REKLAMA

Argentyna- Latynoska Europa

2011-01-05 14:00
publikacja
2011-01-05 14:00

500 lat temu na terenach należących dziś do Argentyny żyli Indianie. Obecnie ten kraj nazywa się latynoską Europą, bo argentyńskie społeczeństwo jest zdominowane przez imigrantów ze Starego Kontynentu. – Mimo że pierwsi osadnicy byli Hiszpanami, teraz 50 proc. mieszkańców kraju ma włoskie korzenie. Na przełomie XIX i XX wieku przybyło tylu Włochów, że zmienili naszą kulturę – mówi Claudio Di Gregorio, konsul Republiki Argentyńskiej w Polsce, dodając, że Argentyńczycy posługują się nawet językiem hiszpańskim, który ma włoski akcent. W maju tego roku mija 200 lat od tzw. rewolucji majowej, którą uznaje się za początek niepodległości Argentyny, wyzwolonej spod hiszpańskich wpływów.

Na tropie „argentyńskości”

Gdyby ktoś szukał słów kluczy związanych z Argentyną, zasadne byłoby odesłanie go do książek, zmarłego na początku ubiegłego roku, Tomása Eloya Martíneza, argentyńskiego pisarza i publicysty. W jego twórczości pojawia się triada: Buenos Aires–tango–Borges, niezawodnie naprowadzająca na trop „argentyńskości”. Ponadto ten, jak nazywają go krytycy, „biograf peronizmu” swe publikacje poświęcił w dużej mierze działalności Juana Domingo Peróna (1895–1974) i jego żony Evy. Dość powiedzieć, że do dzisiaj politykom spoza obozu peronistów trudno się przebić w walce o prestiżowe urzędy państwowe. Liderem peronowskiej Partii Sprawiedliwości jest były prezydent Argentyny Néstor Kirchner. Należy do niej również obecna prezydent Cristina Fernández de Kirchner, żona Néstora. Tę parę nazywa się Clintonami Argentyny. I jak tu nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że peronizm to zjawisko, które bardziej się czuje, niż rozumie? Nadal święci triumfy, mimo że żonglował losami Argentyny, stawiając ją w obliczu potężnych kryzysów, którym musiała stawiać czoło, a przecież kiedyś była jedną z dziesięciu najbogatszych gospodarek świata. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku porównywano ją do Danii i Wielkiej Brytanii. Tymczasem w 2001 roku znalazła się w potrzasku gospodarczej katastrofy. Rząd ogłosił niewypłacalność, wstrzymano spłatę zagranicznego długu wynoszącego 132 mld dolarów i zamrożono depozyty bankowe. Kraj stracił 2/3 majątku, a na ulicach doszło do zamieszek. Tę trudną sytuację udało się na szczęście opanować.

Święta populistka

Nawiasem mówiąc, specjaliści od public relations mogliby się wiele nauczyć od Evy Perón, znanej powszechnie jako Evita. Ta, wywodząca się z nizin społecznych, aktorka i radiowa komentatorka, po mistrzowsku wykorzystując radio jako instrument politycznej propagandy, przyczyniła się do zwycięstwa swego męża w wyborach prezydenckich w 1946 roku i stała się duchową przywódczynią narodu. Jej zmysł polityczny i przywódczy talent pozwoliły uwierzyć ludziom w wizję socjalnego raju, który troszczy się o najbiedniejszych, zapewniając im odpowiednie świadczenia i uszczuplając podatki. Założyła Fundację Dobroczynności i zmuszała biznesmenów do hojnych datków, z których część lądowała na kontach w szwajcarskich bankach. Ubogie warstwy społeczeństwa rozpaczały, gdy Pierwsza Dama, pokonana przez chorobę nowotworową, zmarła w 1952 roku, mając zaledwie 33 lata. Przedmieścia Argentyny uznały ją za świętą i do dziś o niej pamiętają, nie bacząc na to, że jest ikoną populistycznego nurtu, który stworzył monstrualne – biurokratyczne i interwencjonistyczne – państwo.

Odwróceni od rzeczywistości?

Peruwiański pisarz Mario Vargas Llosa zastanawiał się, jak to możliwe, że Argentyna, mogąca być spichlerzem świata ze względu na zasoby naturalne oraz wielkie połacie żyznych ziem, tak łatwo ulega mrzonkom politycznych kuglarzy, ściągających na kraj nieszczęścia. Doszedł do wniosku, że to konsekwencja m.in. natury Argentyńczyków, mających skłonność do woluntaryzmu oraz utopii, do swoistej tęsknoty za fikcją. Zdaniem Vargasa Llosy doskonałą egzemplifikacją argentyńskiej duszy jest Jorge Luis Borges (1899–1986), uznawany za największego pisarza i poetę pochodzącego z Argentyny. Jego twórczość, jak podkreśla Peruwiańczyk, to „notoryczna pogoń za nierzeczywistością”. Jeśli podobną skłonność do marzycielstwa mają przedstawiciele elity politycznej, trudno się dziwić gospodarczemu nieurodzajowi, jaki przytrafia się ich ojczyźnie. Nie wdając się w polemikę z Vargasem Llosą, dodać należy, że Argentyńczycy uchodzą ponadto za bardzo spontanicznych i wylewnych. – Są o wiele mniej powściągliwi niż Polacy. Poza tym cechuje ich charakterystyczny kreolski spryt – mówi konsul Claudio Di Gregorio. Cenią sobie solidarność, co zawsze podkreśla Daniel Castellani, Argentyńczyk, od stycznia 2009 roku trener reprezentacji Polski w piłce siatkowej. I pewnie m.in. dzięki temu, że zawodnicy pracują na rzecz zespołu, a nie na rzecz własnego ego, już we wrześniu 2009 roku, zaledwie po dziewięciu miesiącach pracy z trenerem, po raz pierwszy w historii polskiej piłki siatkowej zdobyli złoty medal w mistrzostwach Europy. Mieszkańcy Argentyny cenią życie rodzinne. Lubią wspólnie grillować i rzadko kończą dzień przed północą. No bo czy nie szkoda tracić czasu na sen, gdy mieszka się w stolicy tanga?



W rytmie niespełnienia

„[…] pieśniarz tanga jest kimś, w kim słuchacz rozpoznaje swe własne uczucia” – pisał Tomás Eloy Martínez w swej książce „Tango w Buenos Aires”. Podobnie jest z tańcem, w którym manifestują się namiętność, pożądanie, pasja, zazdrość, miłość i niespełnienie. Obok żelaznych reguł dotyczących stawiania kroków można tu znaleźć przestrzeń na wyeksponowanie własnego „ja”, targanego przez różnorodne, często sprzeczne ze sobą, emocje.

Tango argentyńskie, wykonywane przy akompaniamencie fletu, gitary, skrzypiec i bandoneonu, zrodziło się przeszło 100 lat temu w biednych, robotniczych dzielnicach Buenos Aires: San Telmo i La Boca. To tu docierali imigranci z Europy, a także z Afryki. Teoretycy tanga twierdzą, że powstało ono jako wypadkowa ich nostalgii i niezaspokojonych potrzeb. – Kiedyś tango tańczyli wyłącznie mężczyźni. Być może dlatego, że początkowo właśnie oni tworzyli społeczność imigrantów, rodziny dołączały do nich dopiero po jakimś czasie – tłumaczy Claudio Di Gregorio. Tango kojarzy się również z domami publicznymi, z tego powodu nie od razu zyskało akceptację wyższych i średnich klas społecznych, a nawet przez jakiś czas było zakazane przez papieża Piusa X. Zdobyło popularność w dużej mierze dzięki rozwojowi kinematografii. Kobiety na całym świecie oszalały, ujrzawszy swego idola, Rudolfa Valentino, tańczącego tango w „Czterech jeźdźcach Apokalipsy”. I choć zmieniają się bohaterowie na dużym ekranie, widzowie nadal poddają się pięknu tanga, czy to jako tańca, czy jako pieśni. Wystarczy przypomnieć sobie „Zapach kobiety” z Alem Pacino wykonującym tango Gardela „Por una cabeza”; film „Moulin Rouge” z „El Tango de Roxanne” czy musical „Evita” z tangiem Andrew Lloyda Webbera. Tango stało się jeszcze bardziej ekscytujące, gdy znalazło się w cieniu niewyjaśnionej do dziś zagadki. Chodzi o śmierć Carlosa Romualda Gardela (1890 –1935), uważanego za największego śpiewaka tanga i kompozytora, który wprowadził do tego utworu lirykę. – Gardel, bożyszcze kobiet, zginął w katastrofie lotniczej nad Kolumbią. Dokładnie nie wiadomo, co było jej przyczyną, ale pojawiają się przypuszczenia, że na pokładzie samolotu doszło do strzelaniny i jedna z kul trafiła pilota – opowiada Claudio Di Gregorio. Nasz rozmówca dodaje, że konserwatyści, m.in. Borges, uważali, że od czasów Gardela rozpoczęła się dekadencja tanga. Zresztą z krytyką spotykał się też Astor Piazzolla, który o swych utworach mawiał, że to „muzyka popularna miasta Buenos Aires”. Nie chciał nazywać ich tangiem, bo budziło to sprzeciw. Dziś ten miłośnik Bacha jest postrzegany jako kultowa postać muzyki klasycznej i jazzu. Jednak jego nazwisko, na przekór krytykom, najbardziej kojarzy się właśnie z tangiem, które w 2009 roku zostało uznane przez UNESCO za część niematerialnego dziedzictwa kulturalnego ludzkości.

Buenos Aires jak wielka wygrana

Jak przekonywał Martínez, tango to nie tylko pieśń i taniec, ale również duch, istota Buenos Aires, pomost między jego przeszłością, teraźniejszością i przyszłością; przewodnik po uliczkach tego miasta, skrywających wiele tajemnic i zadziwiających ludzkich losów. W dzielnicy La Boca na ulicy El Caminito zobaczyć można mnóstwo lokali, w których odbywają się pokazy tanga. W tej samej dzielnicy jest stadion La Bombonera, na którym w latach 70. karierę rozpoczynał Diego Maradona, uchodzący za najlepszego gracza w historii futbolu i okrzyknięty najlepszym zawodnikiem XX wieku w sondażu FIFA. „El Diez” jest dziś selekcjonerem kadry Argentyny. Miłośnicy „Tańca z Gwiazdami” mieli nadzieję, że da się poznać jako prawdziwy tangero, ale poległ po trzecim odcinku włoskiej edycji programu, w której wystąpił w 2005 roku. Buenos Aires to również ponad 100 teatrów, 50 muzeów, mnóstwo parków, secesyjnych kamienic, a także restauracji, które zajmowały niepoślednie miejsce w życiu tamtejszej elity intelektualnej. Julio Cortázar (1914–1984) wiele czasu spędził w London City Bar, gdzie pisał i delektował się melancholijną atmosferą stolicy. Lokal uwiecznił zresztą w swej powieści „Wielkie wygrane”. W nim właśnie spotykają się bohaterowie książki – szczęśliwcy, którzy w loterii wygrali rejs luksusowym statkiem. Rejs okazał się wprawdzie koszmarem, ale London City Bar stał się sławny, więc nic dziwnego, że autor do dziś ma w nim swój stolik. O Cortázarze mówi się jako o najbardziej europejskim spośród pisarzy tzw. boomu iberoamerykańskiego, ale w końcu większość życia spędził w Paryżu, dokąd wyjechał zniechęcony rządami Peróna. Jego najsłynniejsza książka, „Gra w klasy”, dowodzi, że awangardzista rezygnujący z linearnej narracji może napisać wspaniałe czytadło, które rzuca na kolana czytelników. Inna sprawa, że to także zasługa polskiej tłumaczki Zofii Chądzyńskiej, która w latach 60. dokonała genialnego przekładu, mimo że początkowo autor nie darzył jej specjalnym zaufaniem. Jednak gdy „Gra w klasy” ukazała się w Polsce i Cortázar przybył na spotkanie z czytelnikami, nie mógł wyjść z podziwu – przyszły takie tłumy, że trzeba było wzywać milicję, by pilnowała porządku. Pisarz miał wtedy szepnąć Chądzyńskiej: „Ech, cholera cię wie, che, co ty tam napisałaś”.

Święci na sprzedaż

W Buenos Aires można znaleźć polskie klimaty. Café Tortoni, z wieloma pamiątkami po wybitnych twórcach, bardzo przypomina krakowską Jamę Michalikową. Ale to nie ona odegrała ważną rolę w życiu Witolda Gombrowicza, który wyjechał do Argentyny tuż przed wybuchem II wojny światowej i mieszkał w niej aż do lat 60. W swoim „Dzienniku” opisał lokal El Querandí. Wpadał tu często na poranną kawę i wiele zawdzięczał… ręce tutejszego kelnera, która czyniła to miejsce czymś, co interpretatorzy dzieł Gombrowicza określają mianem „centrum kosmosu”, „siedliskiem ad hoc utworzonego sacrum”. Równie ważna była dla polskiego pisarza restauracja Rex, gdzie grywał w szachy i gdzie wraz z argentyńskimi (i nie tylko argentyńskimi) przyjaciółmi dokonywał przekładu „Ferdydurke” na język hiszpański. Książka nie została doceniona przez krytyków, bo nie dość dobrze ją rozreklamowano. I pewnie było w tym sporo winy samego autora. Toczył on bowiem regularną wojnę z pisarzami i artystami skupionymi wokół wpływowej milionerki, a zarazem mecenaski sztuki i literatury Victorii Ocampo, wydającej czasopismo „Sur”. W tym środowisku obracał się m.in. Jorge Luis Borges. Argentyńska elita nie aprobowała, charakterystycznych dla Gombrowicza, prowokacji, skandali i obalania reguł obowiązujących w świecie literackim, dlatego nie widziała powodu, by promować jego książki. – Gombrowicz jest znany w kręgach współczesnej argentyńskiej elity intelektualnej, ale zawsze uchodził za człowieka trudnego charakteru – mówi Claudio Di Gregorio. Ten trudny charakter skazywał go też na niedostatek materialny. Polak potrafił być obcesowy wobec swoich potencjalnych dobroczyńców, którzy się na niego notorycznie obrażali. W 1959 roku, szukając sposobu na zarabianie pieniędzy, zainwestował we wtryskarkę do plastiku, którą wynajął swoim znajomym. Ci produkowali figurki popularnych w Argentynie świętych i sprzedawali je, a dochodami dzielili się z autorem „Ferdydurke”.

Kuchnia, której nie ma…

Niedawno prezydent Argentyny Cristina Fernández de Kirchner ogłosiła publicznie, że mięso wieprzowe poprawia jakość życia seksualnego, i przekonywała, że o wiele lepiej i przyjemniej jest spożywać grillowaną wieprzowinę, niż zażywać viagrę. To wystąpienie wywołało ogólnonarodową dyskusję, tym żarliwszą, że południowoamerykański kraj jest znanym w świecie producentem wołowiny. – Argentyna ma kształt befsztyku, więc jest na befsztyk skazana – żartuje konsul Claudio Di Gregorio. Rzeczywiście, to właśnie wołowina mocno zakorzeniła się w tutejszej tradycji kulinarnej, czego najlepszym przykładem jest asado – zwyczaj przyrządzania mięsa wołowego na wielkim metalowym krzyżu (lub grillu), który ustawia się w sąsiedztwie ogniska. Czekając, aż będzie gotowe, biesiadnicy piją wina, jako że Argentyna to piąty na kuli ziemskiej producent tego trunku. Do grillowanego mięsa (parrillada) w restauracjach często podaje się lekkie i złociste frytki soufflé, zaś na deser jada się kozi lub krowi ser z marmoladą z rodzimych owoców. – Nasz kraj może poszczycić się owocami bardzo dobrej jakości. Mamy pierwszorzędne jabłka, gruszki, brzoskwinie czy też owoce cytrusowe – podkreśla Claudio Di Gregorio. Wprawdzie ważnym składnikiem argentyńskiej diety jest mięso, ale i wegetarianie znajdą coś dla siebie, np. empanadas, czyli pierożki z warzywnym lub serowym nadzieniem. Na pytanie o potrawy charakterystyczne wyłącznie dla argentyńskiej kuchni konsul Claudio Di Gregorio odpowiada: – Kuchnia argentyńska jest cudowna, tyle że… nie istnieje. To kompilacja innych kuchni, m.in. hiszpańskiej i włoskiej. Niemniej połączenie obcych receptur z naszymi znakomitymi produktami dało naprawdę zachwycający efekt.

Justyna Welard

Źródło:
Tematy

Komentarze (1)

dodaj komentarz
~sqwind
Jestem po uszy zakochany w tym kraju,jego mieszkańcach,kuchni,muzyce i wszystkiemu co tworzy ten swoisty,niepowtarzalny i nie do podrobienia klimat.Słusznie mówią Brazylijczycy(chociaż uszczypliwie) na temat swoich sąsiadów,że to są Włosi mówiący po hiszpańsku,ale uważający się za Amerykanów.Wierzcie mi Państwo,ze obrabowanie banku Jestem po uszy zakochany w tym kraju,jego mieszkańcach,kuchni,muzyce i wszystkiemu co tworzy ten swoisty,niepowtarzalny i nie do podrobienia klimat.Słusznie mówią Brazylijczycy(chociaż uszczypliwie) na temat swoich sąsiadów,że to są Włosi mówiący po hiszpańsku,ale uważający się za Amerykanów.Wierzcie mi Państwo,ze obrabowanie banku celem zdobycia funduszy na zobaczenie tego wspaniałego kraju nie jest w moich oczach przestępstwem....

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki