Jeszcze zanim dług publiczny Stanów Zjednoczonych przekroczył wartość nominalnego produktu krajowego brutto, wielu podważało finansowy dogmat, jakim jest wiara w wypłacalność Ameryki. Czy jednak supermocarstwo może tak po prostu zbankrutować?


W świecie finansów bezpieczeństwo oferowane przez obligacje skarbowe rządu Stanów Zjednoczonych nie jest kwestionowane. Gdy ktoś mówi, że USA zbankrutują, traktuje się go jak pensjonariusza domu bez klamek lub niegroźnego ignoranta. Amerykańskie Treasuries są wolne od ryzyka kredytowego i basta! Tak było przez ostatnie stulecie i tak też będzie przez następne – mówią.
Wątpliwości nie wzięły się znikąd
Jednakże opinie o możliwej (lub wręcz rychłej) niewypłacalności Stanów Zjednoczonych nie są głosami wariatów, lecz opierają się na twardych fundamentach. Faktem jest, że w XXI wieku zadłużenie Ameryki narasta w lawinowym tempie. Poprzednie stulecie USA kończyły z długiem publicznym rzędu 5,7 biliona dolarów i nieco księgową (ale jednak) nadwyżką budżetową w późnym okresie rządów Billa Clintona.
Epizod ten był jednak mało znaczący w ogólnym trendzie i zadłużenie Ameryki szybko zaczęło rosnąć. Jawne zobowiązania Białego Domu podwoiły się do roku 2009. Na następne podwojenie długu czekaliśmy siedem lat. Stan na dziś (30.05.2017 r.) to niemal 19,85 biliona dolarów (1 bilion = tysiąc miliardów = milion milionów). Od dwóch miesięcy amerykański dług nie przyrasta tylko dlatego, że wygasło moratorium zawieszające obowiązywanie limitu zadłużenia. Gdy waszyngtońscy politycy dojdą do porozumienia budżetowego, dług publiczny USA powróci na poprzednią trajektorię.
Czyli wykładniczego tempa przyrostu zadłużenia. Podczas dwóch kadencji Barack Obama zadłużył swój kraj na przeszło dziewięć bilionów dolarów, niemal na tyle, co wszyscy poprzedni prezydenci razem wzięci. Choć i tak w ciągu trzech poprzednich lat roczny deficyt fiskalny udało się zredukować z przeszło biliona dolarów do kwot rzędu 500-600 mld USD.
Pod koniec marca nawet Biuro Budżetowe Kongresu (Congressional Budget Office - CBO) alarmowało, że „jeśli obecne prawa pozostaną zasadniczo niezmienione, to (...) rosnące deficyty budżetowe gwałtownie zwiększą dług publiczny w ciągu następnych 30 lat; może on osiągnąć 150% PKB w roku 2047. Perspektywa tak dużego i rosnącego długu stwarza znaczące ryzyko dla narodu i stawia polityków przed istotnym wyzwaniem”.
Zobacz także
Dług publiczny USA niebezpiecznie narasta nie tylko w ujęciu nominalnym, ale też w relacji do PKB. Przed wybuchem kryzysu finansowego zadłużenie federalne oscylowało na umownej granicy bezpieczeństwa w postaci 60% produktu krajowego. Amerykańscy decydenci postanowili „rozruszać” gospodarkę potężnymi porcjami nowego długu. Efekt był mierny: sam tylko dług publiczny rósł szybciej niż PKB, w efekcie czego relacja długu do PKB jeszcze w 2012 roku przekroczyła 100%. Na koniec 2016 roku wyniosła 105,9%. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów rozwiniętych. Mocniej obciążone długiem publicznym są jedynie Belgia, Portugalia, Włochy, Grecja oraz Japonia.
Czy USA zbankrutują?
Wysokie zadłużenie nie musi prowadzić do szybkiego bankructwa kraju. Tym bardziej, że Stany Zjednoczone są przypadkiem szczególnym. Emitują najważniejszą walutę rezerwową świata, posiadają największą i najbardziej innowacyjną gospodarkę, rynki finansowe, najpotężniejszą armię, wiarygodne prawo własności oraz (względnie) nieskorumpowany i skuteczny system sądowniczy. Dlatego też nie należy oczekiwać, iż któregoś dnia komornik zacznie licytować amerykańskie lotniskowce.
Państwa nie bankrutują tak, jak firmy prywatne. Nie następuje wyprzedaż majątku państwowego na licytacji, a wierzyciele raczej nie mają szans w krajowych sądach. Bankrut po prostu wstrzymuje płatności odsetek i pożyczonego kapitału. Dopiero po latach negocjacji następuje „restrukturyzacja” długu, na czym wierzyciele zwykle tracą kilkadziesiąt procent. A czasem tracą wszystko.
Tyle że państwa rzadko kiedy nie wywiązują się ze zobowiązań denominowanych w krajowej walucie. Trudno jest zbankrutować w papierze produkowanym przez własny bank centralny, którego niezależność w kryzysowych sytuacjach zwykle staje się fikcją. A rząd USA może spać spokojnie, ponieważ 100% zadłużenia denominowane jest w USD, których Waszyngton może wykreować tyle, ile zechce. Wystarczy jeden telefon do prezesa Rezerwy Federalnej, a ten „wydrukuje” tyle dolarów, ile będzie potrzeba, by wykupić obligacje Wuja Sama.
Dlatego prawdopodobieństwo tradycyjnego defaultu w stylu republiki bananowej (albo Polski z 1981 roku) w przypadku Stanów Zjednoczonych uważam za ekstremalnie niskie. Natomiast otwartą sprawą pozostaje kwestia siły nabywczej USD w przypadku zmasowanej monetyzacji amerykańskiego długu przez Fed. W gruncie rzeczy inwestorowi nie robi wielkiej różnicy, czy zostanie „przystrzyżony” na nominale obligacji o 60 proc., czy też siła nabywcza „zielonego” zmaleje o 60 proc. W takim wypadku dolar przestałby być najważniejszą walutą rezerwową świata, co prawdopodobnie wiązałoby się z upadkiem obecnego ładu monetarnego i zastąpieniem go konstrukcją bardziej multilateralną.
Ameryka nigdy nie bankrutuje. Czyżby?
Na papierze Stany Zjednoczone mają nienaganną historię kredytową, spłacając zobowiązania od początku swego istnienia – czyli od końcówki XVIII wieku. Ale w tej krystalicznej historii kryją się dwie dość poważne rysy. Niektórzy uważają je za faktyczne bankructwa USA.
Pierwszym z nich była decyzja prezydenta Franklina D. Roosevelta ze stycznia 1934 roku o dewaluacji dolara. Roosevelt najpierw dokonał konfiskaty prywatnie posiadanego złota (słynny dekret 6102), a następnie podniósł jego cenę z 20,67 USD do 35 USD za uncję. Była to dewaluacja dolara o blisko 40 proc.! W ten sposób USA wypowiedziały warunki funkcjonującego od dekad standardu złota i dokonały rabunku na posiadaczach USD. Ruch ten niewiele różnił się od niespłacenia zobowiązania z tytułu obligacji skarbowych.
Drugie „zdarzenie kredytowe” w historii USA miało miejsce 15 sierpnia 1971 roku, gdy prezydent Richard Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto. Aż do tego dnia dolary będące w posiadaniu zagranicznych banków centralnych były wymienialne w Rezerwie Federalnej po kursie 35 USD za uncję. Czyli jeden dolar był wart ok. 0,88867 gramów złota. Teraz jeden dolar wart jest niespełna 0,025 gramów złota – a więc przeszło 35 razy mniej niż 46 lat temu. Równie dobrze Departament Skarbu mógłby uznać, że posiadacze obligacji USA tracą 97 proc. zainwestowanych pieniędzy. Skutek ekonomiczny był w każdym razie podobny, choć rozłożony w czasie.
Zatem na sprawę ewentualnego bankructwa USA trzeba patrzeć przez pryzmat siły nabywczej dolara, a nie pojedynczego zdarzenia kredytowego, które zatrzęsłoby posadami świata finansów. To drugie raczej się nie wydarzy. Ale szanse na to, że rząd USA zwróci pożyczone pieniądze w sile nabywczej choćby zbliżonej do obecnej w perspektywie następnych 20-30 lat, są w mojej ocenie także bliskie zeru. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że dług USA – podobnie jak większości państw rozwiniętych – jest niespłacalny. A przynajmniej nie w pieniądzu o sile nabywczej choćby zbliżonej do obecnej.
#naBankiera, czyli czytelnicy decydują, o czym pisze Bankier.pl
Ten artykuł powstał, bo tego chcieliście. W ostatniej sondzie, w której oddaliśmy wam głos w sprawie wyboru tematyki artykułów, wskazaliście na temat bankructwa Stanów Zjednoczonych. Kolejna sonda pojawi się w portalu już 2 czerwca - zapraszamy do głosowania na kolejny tekst #naBankiera!


























































