Militarna współpraca Stanów Zjednoczonych z państwami europejskimi miała kluczowy wpływ na kształt najnowszej historii świata. Polityczne mocarstwa wciąż jednak mają wiele do zrobienia, by sprawnie współdziałać także gospodarczo. Projekt „gospodarczego NATO” rodzi wielkie szanse, choć droga do jego powołania wiedzie przez długie i żmudne negocjacje.

Źródło: Thinkstock
Mimo wzrostu znaczenia azjatyckich potęg gospodarczych, Stany Zjednoczone i Unia Europejska wciąż są swoimi najważniejszymi partnerami handlowymi. Według Transatlantic Business Center, w ubiegłym roku transatlantycka wymiana dóbr i usług wyniosła 5,3 biliona dolarów. Obie potęgi są także swoimi głównymi inwestorami zagranicznymi – w ciągu minionej dekady Europa przyciągnęła 56% amerykańskich bezpośrednich inwestycji, podczas gdy w 2011 r. „europejskie korzenie” miało 71% inwestycji ulokowanych na terytorium USA. W sumie gospodarki USA i UE wspólnie odpowiadają za blisko połowę światowego PKB.
Chociaż te liczby mogą wyglądać imponująco, warto pamiętać, że współpraca gospodarcza między Europą a Ameryką odbywa się w cieniu licznych regulacji krępujących wolny handel. Z ekonomicznego punktu widzenia uwolnienie transatlantyckiej gospodarki przyniosłoby same korzyści. Problemy, jak zwykle, pojawiają się gdy w grę wchodzą polityczne spory oraz partykularne interesy pewnych grup.
Politycy mówią "tak"
![]() | »Świat ma dość szwajcarskiej tajemnicy bankowej |
Jako pierwszy rozpoczęcie rozmów zapowiedział Barack Obama. W wygłoszonym 12 lutego orędziu o stanie państwa 44. prezydent USA stwierdził, że „wolny i sprawiedliwy handel transatlantycki zapewni Amerykanom miliony dobrze płatnych miejsc pracy”. Dzień później informację tą potwierdził Jose Manuel Barroso. – „ Przyszła umowa między dwoma największymi gospodarczymi mocarstwami świata zmieni reguły gry, co pozwoli rozwinąć gospodarki po obu stronach Atlantyku” – stwierdził szef KE.
Inicjatywa utworzenia do 2015 r. „gospodarczego NATO” cieszy się też poparciem Angeli Merkel i Davida Camerona. „Hamulcowym” w procesie negocjacyjnym jest Francja, która w ostatnich tygodniach kilkukrotnie groziła zablokowaniem rozmów, jeżeli nie zostaną uwzględnione jej postulaty dotyczące m.in. praw autorskich i sektora obronnego.
Problemami cła i nie tylko
![]() | »Prześwietlamy dywidendy spółek |
Znacznie większym cieniem na amerykańsko-europejskich relacjach handlowych kładą się natomiast bariery pozacelne takie jak np. różnice w regulacjach technicznych, standardach czy certyfikatach stosowanych na obu kontynentach. Zdaniem unijnego komisarza ds. handlu Karla De Guchta, negatywne skutki tego typu różnic są równe tym, które powstałyby w wyniku wprowadzenia 20% ceł „tradycyjnych”.
Największą przeszkodą stojącą przed negocjatorami porozumienia może okazać się kwestia rolnictwa. Wprawdzie w lutym Unia uczyniła gest przyjaźni wobec USA znosząc embargo na niektóre rodzaje wołowiny oraz żywe świnie, jednak lista rozbieżności wciąż jest długa. Wśród kwestii spornych jest m.in. wymogi z zakresu bezpieczeństwa żywności na obu kontynentach, skala unijnych dopłat do produkcji rolnej czy dopuszczenie na wspólny europejski rynek amerykańskiej żywności modyfikowanej genetycznie.
Gra warta świeczki
![]() | » Wicepremier od brudnej roboty |
Wprawdzie Stany Zjednoczone są zainteresowane wzmacnianiem współpracy z Chinami (mówi się wręcz o formującej się grupie G-2), jednak europejscy partnerzy wciąż są dla Amerykanów stroną o wiele bardziej przewidywalną i kulturowo bliższą niż Chińczycy. Z kolei otwarcie się UE na współpracę z USA mogłoby wpuścić nieco „świeżego powietrza” do nękanej kryzysem europejskiej gospodarki.
Przede wszystkim jednak wspólny transatlantycki rynek przyczyniłby się do wzrostu konkurencji, co umocniłoby pozycję najlepszych firm regionu na arenie międzynarodowej i przysłużyło się konsumentom żyjących po obu stronach Atlantyku.
Michał Żuławiński
Bankier.pl



























































