REKLAMA

Ciężarówką z Beludżystanu do Polski

2009-05-06 11:58
publikacja
2009-05-06 11:58

Do Pakistanu trafiłem całkiem przypadkowo, kiedy autostopem wraz kumplami jechaliśmy do Indii. Z Chin nie było innej drogi.

Pamiętam to dziwnie nieokreślone uczucie, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Pakistanem. Jeszcze przed granicą wszystko we mnie zaczęło się zmieniać. Takie dziwne uczucie, jakbym odnalazł miejsce, którego zawsze szukałem, a choć nie miałem wtedy zbyt wiele czasu na zastanawianie się, gdyż spieszno nam było do Indii, czułem że tam jeszcze wrócę, że muszę tam wrócić.

No i stało się. Z Indii wracaliśmy z kumplem do Polski hinduskimi motocyklami enfield india bullet 500. Wtedy to pierwszy raz przejeżdżałem przez Beludżystan. Niektórzy twierdzą, że to z racji bliskości Afganistanu, niezwykle niebezpieczny region, że to „Dziki Zachód”, i że lepiej się tam samemu nie zapuszczać, ale to bajki powleczone w mdłą papkę propagandy, wydumane z przypadkowych rozmów mętnych umysłów, nie mające nic wspólnego z prawdziwym doświadczeniem. Dla mnie to ziemia obiecana, to miejsce w którym życie pulsuje silnym rytmem płynąc własną kocią ścieżką, prawie niezależnie od obranego nurtu polityki i kontroli władz. Beludżystan jest instynktowny i rządzi się własnymi prawami. Harmonia utrzymywana jest świadomością siły i obyczaju odwetu.



Jeśli się boisz i pojedziesz tam nie zrzucając klamer obaw, lęk zamknie ci oczy i zaknebluje usta, a ludzie to wyczują i po prostu nic się nie wydarzy. Jeśli zaś otworzysz się, „oduczysz życia” którego nauczono cię prowadzić, poznasz świat jaki istniał przed wiekami, świat kierowany instynktem, niesklasyfikowany i nieobjęty w ramy, świat już prawie wymarły w globalnej techno kulturze konsumpcji. Poznasz prawdziwe oblicze tradycji islamskiej, mądrość Koranu, piękno prostoty życia i niezmierzone oblicza ludzkiej miłości.

Pomijam trudności, jakie wiązały się z wjazdem hinduskim motocyklem z Indii do Pakistanu - dla chcącego nic trudnego. Pamiętam jak dziś, stałem przy ulicy w Quecie i próbowałem odnaleźć przyczynę spadku mocy silnika. Zatrzymało się wtedy przy nas w toyocie hi-lux, chyba najpopularniejszym samochodzie w Beludżystanie, trzech Pasztunów pytając czy nie potrzebujemy pomocy. Zaprosili nas na kolację, a ponieważ jak się okazało mieliśmy sobie niezwykle wiele do powiedzenia spotkaliśmy się następnego dnia, i następnego, i następnego...

Co dzień fundowali nam niezwykle wystawne kolacje, zapraszali do swych domów przedstawiali przyjaciołom. Jeździliśmy po obrzeżach Quetty, na pustynię, przez zieloną granicę do Afganistanu, gościliśmy w osadach, w których prąd to luksus nie do wyobrażenia. Spotykaliśmy się z niezwykłą otwartością i gościną i praktycznie wszędzie można było porozumieć się po angielsku. Doskonałe poczucie humoru, wiele śmiechu, zażartych dyskusji o polityce, obyczajach, o USA, Izraelu, o Polsce i Pakistanie, o Biblii i Koranie mile wypełniało czas.

Wszystko na co miałem ochotę i co czasem zbyt pochopnie wypowiadałem, było dla nich obowiązkiem do wypełnienia. Co?.... chcesz zapolować na lisa? – to idziemy, chcesz pojeździć po pustyni toyotą? – masz kluczyki, chcesz złapać skorpiona? – pokażę ci pod jakimi kamieniami się chowają, chcesz zobaczyć jak powozi się tym kolorowym traktorem – poczekaj, trudno się go uruchamia, sam nie dasz rady. Chcesz postrzelać – nie ma sprawy, mamy tu wiele sprzętu do zabawy. Co wolisz, kałacha, bazukę, rpg, granat, wszystko? He he, tylko pojedźmy gdzieś dalej. Jak zwykli tłumaczyć mi nowi znajomi: „in Pakistan everything is possibile” i to prawda. No może z wyjątkiem flirtowania z kobietami, ale jeśli ktoś chce uprawiać turystykę seksualną powinien raczej udać się do Tajlandii. W Beludżystanie kontakt z kobietami jest praktycznie niemożliwy.

