REKLAMA

Turcja. Ku Azji czy ku Europie?

2011-05-17 12:30
publikacja
2011-05-17 12:30

Europejskie terytorium Turcji to zaledwie 3 proc. jej całkowitej powierzchni. Nic dziwnego, że jest ona istnym tyglem kulturowym, skoro od zachodu graniczy z Bułgarią i Grecją, od południa – z Syrią i Irakiem, od wschodu – z Iranem, Armenią i Gruzją, a od strony północnej, za Morzem Czarnym, leżą Rumunia, Ukraina i Rosja.

Turcja urzeka turystów architektoniczną i religijną odmiennością, a także cudami natury, takimi jak: wodospady, słone jeziora, wysokie góry czy półpustynne obszary południowo-wschodniej Anatolii. Zdjęcia do „Gwiezdnych wojen” w dużej mierze zostały nakręcone w Kapadocji, bo George Lucas nigdzie na świecie nie znalazłby tak księżycowego krajobrazu jak tutaj.



Religia w czterech ścianach

Trudno powiedzieć, jakim krajem byłaby dziś Turcja, gdyby nie Mustafa Kemal Pasza (1881–1938), znany jako Atatürk, czyli „ojciec Turków”, który pozostawał pod urokiem europejskiej cywilizacji. To on po I wojnie światowej stworzył nowoczesną republikę na gruzach Imperium Osmańskiego i został jej pierwszym prezydentem.

Dziś pewnie przewraca się w grobie, słysząc, jak przeciwnicy przyjęcia Turcji do UE podnoszą argument tendencji islamizacyjnych panujących w jego ojczyźnie. Istotą kemalizmu była bowiem absolutna sekularyzacja kraju, dotycząca nie tylko przestrzeni publicznej, ale także sfery prywatnej.

Zniósł kalifat, zdając sobie sprawę, że poczucie przynależności religijnej jest w Turcji silniejsze od przynależności narodowej. Uczynił swój kraj laickim pod względem prawnym i konstytucyjnym. Przeniósł stolicę do Ankary. Dążył też do zmiany obyczajowości, wprowadzając gregoriański kalendarz, łaciński alfabet, obowiązek używania nazwisk i zakazując noszenia tradycyjnego stroju religijnego oraz chust w miejscach publicznych. Religia miała pozostawać sprawą prywatną.

Atatürk nie wypierał się zapędów nacjonalistycznych, lecz nie można określić go mianem szowinisty czy ludobójcy. Często mawiał: „Nasz nacjonalizm nie jest ani egoistyczny, ani arogancki”. Chciał zastąpić państwo islamskie kopiami zachodnich kodeksów, tworząc zeuropeizowane, demokratyczne państwo narodowe. Czy ten „gorset” Zachodu, mimo że mocno uciskał, był w stanie do końca zmienić mentalność tureckiego społeczeństwa?

Zamiatanie śmieci pod… chustę

Wzorujący się na europejskich standardach Atatürk wprowadził równouprawnienie kobiet. Już w latach XX ubiegłego wieku w tureckim parlamencie było kilkanaście posłanek. Niemniej nie pociągnęło to za sobą zmian m.in. w ich relacjach domowych, które miały zdecydowanie patriarchalny charakter. Elif Safak, jedna z najbardziej znanych pisarek tureckich, w rozmowie z „Wysokimi Obcasami” tłumaczyła: „Wraz z nastaniem republiki stałyśmy się obywatelkami. W tym sensie nasza emancypacja wygląda świetnie. Zostałyśmy obywatelkami, ale jednostkami nie. Nie takimi jak mężczyźni”. Ten stan rzeczy jest najwyraźniej widoczny w małych miejscowościach, gdzie wciąż liczy się przywiązanie do tradycji.

Doskonała ilustracja złożoności polityczno-kulturowego krajobrazu Turcji to sprawa chust, którymi muzułmanki przykrywają głowę. W 2008 roku rząd turecki zniósł wprowadzony przed laty zakaz ich noszenia na uczelniach. Zakaz ów pogwałcił uczucia religijne wielu wyznawczyń islamu i ograniczył ich prawa – te Turczynki, które uważały noszenie islamskiej chusty za konieczność, nie mogły studiować na publicznych uczelniach.

Jednak znane w Turcji kobiety, takie jak pisarka Nihal Bengisu Karaca i dziennikarka Fatma Diski, sprzeciwiły się posunięciu rządu. Uważają bowiem, że to mydlenie oczu mające odwrócić uwagę od poważniejszych tureckich problemów, takich jak niechęć do przyznania odrębności etnicznej Kurdom, ograniczanie wolności słowa i dyskryminowanie alewitów (wyznawcy odmiany szyizmu), których traktuje się jak członków sekty. Kobiety podkreślały także konieczność stworzenia nowej konstytucji.



Kres „szlachetnej ułomności”

Żadna reforma czy rewolucja nie zunifikuje ludzi z ich rozmaitymi pragnieniami i dążeniami. Trzeba więc przyjąć do wiadomości, że w Turcji żyją zarówno zwolennicy postaw proeuropejskich, jak i admiratorzy azjatyckiej spuścizny. Tureckie społeczeństwo doskonale sportretowała Elif Safak w, wydanym w Polsce, „Pchlim pałacu”, przedstawiając je jako mieszkańców jednaj kamienicy – ze wszystkimi konfliktami, zależnościami i niesnaskami. Każdy mówi tu swoim głosem. Niektórzy w ogóle się ze sobą nie spotykają, bo budynek ma kilka wejść. Turyści, którzy jadą podziwiać uroki Turcji, zgodnie twierdzą, że Turcy to niezwykle dumny, pewny siebie, a jednocześnie gościnny naród. Są nieco zdystansowani wobec świata, ale potrafią być spontaniczni i zaskoczyć temperamentem. Żyją z pasją, jeśli się w coś angażują, to na 100 procent.

Żartobliwie mówi się, że potrafią rozmawiać we wszystkich językach świata, co można zaobserwować na bazarach i placach targowych. W rzeczywistości opanowali do perfekcji obcojęzyczne zwroty grzecznościowe, by nawiązywać wysokich lotów relacje handlowe z kupującymi. A handel w ich wydaniu to prawdziwy majstersztyk. W jego istotę wpisana jest sztuka targowania się oraz umiejętność konwersacji z klientem, któremu zadają tysiące pytań.

Słyną z patriotyzmu. Służba wojskowa wiąże się z niezwykłym etosem. Tutejsza armia zajmuje zresztą ósme miejsce na świecie, jeśli chodzi o uzbrojenie i bojowe doświadczenie. Pod względem liczebnym zaś to druga armia w NATO.

Orhan Pamuk, turecki pisarz i laureat literackiego Nobla z 2006 roku, przypisuje Turkom cechę zwaną „huzun”. Jak wyjaśnia w powieści „Stambuł. Wspomnienia i miasto”, to swoista melancholia – „szlachetna ułomność” – wynikająca z tego, że Turcja leży na krańcu Europy, a jej obywatele, mimo że poddani wpływom Starego Kontynentu, nie mogą w pełni realizować europejskich standardów z powodu nie najlepszej sytuacji materialnej.
W arabskim określeniu huzun odbija się też stan ducha tureckiego społeczeństwa sprzed lat, które stanęło w obliczu próżni: bo imperium upadło, a to, co nowe, jeszcze się nie skrystalizowało. Huzun to wreszcie poczucie niemocy związanej z życiem we wspólnocie, w sieci zależności i powiązań blokujących drogę do bezwzględnego sukcesu. Tak było w Stambule głównie w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Teraz ludzie chcą być bogaci i nie mają skrupułów, by czuć się szczęśliwymi. Może więc huzun nie ma już racji bytu? – zastanawia się noblista.

