Eskalacja wojny handlowej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami przyczyniła się do gwałtownego wzrostu cen złota. Tylko przez ostatnie 48 godzin królewski metal podrożał o przeszło 200 dolarów na uncji.


Na naszych oczach dzieje się to, co jeszcze kilka miesięcy temu mogło się wydarzyć jedynie w wyobraźni co bardziej kreatywnych goldbugów. Otóż dolarowe ceny złota bez jakichś jednoznacznie konkretnych powodów rosną po 100 USD/oz dziennie.
Jeszcze w środę nad ranem uncja królewskiego metalu wyceniana była niespełna 2 990 dolarów. A w piątek w nocy mieliśmy już nowy rekord leżący na wysokości niemal 3240 USD/oz. – czyli o 250 USD/oz więcej (lub jak kto woli: o 8,4%). Przed rokiem 2024 taki ruch „barbarzyńskiemu reliktowi” potrafił zajmować miesiące lub wręcz lata. Ale od pewnego czasu złoto – a przynajmniej jego giełdowe ceny - stało się znacznie szybsze niż dawniej.
Od początku roku dolarowe notowania złota poszły w górę o blisko 22% po tym, jak w roku 2024 wzrosły o 27,2% po zwyżce o 13,2% rok wcześniej. W ciągu nieco ponad 5 lat kurs „barbarzyńskiego reliktu” wyrażony w USD uległ podwojeniu i w ujęciu nominalnym notuje najwyższe poziomy w historii.
Warto przy tym wiedzieć, co rozumiemy pod pojęciem „cena złota”. Na portalu Bankier.pl publikujemy notowania najaktywniejszej (tj. o największej liczbie otwartych pozycji) serii kontraktów i aktualnie są to futures zapadające w czerwcu 2025 roku. I są one notowane wyżej niż kontrakt „najbliższy”, wygasający w kwietniu. Niektóre serwisy podają notowania kontraktu wygasającego najwcześniej i stąd bierze się ta różnica.
Ponadto po raz pierwszy od blisko pół wieku w grze jest także ustanowienie nowych rekordów w ujęciu realnym. A to dlatego, że po uwzględnieniu zaledwie „oficjalnej” inflacji CPI dla Stanów Zjednoczonych wciąż niepobity pozostaje rekord ze stycznia 1980 roku. Ówczesne 850 USD/oz. w lutym 2025 roku byłoby warte blisko 3 500 USD - wynika z kalkulatora inflacyjnego rządowego Biura Statystyki Pracy.
Co jest grane na rynku złota?
W codziennych raportach analitycy najczęściej uzasadniają rekordowo wysokie wyceny złota kilkoma czynnikami. Po pierwsze, jest to zmasowany popyt na królewski metal ze strony banków centralnych. Sam tylko Narodowy Bank Polski przez pierwsze trzy miesiące 2025 roku kupił prawie 50 ton. Po drugie, żółty metal kupują inwestorzy zarówno za pośrednictwem funduszy ETF/ETN jak i w postaci fizycznych sztabek i monet.
Wzrost popytu inwestycyjnego tłumaczy się wywołaniem przez prezydenta USA Donalda Trumpa światowej wojny celnej i eskalacją konfliktu handlowego z Chinami. To wywołuje gwałtowne reakcje rynków kapitałowych napędzanych lękiem przed recesją lub nawet głębokim kryzysem gospodarczym. A na ten ostatni banki centralne w ostatnich dekadach zwykły ostro ciąć stopy procentowe, przyspieszając w ten sposób tempo spadku siły nabywczej fiducjarnego pieniądza.
I być może to ostatnie ryzyko jest głównym motorem napędzającym wzrost cen złota w ostatnich tygodniach i miesiącach. Przez poprzednie 17 lat nauczyliśmy się, że współcześnie każdy kryzys jest „zadrukowywany” bilionami świeżo wykreowanych dolarów, euro czy jenów. Któregoś takiego dodruku system walut fiat może po prostu nie wytrzymać i wtedy lepiej mieć w portfelu coś bardziej namacalnego, czego żadna władza nie może dostarczyć w dowolnych ilościach. Tym czymś są m.in. złoto i inne kruszce (ale też akcje i nieruchomości).
Warto też dodać, że w kwietniu ustanowione zostały także nowe nominalne rekordy cen złota wyrażone w polskiej walucie. Cena kruszcu po raz pierwszy w historii przekroczyła 12 000 zł i autor tej depeszy musiał ponownie poszerzyć skalę na poniższym wykresie.
Warto dodać, że powyższy wykres ilustruje „giełdową” cenę złota. Czyli kurs najbliższej serii kontraktów terminowych na złoto pomnożony przez bieżący kurs USD/PLN. Aby stać się właścicielem fizycznie istniejącej złotej sztabki i monety trzeba do tej ceny doliczyć koszty bicia, transportu i marżę dilera.


























































