Generał Polko: gdy inne metody zawodzą, używa się siły

- Jako Polacy nie możemy nie rozpatrywać potencjalnego zagrożenia ze strony Rosji, żeby przez przypadek go nie sprowokować. Tak może myśleć przeciętny obywatel, ale osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo kraju nie mogą udawać, że nie ma jakiegoś zagrożenia, bo jest zbyt straszne - mówi w rozmowie z Marcinem Świerkotem z Bankier.pl generał Roman Polko*.

Roman Polko
Generał Roman Polko

Marcin Świerkot, Bankier.pl: W przypadku ewentualnego konfliktu, jakie szanse miałaby armia ukraińska w starciu z wojskami rosyjskimi?

Generał Roman Polko: To zależy od wielu czynników, z których nie wszystkie da się zmierzyć liczbami. Oczywiście potencjał ilościowy armii Federacji Rosyjskiej jest kilkakrotnie większy niż Ukrainy, ale niekoniecznie musi to być przeważający atut. Wielka determinacja ukraińskich żołnierzy w obronie swojego kraju (której niestety nie obserwujemy), przewaga wynikająca z działania na swoim terenie, wsparcie cywilów, wreszcie charakter prowadzonych działań (zamiast starcia dwóch armii działania nieregularne, partyzanckie) mogłyby dać wygraną stronie słabszej militarnie. Tak jak na kijowskim Majdanie, gdzie zdeterminowany, choć słabo uzbrojony i niewyszkolony tłum pokonał zawodowy Berkut. Albo jak talibowie w Afganistanie, z którymi nie dają sobie rady najlepsze armie NATO.

M.Ś.: Z wielu stron dochodzą do nas różne komunikaty, media wciąż donoszą o najnowszych wydarzeniach na Ukrainie. Czy dzieje się tam coś jeszcze, czego nie widać? Jakieś manewry? Wojna nerwów lub nieoficjalne działania, o których się głośno nie mówi, np. desanty oddziałów specjalnych?

R.P.: Działania prowadzone są na wielu poziomach: oficjalnych, legalnych i tych sprzecznych z prawem, nieformalnych. Z jednej strony obserwujemy bowiem zajmowanie strategicznych obiektów na Krymie przez jakieś uzbrojone formacje militarne czy paramilitarne: najemników bądź żołnierzy, którzy zdjęli ze swoich mundurów wojskowe emblematy i zgodnie z międzynarodowymi konwencjami powinni być traktowani jak bandyci czy terroryści. Z drugiej zaś słyszmy argumentację Władimira Putina, że on - szykując się do ewentualnej inwazji wojskowej na Krym - tylko odpowiada na prośbę o wsparcie w tłumieniu nielegalnego buntu wystosowane przez prawowitego prezydenta Ukrainy - Wiktora Janukowycza. Połączenie tych dwóch metod okazuje się póki co być bardzo skuteczne.

M.Ś.: Jeśli doszłoby do konfliktu pomiędzy Rosją a Ukrainą - jak by to wyglądało?

R.P.: Nie podejmuję się wróżenia z fusów, a na poważne analizy mam za mało danych. Nie znam ostatecznych intencji Rosji: mogę się tylko domyślać, że gra idzie o to, by raz na zawsze pogrzebać możliwość integracji Ukrainy ze strukturami europejskimi, by utrzymać ją w postsowieckiej strefie wpływów. Nie wiem, jaka jest prawdziwa linia nie tylko NATO jako całości, ale i jego poszczególnych państw członkowskich: z jednej strony słyszmy bowiem głosy potępienia, a z drugiej czytamy, że Francja podpisuje z Rosją kontrakt na sprzedaż okrętów dla rosyjskiej marynarki i nie zamierza wprowadzać wobec władz tego kraju żadnych sankcji czy bojkotów. Jeśli Rosja wie, że "nic jej nie zrobią", sama może posunąć się daleko, z fizycznym zajęciem części terytorium Ukrainy włącznie.

M.Ś.: Co tak naprawdę Unia Europejska czy NATO mogłyby zrobić w kontekście militarnym? Oczywiście nie rozpatrujemy ekstremów, a to, jakie zagrywki mogą zastosować, by nie doprowadzić do eskalacji konfliktu?

R.P.: Jeszcze raz podkreślę, że chodzi nie tylko o aspekt militarny. Związek Radziecki rozpadł się nie dlatego, że wylądowały tam dywizje NATO, ale dlatego, że kraj był odizolowany politycznie i ekonomicznie i tej presji nie wytrzymał. W obecnej chwili taka izolacja również wchodzi w rachubę, przecież Rosja stoi na surowcach i kontaktach z Zachodem. Jeśli nie będzie miała komu sprzedać swoich dóbr i zostaną zablokowane wielomiliardowe konta ich właścicieli, to znacząco wpłynie - choć może nie od razu - na zmianę stanowiska tego kraju. Najgorsze jednak jest to, że takiej decyzji jeszcze nie ma. Nie ma zgodności pomiędzy krajami, co w tej sytuacji uczynić. Nieskoordynowane i niespójne działania pokazują słabość NATO i organizacji międzynarodowych, a Putin rozgrywa to na swoją korzyść. Nie mówię, że nic się nie dzieje, bo pewne reakcje są, ale jest tego za mało i są one za słabe. Najbardziej kuriozalny był fakt, że Unia Europejska postanowiła się spotkać dopiero po weekendzie, a NATO zamiast od razu zwołać spotkanie na najwyższym szczeblu, czyni to dopiero na wniosek Polski.

M.Ś.: Poruszył Pan aspekt sankcji i rzeczywiście jest to omawiane. Czy patrząc z innej strony, możliwe jest wysłanie wojsk ze strony NATO?

R.P.: Siły militarnej używa się tam, gdzie inne metody zawodzą. W tym przypadku nie skorzystano jeszcze z żadnego poważnego narzędzia dyplomatycznego czy ekonomicznego; nie wykorzystano też przepisów prawa międzynarodowego. Poza tym uważam, że jeśli już jakieś wojska miałyby tam jechać, to prędzej pod egidą ONZ niż NATO.

M.Ś.: W mediach pojawiały się informacje dotyczące przerzucenia polskich wojsk na wschodnią granicę. Jak Pan ocenia takie zachowanie?

R.P.: Minister Siemoniak stwierdził, że jest to informacja nieprawdziwa i mam nadzieję, że tak naprawdę jest. Co takie przerzuty miałyby zmienić? Przeniesiemy brygadę z Tomaszowa do Krakowa, a z Krakowa do Tomaszowa? Kompletnie bezsensowne działania, by stworzyć wrażenie ruchu - to tak jakbyśmy biegali z pustymi taczkami tam i z powrotem, żeby pokazać, że cokolwiek się dzieje.

Nie znaczy to oczywiście, że z punktu widzenia bezpieczeństwa RP sytuacja nie jest poważna. Mamy do czynienia z polityczną i militarną destabilizacją na terytorium sąsiedniego państwa oraz z działaniami militarnymi, które podejmuje wobec niego inny nasz sąsiad. Moim zdaniem jest to sytuacja, w której istnieje zagrożenie bezpieczeństwa kraju i wojsko powinno być w stanie podwyższonej gotowości bojowej.

Sztab Generalny powinien sprawdzić, jakie ma plany w przypadku takich sytuacji i co jest najważniejsze w kwestii bezpieczeństwa narodowego, a także, jakie działania może zaproponować strukturom międzynarodowym. Dowództwo operacyjne powinno pomyśleć nad generacją sił, np. z czego powinny składać się kontyngenty czy grupy operacyjne na wypadek niekorzystnej sytuacji.

M.Ś.: Wielu Polaków nie wyobraża sobie, że Polska mogłaby się znaleźć w takiej sytuacji, w jakiej znalazła się obecnie Ukraina. Czy Pana zdaniem scenariusz, w którym polskiej integralności terytorialnej poważnie zagraża obce mocarstwo, jest w dzisiejszych czasach realne?

R.P.: Jeszcze pół roku temu bezkrytycznie wierzyliśmy prognozom zagrożeń dla Polski, które wskazywały, że nie ma niebezpieczeństwa konwencjonalnego ataku na nasze terytorium ze strony któregoś z państw ościennych. Dziś nie jesteśmy tego już tacy pewni, choć sytuacja się drastycznie nie zmieniała. Jednak obserwacja tego, co dzieje się na Ukrainie, pokazuje nam, że pokój jest rzecząkruchą. Być może sytuacja, której jesteśmy świadkami, powinna doprowadzić do weryfikacji naszych planów obronnych, a przynajmniej do refleksji nad tym, czy rzeczywiście prawidłowo oceniamy wyzwania, jakie stoją przed zapewnieniem bezpieczeństwa narodowego.

M.Ś.: Czyli nawet jeśli taki scenariusz nie jest prawdopodobny, to powinien być rozważany?

R.P.: Oczywiście. Nie możemy nie rozpatrywać potencjalnego zagrożenia, żeby przez przypadek go nie sprowokować. Tak może myśleć przeciętny obywatel, ale osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo kraju nie mogą udawać, że nie ma jakiegoś zagrożenia, bo jest zbyt straszne. Amerykanie, którzy mają najlepszą armię na świecie i analityków śledzących wszystkie najważniejsze zagadnienia związane z bezpieczeństwem, całkiem na serio ćwiczą odparcie ataku zombie czy najazdu z kosmosu. Twierdzą bowiem, że nie można zakładać, że coś się nie wydarzy tylko dlatego, że nam się to nie mieści w głowie.

M.Ś.: Zachodni politycy wypowiedzieli się, że są zaniepokojeni tym, co dzieje się na Ukrainie, ale nikt tak naprawdę nie zareagował, nie spotkaliśmy się z żadną reakcją. Co Polska powinna zrobić, by się zabezpieczyć przed taką sytuacją?

R.P.: Jako kraj tak naprawdę robimy wiele. Polska uczestniczy aktywnie w działaniach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Wszystkie operacje pozwoliły nabyć doświadczenie, skoordynować te wojska i znacząco odmieniły oblicze naszej armii z malowanej na taką z bojowym doświadczeniem. Jest to nie do przecenienia. To, co również istotne, to zbudowanie kontaktów transatlantyckich z naszym strategicznym partnerem - USA, i możemy być z tego dumni. Co jest problemem to fakt, że NATO nie potrafi odpowiedzieć w takich sytuacjach jednym głosem. Przykładem jest nie tylko Ukraina, ale też Syria czy Afganistan. Mam nadzieję, że ta sytuacja zmotywuje sojusz do działania i wspólnych ustaleń.

Rozmawiał Marcin Świerkot

* Roman Polko - generał dywizji Wojska Polskiego, oficer dyplomowany wojsk powietrznodesantowych i sił specjalnych, doktor nauk wojskowych w specjalności kierowanie organizacją, były dowódca Wojskowej Formacji Specjalnej GROM, "Autor książki "RozGROMić konkurencję"
Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 0 ~ObiektywnyObserwator

To nie jest wypowiedz godna Polskiego Generlala !!! Ostatnim, prawdziwym Generalam RP byl ŚP. Slawomir Petelicki i takich Ojczyzna potrzebuje !!!

! Odpowiedz
0 0 ~jurek

Mówiła mrówka do słonia, siedż cicho bo cię zadepczę ha ha ha.

! Odpowiedz
0 0 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
0 0 ~radi

Większość polskich polityków to debile i tyle w temacie. Komorowski zachwyca się, że Black Chief powierdził gwarancje bezpieczeństwa dla Polski. Najlepszy komentarz do tego wygłosił Durczok, który w czasie jednej z rozmów stwierdził: "przecież Ukraina też miała pisemne gwarancje". Jak widać z sytuacji państwa zachodnie potrafią tylko gadać, a Ukraina przecież zrezygnowała w oparciu o te gwarancje z broni nueklearnej. Nikt nie chce zadzierać z Ruskimi z nawet najpoważniejszego powodu i tyle. Nie sądzę zatem, by nawet w przypadku agresji na Polskę zachód cokolwiek zrobił poza pogrożeniem palcem, może nawet nastąpiłoby formalne wypowiedzenie wojny jak w '39 (oczywiście bez żadnych następczych działań). Jak to mówią: jak chcesz liczyć to licz na siebie. Tak więc modernizacja armii i 3 rzeczy do zrobienia (większa ilość samolotów, rozbudowa obrony przeciwlotniczej, sterowane pociski przeciwpancerne z prawdziwego zdarzenia, a nie te które zamówili jacyś łapówkarze, ze smugą z silnika ujawniającą miejsce wystrzelenia).

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 0 ~Jack

Generał Polko to żenada , kiedyś widzałem na kanale kobiecym jak ćwiczył z nimi gumami fitness, wypadły dużo lepiej.

! Odpowiedz
0 0 ~wieś47

drogi panie,w armii ukraińskiej są takie same podziały jak w całym społeczeństwie ukrainy. Bo majdan to nie cała ukraina

! Odpowiedz
0 0 ~ziutek

wodzu prowadz na kijow

! Odpowiedz
0 0 ~max london

dobrze ze jestes juz na emeryturze bo z taka strategia sun tzu nie zostaniesz….

! Odpowiedz
0 0 ~Taktyk

NIE tylko może się posunąc, ale może miec to z przjemnością !!

! Odpowiedz
0 0 ~kp74

OSTRZEZENIE * *
OSTRZEZENIE * * * * * Fala antypolskich, antyukraińskich, proputinowskich komentarzy w internecie to rosyjska propaganda. Wynajęci hakerzy zarabiają na pisaniu na zamówienie - pisze "Newsweek". _______________________Zarabiać mogą na tym 2,4 tys. zł miesięcznie. "Gdy na newsweek.pl publikujemy artykuł dotyczący sytuacji na Ukrainie, na początku pojawiają się wyważone komentarze dotyczące zaangażowania stron w konflikcie. Jednak w pewnym momencie, jakby na akord, liczba komentarzy dramatycznie wzrasta, stają się one bardzo prorosyjskie, antyukraińskie i antypolskie, często wulgarne. Merytoryczna dyskusja całkowicie ginie, internetowi trolle przejmują temat, normalne komentarze są spychane w niebyt" - pisze "Newsweek".___________________ Gdy gazeta sprawdziła po numerach IP, skąd pochodzą komentarze, okazało się, że 80 proc. prorosyjskich wpisów zostało wysłanych z zagranicy, np. Niemiec, Grecji czy USA. Ale żaden nie został wysłany z Rosji. Przypadek? Zdaniem ekspertów nie._______________________ O wynajmowaniu ludzi do pisania negatywnych komentarzy wspominał we wrześniu 2013 roku St. Petersburg Times, rosyjski serwis internetowy. Dziennikarka opowiedziała w nim swoją rozmową kwalifikacyjną do firmy, która prowadziła taką działalność. Zatrudnione w niej osoby codziennie umieszczały około 100 negatywnych komentarzy odnoszących się do bieżących wydarzeń. Na takiej "pracy" hakerzy zarabiali tyle, co copywriter w Rosji, około 2400 zł za miesiąc. * * * * *

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

GPW: największe wzrosty i spadki

JWWINVEST 3,7400 55,8%
AGROTON 4,4800 26,1%
ELZAB 3,7000 23,3%
ATLANTIS 0,6298 -11,9%
KRAKCHEM 0,3820 -10,8%
PLAZACNTR 2,4400 -9,6%
Akcje: 188 wzrosło, 126 spadło, 58 bez zmian.
Wolumen: 34 630 003 akcji, obrót: 655 625 774 zł
Aktualizacja: 2020-01-24 17:04:56