Jadałem posiłki, o jakich wcześniej nie słyszałem: kurczak malaj, kurczak karai, dziwaczna wołowina o nazwie, której nigdy nie zapamiętałem, sabzi, dal, naan i wiele innych – po prostu najlepsze żarcie na świecie. Początkowo, kiedy nie byłem jeszcze obeznany z miejscowym obyczajem często chciałem płacić za te zbytki, ale po paru sytuacjach kończących się gniewem pakistańskich współtowarzyszy na widok wyjmowanego portfela, zaniechałem próby płacenia za cokolwiek. Nie było takiej możliwości. Nam, Europejczykom trudno jest zaakceptować takie jednostronne warunki.

Habib, Abdullah, Nisar, Aino, Fateh, Sultan stali się moimi najbliższymi przyjaciółmi. Kiedy jestem w Polsce regularnie utrzymujemy kontakt mailowy, smsowy, wysyłamy do siebie paczki, czasem dzwonimy. Dzień przed wyjazdem rozmawiałem z Habibem o starych angielskich motocyklach, gdyż jest ich naprawdę wiele w Pakistanie, a jak ktoś ma hopla na punkcie motocykli to z pewnością nie przejdzie obojętnie obok starego triumpha, AJS, BSA, czy też kultowego nortona. Wiele razy nogi uginały mi się na widok tak „tatarsko” eksploatowanych, starych maszyn. Nie mogłem uwierzyć, że można nimi tak zwyczajnie jeździć w brudzie, piasku i kurzu.



Pomyślałem o przywiezieniu takiego sprzętu do Polski, tym bardziej, że przed wyjazdem Habib pokazał mi starą szopę wypełnioną tymi maszynami po brzegi. Mdlałem z zachwytu. „OK, next year if you will come we will find for you the best bikes you have ever seen”, mówił Habib. Ziarno zostało zasiane...

W następnym roku piekielną furą renault 19 wraz z przyczepką znalazłem się znów w Quecie. Tym razem pojechałem z dziewczyną – wystrzałową Jadźką. Powitanie nie miało końca, jeden dzień, drugi, trzeci... Wywieźli nas do wsi niedaleko Chaman, tuż przy samym Afganistanie i tam wspólnie biesiadowaliśmy przy suto zastawionych stołach, paląc huke (rodzaj pakistańskiej sziszy) grając w karambota (skrzyżowanie biladra i kapsli, gra niezwykle popularna w Beludżysttanie), ćmiąc jointa za jointem. Dziwne z jaką normalnością potrafili odnosić się do Jadźki. Wydawało mi się, że uwarunkowania obyczajowe, tak mocno przecież zakorzenione w szczególnie mało rozwiniętych regionach Pakistanu, stworzą bariery nie do przełamania w kontaktach z kobietą. Obawy moje jednak okazały się śmieszne. Lody spłynęły jak pod naporem słońca pustynnego i byliśmy niczym starzy kumple mielący ozorem wszystko o wszystkim bez żadnych zahamowań. Dziwne, że czasem z większym skrępowaniem muszę wypowiadać się w Polsce niż w Beludżystanie. Lecz o interesach nie mogło być nawet mowy. „Later man later, we have a time” wołali chórem. W Beludżystanie wszystkiego brakuje, ale czasu nigdy.

Dopiero po tygodniu wróciliśmy do Quetty, my zaś czując ciśnienie uciekającego czasu, coraz bardziej nerwowo zaczęliśmy rozglądać się za motocyklami. Interesy z Pakistańczykami nie należą do łatwych, a już z pewnością nie do szybkich. W mieście poszła fama, że „Biali” szukają starych motocykli do kupienia i od razu ceny poszły o 300% w górę. To był błąd - rzekł Habib - że szukaliście sprzętu na własną rękę. Przyjechaliście do mnie, dlaczego na mnie nie zaczekaliście - grzmiał z wściekłości...

