Uruchamiając pierwszy program ilościowej ekspansji monetarnej, Rezerwa Federalna wkroczyła na ścieżkę, z której nie ma odwrotu. Można nią iść do końca lub od razu runąć w przepaść. Odwrót w postaci tzw. taperowania szybko okaże się niewykonalny.
Analitycy z Wall Street są zgodni. Na rozpoczynającym się we wtorek posiedzeniu Komitet Otwartego Rynku Rezerwy Federalnej zdecyduje się ograniczyć program skupu obligacji (quantitative easing - QE) o kolejne 10 miliardów dolarów miesięcznie. W grudniu Fed zaskoczył rynki, redukując QE z 85 mld do 75 mld USD na miesiąc. Równocześnie Bernanke zasugerował utrzymanie zerowych stóp procentowych przynajmniej do połowy 2015 roku.
Podczas odpływu widać, kto pływał nago
Rozpoczęty w marcu 2009 roku program „ilościowego poluzowania” (QE) był niczym fala przypływu, która podnosi wszystkie łodzie w porcie. Zarówno sprawne okręty jak i zdezelowane krypy. Przeszło trzy biliony dolarów wykreowanych z powietrza przez Rezerwę Federalną potroiło wartość giełdowych indeksów i sprowadziło rentowności obligacji do absurdalnie niskich poziomów. Doszło do tego, że przeciętna dochodowość tzw. obligacji śmieciowych (czyli długów emitentów o znaczącym ryzyko bankructwa) znalazła się poniżej „przedkryzysowej” dochodowości amerykańskich papierów skarbowych.
| Bankier.pl poleca: | |
|
Krzysztof Kolany, Wojciech Białek - naucz się praktycznej analizy od ekspertów z najwyższej półki. Zagadnienia: Cykl koniunkturalny w gospodarce, Dane makro w warsztacie inwestora, skuteczne filtrowanie informacji Zobacz program [PDF] Szczegóły |
Równocześnie Fed, EBC, Bank Anglii, Bank Japonii i Szwajcarski Bank Narodowy zastosowały represję finansową, ścinając do zera stopy procentowe i utrzymując je na tym poziomie aż do dzisiaj. Oznacza to, że posiadacze kapitału zmuszeni są albo do zaakceptowania realnej jego utraty na skutek inflacji, albo do podjęcia niechcianego ryzyka i poszukiwania niezerowych stóp zwrotu na rynkach kapitałowych. Oszczędności emerytów i drobnych ciułaczy na Zachodzie zostały z premedytacją skierowane na rynki akcji, nieruchomości lub na rynki wschodzące kuszące znacznie wyższymi stopami procentowymi.
Działania banków centralnych były główną przyczyną hossy na Wall Street, pęczniejącej bańki na wielu rynkach nieruchomości (Wlk. Brytania, Szwajcaria, Singapur, Chiny) oraz absurdalnie niskich rentowności papierów skarbowych USA, Niemiec czy Japonii. Ale teraz następuje odwrócenie tych przepływów i kapitał wraca do Ameryki, antycypując nadchodzącą normalizację polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych. A że moim zdaniem antycypuje błędnie, nie ma w tym momencie najmniejszego znaczenia. Ucieczka z rynków wschodzących oprócz specyficznych słabości poszczególnych krajów jest spowodowana przede wszystkim oczekiwaniami na powrót stóp procentowych w USA do w miarę normalnych poziomów, czyli 3-4% w perspektywie najbliższych 2-3 lat.
Iluzjonista nie rozwiewa własnych iluzji
Wydawało się, że tzw. taperowanie – czyli ograniczanie nadzwyczajnych monetarnych stymulantów – zostało już oswojone przez rynki po tym, jak grudniowa redukcja QE3 przeszła bez echa. Było to jednak tylko kończące rok „strojenie okien” przez fundusze inwestycyjne. Wraz ze styczniem na rynkach zagościły spadki. Przecież nie od dziś wiadomo, że za większość hossy na Wall Street odpowiada Fed. Nawet analiza sporządzona przez pracowników Rezerwy Federalnej dowiodła, że 50% wzrostu indeksu S&P500 w latach 2009-12 wygenerowały sesje przypadające w przeddzień oraz w sam dzień posiedzeń FOMC.
| »To nie kryzys, to rezultat |
Oficjalnym celem prowadzenia QE było sztuczne zaniżenie długoterminowych rynkowych stóp procentowych, co miało zachęcić przedsiębiorstwa do inwestowania i w ten sposób doprowadzić do wzrostu zatrudnienia, konsumpcji i zapewnienia trwałego wzrostu gospodarczego. Ta koncepcja okazała się całkowicie błędna: banki zamiast udzielać kredytów firmom, finansowały spekulacje na rynkach kapitałowych lub chomikowały gotówkę na oprocentowanym rachunku w Fedzie. Same przedsiębiorstwa też nie były skore ani do inwestowania, ani do zatrudniania nowych pracowników, skoro dotychczasowa siła robocza pracowała coraz wydajniej i to w dodatku za (realnie) coraz niższe wynagrodzenia.
Jedyne co „zawdzięczamy” trzem odsłonom QE to wszechobecne bańki spekulacyjne, skrajne przeszacowanie wielu aktywów finansowych, wielomiliardowe zyski sektora bankowego oraz iluzja ożywienia gospodarczego w USA. Wszystko to oparte jest o dziesiątki miliardów dolarów „drukowanych” przez Fed każdego miesiąca. Zarówno rynki finansowe jak i realna gospodarka odurzyły się darmowym pieniądzem, wpadając w kredytowy cug, mogący się skończyć jedynie delirium w postaci nietrafionych inwestycji i toksycznych aktywów.
Na razie Bernanke, Yellen i większość członków FOMC zdają się wierzyć, że amerykańska gospodarka wyszła na prostą głównie dzięki QE. I teraz podjęli próbę odstawienia pacjenta od monetarnej morfiny, która pozwalała mu jako tako funkcjonować przez ostatnie cztery lata. Lecz diagnoza jest błędna, a pacjent zamiast stanąć na nogi, uzależnił się od narkotyku. Dlatego każda próba odejścia od QE zakończy się załamaniem na rynkach finansowych i serią bardzo negatywnych tego konsekwencji w realnej gospodarce.
Przykręcimy, by odkręcić
Gdy tylko decydenci z Rezerwy Federalnej to zrozumieją (a może cały czas to wiedzieli?), kwestia „taperowania” natychmiast zniknie z agendy. Co więcej, pogorszenie koniunktury gospodarczej zapewne skłoni Fed i inne banki centralne do zwiększenia monetarnych stymulantów, choć już zapewne pod innym szyldem. Pytanie tylko, kiedy rynek przejrzy iluzję i ostatecznie utraci zaufanie do państwowego pieniądza.
Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl


























































