowania sprzedaży, kursów walutowych oraz sposobu wyliczenia wartości transakcji - po stronie importera uwzględnia się także koszt transportu i ubezpieczenia (CIF - cost, insurance, freight), a po stronie eksportera - na podstawie warunków FOB (free on board).


























