Ceny, jak na moją kieszeń były straszne. Po 3-4 tysiące dolarów za sztukę, abstrakcja, nie do zaakceptowania. Zupełnie inaczej zapowiadało się to w zeszłym roku, pomyślałem, kiedy to chłopaki zaklinali się, że za starego „angola” cena wynosi najwyżej 300 dolarów. Wszystkich ogarnęła konsternacja, niezwykle mocno przeżywali fakt takiego biegu wydarzeń. Czasem chłopaki jakby dosłownie obwiniali się, iż nie mogą załatwić nam tych motocykli, że obiecali nam je i nic. Allach widzi wszystko i nie jest zadowolony - prawił Abdullah. Co dzień spędzaliśmy kilka godzin na bezowocnych targach i próbach podejścia właścicieli motocykli. W końcu po paru trudnych tygodniach zebrało się odpowiednie towarzystwo w jednym miejscu i w jednym czasie Habib, Abdullah, Aino, Fateh, Sultan, Nisar którzy jak zwykli o sobie mawiać, „razem mają niezwykłą siłę perswazji”. Nie wiem dokładnie jak wyglądał sam fakt dobijania targu, gdyż zostałem z Jadźką w pokoju, ale kiedy pewnego wieczora zawołali nas żebyśmy zeszli na ulicę, stały tam dwa piękne angole AJS 16, 350cc z 1957 r. i triumph speed twin 500cc z 1963 r. z papierami i listami transferowymi (rodzaj umowy podpisywany odciskiem palca). Cena za obydwa wynosiła tysiąc dolarów. Jeeeeeeeeee! Po prostu nie mogłem uwierzyć - dwa piękne angole, na chodzie i to jakie, i to naszeeeee!!! Radości nie było końca, a chłopakom ulżyło.

Czas powrotu i pożegnań nadchodził. Jeszcze tylko mały wypad na pustynię do znajomych Habiba. Kilka osad już po stronie Afganistanu, upalna noc. Tu akurat prąd jest, jak to tłumaczył gospodarz, tylko że teraz go nie ma. Usiedliśmy w pokoju gościnnym, rozgrywając kolejne partie karambota przy blasku świec. Dziś mamy wyjątkową noc - tłumaczył gospodarz - właśnie wrócił z więzienia mój syn, wszyscy czujemy niezwykłą radość. Złote pierścienie na palcach, giwery na podłogach. Na stole stało parę butelek białego wina. Trochę dziwne - myślałem, gdyż spożywanie alkoholu w krajach islamskich należy do rzadkości. To z transportu dla amerykańskich żołnierzy - tłumaczył Habib widząc moje zdziwienie na widok butelek jak z europejskiej restauracji. Wiele towarów jest przechwytywanych podczas przewozu do Afganistanu.



Gospodarz to człowiek legenda, lokalny macho, ma opinię nieśmiertelnego i wszyscy darzą go niebywałym szacunkiem. Kiedyś podczas wojen z Sowietami strzelił z bazuki do wnętrza kopalni, podmuch eksplozji targnął nim na kilkadziesiąt metrów, lecz nic mu się nie stało. Jego rodzina wzbudza respekt wśród wszystkich lokalnych osad. Od pokoleń walczą z rządem Pakistanu i zawsze wychodzą na swoim, są nietykalni. To co macie ochotę postrzelać?, mam coś na specjalną okazję...

Upojna ciepła noc, w drodze powrotnej mijaliśmy najpiękniejsze ciężarówki świata. A może wrócić taką ciężarówką do Polski, krzyknąłem opętany szaleńczą wizją... Wszyscy wybuchnęli śmiechem, dobry dowcip, wróciłbyś chyba za rok - prawił Abdullah - albo wcale - wtórował mu Habib. Krótkie spojrzenia po sobie i już wiedzieliśmy jak będzie wyglądała zima i co zrobimy w przyszłym roku. Będziemy potrzebowali sporo szmalu, a ja nawet jeszcze nie mam prawa jazdy.

Na drogę dali nam skrzynki jabłek i brzoskwiń z rodzinnych sadów (ogromne 15 kilogramowe skrzynie), paczkę jointów skręconych z papierosów dla amerykańskich żołnierzy, litry pepsi, chipsy, tony prowiantu i torby nasuara. Do zobaczyska w przyszłym roku kuni (dupku) - tak z uczuciem do siebie wołamy - jesteś prawdziwym szaleńcem, ale jak rzeczywiście przyjedziesz po ciężarówkę, my ci ją załatwimy, a wiesz, że nie są to słowa na wiatr. I pamiętaj musisz mieć na nią co najmniej siedem tysięcy dolarów.

W 2006 r. kupiliśmy z Jadźką starego merca – beczkę 200D z 1977 r. za 1000 zł. Do Quetty dotarliśmy dopiero po półtoramiesięcznej podróży. Przeprawa przez Rosję okazała się mordercza, ale wyszliśmy zwycięsko. Wizja kupienia pakistańskiej ciężarówki pomogła nam przełamać najtrudniejsze bariery.