Myśli krążące

Literatura turecka jest coraz chętniej czytana na świecie. Egzotyczna i głęboka, a zarazem pozbawiona odbierającego wiarygodność lukru, skutecznie wypiera twórczość hinduską. Orhan Pamuk (1952), autor m.in. „Śniegu”, „Nazywam się Czerwień” i „Nowego życia” – którego książki przetłumaczono na 40 języków – w swej twórczości czerpie zarówno z tradycji europejskiej, jak i orientalnej. Na świat islamski stara się spojrzeć oczami człowieka z Zachodu, uważa bowiem, że dobra literatura to nie wyrażanie samego siebie, lecz dotarcie do istoty drugiego człowieka i tkwiących w nim konfliktów. „W pisaniu tkwi czarodziej”, „Moją religią jest literatura” – te stwierdzenia oddają jego postawę wobec tego, co robi.
Swój stosunek do Europy określa jako miłość i nienawiść w jednym, jednak, jak przystało na przedstawiciela liberalnej inteligencji tureckiej, jest zwolennikiem demokratyzacji Turcji i włączenia jej do struktur unijnych. Globalizacja, jak mówi, wprawdzie zaciera różnice między narodami, ale jednocześnie otwiera społeczeństwa żyjące na uboczu świata. Daje liberalizm w różnych dziedzinach życia i gwarantuje wolność słowa. Wreszcie pozwala na wymianę myśli i idei, a te powinny swobodnie krążyć po świecie.

Nie byłoby Pamuka pisarza, gdyby nie było Stambułu. „Los tego miasta jest moim losem” – podkreśla. Wyjeżdża niechętnie i tylko po to, by poznać nowych ludzi i nowe miejsca do swoich książek. Nigdy nie idealizuje tego miejsca, pokazując zarówno czarno-białe ulice, jak i pozostałości osmańskiej świetności. Jednak jest świadomy jego niezwykłości – to tutaj znajduje się most nad Bosforem, który łączy Europę z Azją.

Stambuł jest muzyką

Stambuł to korynckie kolumny i akwedukty przypominające o rzymskiej cywilizacji. To Hagia Sophia i inne kościoły greckokatolickie przywołujące jedenaście wieków panowania chrześcijan. To wreszcie pałace sułtanów i meczety, a także Wielki Bazar oraz łaźnie tureckie – akcenty Imperium Osmańskiego. Nie brakuje tu też nowoczesnych galerii sztuki, butików i kawiarni.



Wśród osób zafascynowanych miastem jest Fatih Akin, mieszkający w Niemczech reżyser tureckiego pochodzenia, laureat Złotego Niedźwiedzia na Berlinale z 2004 roku. Jest on twórcą filmu „Crossing the Bridge”, znanego u nas jako „Życie jest muzyką”, w którym ukazuje Stambuł będący konglomeratem niesamowitych, dziwnych i niekiedy nieprzystających do siebie brzmień.

W tym muzycznym żywiole jest miejsce dla bardów, interpretatorów muzyki sufickiej, ulicznych grajków, hiphopowców, a także grup rockowych. Poznajemy m.in. Aynur Dogan, kurdyjską piosenkarkę, która zachwyca i wzrusza słuchaczy, doprowadzając ich do łez. Cała rodzina Aynur mieszka w Stambule, jednak ona często jeździ do kurdyjskich wiosek, by czerpać inspiracje do swej twórczości. W jej muzyce słychać wpływy arabskie, tureckie, kurdyjskie i żydowskie.

Pieśniarka zdobyła sławę dzięki filmowi Akina, choć występ u niego należał do ryzykownych, bo to reżyser, który potrafi być krytyczny wobec Turków, czym nie zaskarbia sobie sympatii decydentów. Być może Aynur wyszła z założenia, że nie ma nic do stracenia, bo sama, jako Kurdyjka i alewitka, jest w dość trudnym położeniu. Finał filmu to prawdziwa perełka – przebój „Music” Madonny w wykonaniu Sertab Erener, zwyciężczyni Eurowizji z 2003 roku, która, według niektórych, deklasuje królową muzyki pop.
Erener sprzedała aż milion egzemplarzy swej pierwszej płyty, wydanej w 1992 roku. Występowała z José Carrerasem, Rickim Martinem i Rusłaną. Jest wizytówką potężnej i słynnej tureckiej „marki” – muzyki rozrywkowej. Niejedyną zresztą. Inne gwiazdy tej branży to m.in.: Tarkan, Mustafa Sandal czy Serdar Ortaç.

Turcja uskrzydlona

Turcja dąży do uzyskania statusu zagłębia turystycznego Europy. Na jej terenie funkcjonuje coraz więcej nowoczesnych portów lotniczych. Lotnisko w Alanyi, na Riwierze Tureckiej, zostało zbudowane w ciągu 10 miesięcy. Koszt przedsięwzięcia osiągnął 100 mln dolarów. Obecnie obsługuje ono 15 mln podróżnych rocznie. Z kolei lotnisko w Izmirze przyjmuje w ciągu roku 5 mln turystów.

Turcy, jak przystało na przedsiębiorcze społeczeństwo, dbają również o rodzime linie lotnicze – Turkish Airlines – które przeżywają rozkwit i podbijają świat. A jeszcze niedawno konkurencja zacierała ręce, patrząc na posunięcia prezesa Turkisha – Temela Kotila. W czasach globalnego kryzysu wydawały się one istnym samobójstwem. Kotil – z wykształcenia inżynier lotnictwa, otwierał połączenia lotnicze, które zamykali tacy przewoźnicy jak Lufthansa czy Air France. Uruchomił loty m.in. do Delhi, Bombaju, Chicago, Sarajewa, Bahrajnu czy Chartumu. Poza tym zwiększał liczbę droższych miejsc nawet w największych samolotach. O dziwo, te działania okazały się trafione – w 2009 roku Turkish był trzecim najbardziej dochodowym przewoźnikiem na świecie. Prezes Kotil, zachęcony sukcesem, zamierza w najbliższym czasie uruchomić 17 nowych tras, m.in. do Indonezji.

Turkish Airlines to najszybciej rozwijające się linie lotnicze w Europie. W 2009 roku przewiozły przeszło 26 mln pasażerów. W 2012 roku ma być ich już 40 milionów. Prawdopodobnie będzie wśród nich niemało Polaków, biorąc pod uwagę fakt, że tureckie linie to bardzo poważny kandydat do wykupienia akcji LOT-u. Temel Kotil chce zachęcić Polaków do korzystania ze Stambułu jako przesiadkowego portu lotniczego w drodze do Afryki i na Bliski oraz Daleki Wschód. Gdyby tureckie linie lotnicze nawiązały współpracę z LOT-em, umocniłyby swą pozycję w Europie Środkowej, co pozwoliłoby zbliżyć im się do upragnionego celu: zdobycia statusu czwartego co do wielkości przewoźnika w Europie – po Lufthansie, British Airways i Air France.

Kotil ma bardzo nowoczesne spojrzenie na świat. Powtarza nieustannie, że „jakość nie ma narodowości”. Jego linii „strzeże” najsłynniejszy w świecie „bodyguard” – Kevin Costner, który jest ich twarzą, więc pewnie są skazane na sukces. W taki oto sposób Turkish Airlines staje się marką globalną. I być może tak samo – globalnie – powinniśmy spojrzeć na sprawę Turcji, która jest zbyt złożona, by ciągle wrzucać ją do azjatycko-europejskiego magla.

Justyna Welard

Źródło:
Tematy
Weź udział w promocji i zgarnij premię
Weź udział w promocji i zgarnij premię

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki