Notowania tureckiej liry osiągnęły najniższy poziom w historii. Za amerykańskiego dolara trzeba zapłacić już ponad cztery liry. Inwestorzy są zaniepokojeni nawet nie tyle sułtańskimi zapędami prezydenta Erdogana, co przede wszystkim stanem tureckiej gospodarki.


W piątek rano dolar amerykański był wyceniany na ponad 4,05 lir tureckich. Wcześniej kurs USD/TRY osiągnął historyczne maksimum na poziomie 4,0657. Przez ostatnie 12 miesięcy turecka waluta osłabiła się względem dolara o 8,5 proc., a przez trzy lata utraciła aż 36 proc. swej wartości. Patrząc z polskiego punktu widzenia, jedna lira kosztuje niespełna 85 groszy, choć jeszcze pół rok temu była warta ponad 1 zł, a dwa lata temu kurs TRY/PLN przekraczał 1,30 zł.
Patrząc w długim terminie, można dojść do wniosku, że turecka waluta znajduje się właściwie w permanentnym trendzie spadkowym. Ale nasilił się on po nieudanym puczu wojskowym z lipca 2016 roku. Próba zamachu stanu okazała się nieudana, a w jej wyniku prezydent Recep Tayyip Erdoğan przeprowadził czystki w aparacie państwa, szkolnictwie i mediach, obejmując praktycznie sułtańską władzę w Turcji.
ReklamaZobacz także
Równocześnie turecka gospodarka zmaga się z poważnymi problemami strukturalnymi. Choć tempo wzrostu PKB rzędu 7,3 proc. (w IV kw.) może imponować, to kraj zmaga się z poważną nierównowagą makroekonomiczną. Pierwszym jej objawem jest szybko pogłębiający się deficyt na rachunku bieżącym, który w styczniu pogłębił się do 7,1 mld USD wobec 2,7 mld USD rok wcześniej. Oznacza to, że tureckie przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe coraz mocniej zadłużają się za granicą.
Po drugie, inwestorów martwi szalejąca inflacja cenowa, która w marcu wyniosła 10,23 proc. wobec 10,26 proc. w lutym. Inflacja CPI na dwucyfrowym poziomie utrzymuje się w Turcji już od ponad roku. I nie bardzo są widoki na to, aby w tej kwestii w najbliższym czasie cokolwiek miało się poprawić. Turecki bank centralny pozostaje bowiem pod silną presją polityczną, aby nie podnosić stóp procentowych.
Zagraniczni inwestorzy to widzą i nierzadko wolą wycofać kapitał z Turcji, zanim jego wartość nie pochłonie inflacja i deprecjacja liry. Przeciwko podwyżkom stóp procentowych optuje sam prezydent Tayyip Erdogan. „Odbyłem spotkanie dotyczące stóp procentowych. Odnosiliśmy się do ich obniżenia. A potem, gdy byłem za granicą, bank centralny podniósł stopy procentowe. Podjęliśmy decyzję, a oni jej nie wykonali. Zrobili to za moimi plecami” – takie słowa miał według jednej z tureckich gazet wypowiedzieć Erdogan podczas ostatniego posiedzenia władz swojej partii.
Dzierżący niemal sułtańską władzę prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan już wiele lat temu zasłynął z kontrowersyjnej tezy, jakoby to wysokie stopy procentowe napędzały inflację. Wśród ekonomistów panuje rzadko spotykana zgodność poglądów, że w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie – to zbyt niskie stopy procentowe pobudzają inflację. Mimo to Erdogan wielokrotnie domagał się od banku centralnego obniżenia stóp procentowych, aby ulżyć dłużnikom i „pobudzić gospodarkę”.
Obecnie główna stopa procentowa w Banku Centralnym Turcji wynosi 8,00 proc., a więc jest o przeszło dwa punkty procentowe niższa od inflacji CPI. W ubiegłym roku tureckie władze monetarne usiłowały podnosić koszty kredytu niejako tylnymi drzwiami, zwiększając oprocentowanie pożyczek udzielanych bankom. Lecz wygląda na to, że Erdogan przejrzał tę sztuczkę i zażądał od banku centralnego obniżenia i tak zbyt niskich stóp procentowych.
Jeśli tak się stanie, to Turcji zagrozi kryzys walutowy na pełną skalę. Już pod koniec marca analitycy wspominali o ryzyku „spirali deprecjacyjnej” w przypadku liry. Teraz sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta, a lira wyznaczyła nowe minima. Najbliższe regularne posiedzenie władz Banku Centralnego Turcji zaplanowane jest na 25 kwietnia. Ale wcześniej – 11 kwietnia – poznamy dane o saldzie rachunku bieżącego za luty.


























