Tym razem, kiedy wszyscyśmy się spotkali nie byliśmy już przyjaciółmi, byliśmy jakby rodziną. Prezenty uściski, czasem łzy. Abdullah dostał od Jadźki nową dziewczynę - zawsze mu ich brakowało gdyż jako jedyny z towarzystwa oprócz mnie nie miał jeszcze żony. Tym razem szczęściarą okazała się dmuchana Murzynka prosto z warszawskiego sex shopu za 90 zł. Było się z czego się śmiać.

Wówczas mieliśmy szczęście spędzać w Beludżystanie dzień nieodległości, a dwa miesiące później Ramadan. Pakistan często jawi mi się jak rozbrykany nastolatek. Ma raptem 50 lat i w rzeczy samej jest jakby dorastającym chłopcem. Lekki i frywolny, jeszcze nie dorosły, jeszcze nie poważny... Dzień niepodległości mieni się kolorami flag, neonów, fajerwerków i świecących dachów oblepionych do granic możliwości błyskającymi lampkami. Na ulicach wszyscy tańczą; jazdy rikszą na tylnych kołach i strzelanie w powietrze to tylko cząstka lokalnych atrakcji.

Rozmów i radości nie było końca. Był jednak mały problem, wiza kończyła się i trzeba było przedłużyć ją w Islamabadzie. To prawie 2 tys. km od Quetty, droga lądem zajęłaby z pewnością około tygodnia.

Habib z Abdullahem długo się nie zastanawiali.... Nicolas, come Nicolas - pewnego popołudnia zawołał nas z ulicy Habib - jutro macie samolot do Islamabadu, tu są bilety! Załatwcie wizę i wracajcie, gdyż my, tym razem, nie możemy z wami jechać. Nie mieliśmy możliwości nie wziąć tych biletów, prawie się obrazili na pomysł drogi do Islamabadu mercedesem. Tylko uważajcie na samolot, to straszny wrak, podczas lotu wszystko się trzęsie i często musi awaryjnie lądować. Wiedzieli, że nigdy wcześniej nie latałem samolotem i opowiadali złowróżbne rzeczy. Mieliśmy pietra.

A rankiem ponowny szok, Abdullah i Habib śmiali się do rozpuku. Na lotnisku stał piękny i lśniący boening 767 PIA (Pakistan International Airlines), okazało się, że mamy bilety na klasę biznes...

Wróciliśmy po prawie dwóch miesiącach, gdyż w skoczyliśmy jeszcze do Indii. Zastaliśmy Quettę świeżo po zamieszkach: spalone domy i samochody. Żołnierze Muszarafa zabili Puktiego – najsilniejszego opozycjonistę w Beludżystanie. Komandosi ponoć otoczyli go w jaskini i zastrzelili jak psa, z tego powodu wybuchły zamieszki. Zaczął się Ramadan. Chłopaki wręcz nie mogli się go doczekać, a ich serca wręcz rozrywała radość. Jutro Ramadan – śpiewali - jutro Ramadan. Od rana do wieczora przez cały miesiąc żadnego picia, jedzenia, palenia w ciągu dnia, a po zachodzie słońca rozpustne uczty do utraty tchu. Co dzień na ulicach po obwieszczeniu przez meczety donośną modlitwą końca postu wszyscy ludzie częstują się daktylami i różnymi wypiekami. Potem pędzą do domów na wspólną kolację. Zostawiają sklepy, riksze, każdy się spieszy, każdy się cieszy. W mgnieniu oka po obwieszczeniu ulice wyludniają się. Później spędzaliśmy Ramadanu w Iranie. Jednak było to już zupełnie inne doświadczenie. Być może z racji silnych religijnych rządów i ostrych represji ludzie nie odczuwali z Ramadanu takiej radości. I znów Beludżystan jawi mi się niczym nastolatek, gdy tymczasem Iran to jakby dojrzały niczym nie wzruszony spokojny mędrzec.



Rozpoczęliśmy „Misję bedford” – wybranie najpiękniejszej pakistańskiej ciężarówki. Tu moje doświadczenia z kupnem motocykli, które dodawały mi pewności siebie, okazały się niewiele warte. Po trzech tygodniach jeszcze nic nie mieliśmy, a czas nieubłagalnie zaciskał się pętlą na naszych szyjach: kończyła się wiza; na Jadźkę czekała szkoła, a na mnie praca. W Quecie nie ma giełdy ciężarówek i praktycznie nikt nie chce ich sprzedawać. No chyba że za dwadzieścia tysięcy dolarów, ale to nie wchodziło w rachubę. Jeździliśmy po stacjach załadunkowych ziemniaków, bydła, piachu i szukaliśmy do znużenia tej jednej właściwej. I nic. Byliśmy już strasznie zmęczeni, a rezygnacja wisiała nad naszymi głowami dławiąc resztki nadziei.

Pewnego ranka wpadł do pokoju zdyszany Habib, nerwowo budząc nas emocjonującym wrzaskiem. Prędko, prędko, jest ciężarówka, jest chyba taka jaką chcecie, niedługo wyjeżdża z piaskiem daleko za Quette, albo teraz albo nigdy, prędko!

Habib jeździł wtedy czarnym mitsubihi 3000 GT, oczywiście bez rejestracji. Tutaj nie trzeba zbędnych formalności – prawił z uśmiechem. To co zobaczyliśmy powaliło nas na łopatki. Wymarzony bedford, cudowny, błyszczący w słońcu, szał kolorów i emocji na sześciu kołach. Szczypaliśmy się w ręce czy może przypadkiem nie śpimy. Nie ma słów określających naszą radość. Był tylko zachwyt i pożądanie. Rocket (tak zwą w Pakistanie bedfordy) jest jak sen dziesięciolatka, któremu co wieczór babcia czyta bajki, a wyobraźnia umyka narzuconym konwenansom. Bo czy można na jawie wymyślić coś równie niepojętego? Ale.... no właśnie, dlaczego zawsze musi być jakieś „ale”... Właściciel chciał za niego 12 tys dolarów. Nie muszę dodawać, że nic nie wiedział, że ciężarówka ma być dla nas. Gdyby tylko wydało się, że Habib, Fateh i Abdullah chcą kupić ciężarówkę nie dla siebie lecz dla nas, cena byłaby znacznie większa. Ile macie kasy? - pytał Habib. 7 tys. dolców na ciężarówkę i niewiele więcej na powrót. Nie wyglądało to dobrze.

Wieczorem mieliśmy grobowe miny, trudno, widać tak musiało być, może innym razem, przynajmniej oddamy kasę i nie będziemy mieli długów.

Następnego dnia przyjechał do nas Habib sam, usiadł przy łóżku i pytał co teraz zamierzamy i czy ktoś w Polsce może nam pożyczyć brakujące 5 tys. Niestety nie... Zjedliśmy śniadanie po czym, Habib tak po prostu wyjął z kieszeni 300.000 rupii (równowartość pięciu tysięcy dolarów) i rzekł: nie mogę puścić was do domu bez rocketa. Weźcie te pieniądze kupcie ciężarówkę i bądźcie szczęśliwi. Ale proszę, nie mówcie nikomu, że macie te pieniądze ode mnie.

Jak to było dalej? Zapraszamy na film.

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Gembalik, Mikołaj Książek
Źródło:
Tematy
Weź udział w promocji i zgarnij premię
Weź udział w promocji i zgarnij premię

Komentarze (3)

dodaj komentarz
~MaUpa
Gratuluje wyprawy i znajomości :) Ciekawi mnie tylko co zamierzasz zrobić a tym Bedfordem w Polsce?? Do przedmówców: Widzę głupotę albo totalną ignorancje a najprawdopodobniej jedno i drugie. te motory odsprzedali by za 500$ gdyby nie wiedzieli ze to dla białych( taki podatek etniczny) Widocznie jego pakistańscy przyjaciela znaleźli Gratuluje wyprawy i znajomości :) Ciekawi mnie tylko co zamierzasz zrobić a tym Bedfordem w Polsce?? Do przedmówców: Widzę głupotę albo totalną ignorancje a najprawdopodobniej jedno i drugie. te motory odsprzedali by za 500$ gdyby nie wiedzieli ze to dla białych( taki podatek etniczny) Widocznie jego pakistańscy przyjaciela znaleźli sprzedawców co nie wiedzieli że europejczycy szukają sprzętu. pozdrawiam.
~bcc
cytat: "Harmonia utrzymywana jest świadomością siły i obyczaju odwetu."

co za pierdzielenie, zamiast napisać 'po polsku' autor bawi sie w poezję pfff...
~Jacek
Zastanow sie lepeiej w jaki sposob kupiles te motory Jezeli kazdy chizal po 4 tys dolarow za sztuke Ale to przeciez Cie nie interesuje czy komus przystawili kałacha do glowy Pacan

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki