We wtorek o godzinie 14:30 za baryłkę europejskiej ropy Brent płacono równe 98 dolarów, czyli o 1,2% mniej niż dzień wcześniej. Po osiągnięciu najwyższego poziomu od września 2008 roku w ciągu ostatnich czterech dni cena ropy Brent spadła w sumie o 5,3 USD.
Sygnał do wyprzedaży naftowych kontraktów dał dzisiaj Ludowy Bank Chin, który podwyższył główne stopy procentowe o 25 punktów bazowych. Ten ruch ma na celu stłumienie szybko rosnącej inflacji oraz opanowanie bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości. Skutkiem ubocznym może być jednak spowolnienie wzrostu gospodarczego, co zapewne negatywnie odbiłoby się na globalnym popycie na paliwa.
Rynek reaguje też na względne uspokojenie nastrojów wokół Egiptu, gdzie pod naciskiem zachodnich mocarstw podejmowane są próby złagodzenia reżimu i zmiany władz. To zaś oddala i tak mało prawdopodobne widmo zamknięcia Kanały Sueskiego, które pod koniec stycznia tak przestraszyło rynki finansowe.
Niemniej jednak na rynku ropy wciąż utrzymuje się anomalia w postaci ogromnej różnicy pomiędzy cenami w Londynie i Nowym Jorku. Podczas gdy wykres ropy Brent wyrysował ostry szczyt, to notowania surowca z Teksasu od początku grudnia pozostają w trendzie bocznym i wahają się w przedziale 86-93 USD za baryłkę. W rezultacie różnica w cenach pomiędzy Europą i Ameryką utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie ok. 12 USD na baryłce.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl



























































