Zawsze ciągnęło ją do Azji i któregoś razu po prostu stamtąd nie wróciła. Polka, która u podnóża Himalajów prowadzi hotel, opowiada o trudach prowadzenia biznesu w miejscu, gdzie nieruchomości - mimo niedostatków prądu i wody - potrafią kosztować miliony dolarów i gdzie nikt nie liczy się z kobietami.
Często podkreśla, że Nepalczycy zauroczyli ją radością z życia, mimo trudnych warunków, w jakich przyszło im mieszkać. Szczerze przyznaje jednak, że nie jest to miejsce dla Europejki łatwe. Mimo to wzięła kredyt, po pół roku poszukiwań znalazła wymarzony budynek, wyremontowała go i otworzyła hotel dla turystów. Jak mówi, tym samym u podnóża Himalajów zbudowała sobie miejsce, które jest dla niej sposobem na kontakt z ludźmi Zachodu i własną kulturą.
Niestety pod koniec kwietnia br., po tragicznych w skutkach trzęsieniach ziemi, życie jej i jej rodziny zmieniło się nie do poznania. W #TamMieszkam rozmowa z Sylvią Neupane*, Polką od kilku lat mieszkającą w Nepalu.
Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Niedawno pisałaś w internecie: „Mieszkamy w namiotach. Boimy się”. Czy Ty i Twoja rodzina jesteście dziś bezpieczni?
Sylvia Neupane: Boimy się nadal. Żyjemy w oczekiwaniu na kolejne wstrząsy. Mieszkamy w namiotach już od miesiąca w trzy rodziny, łącznie 18 osób, same kobiety i dzieci, jeden 92-letni staruszek. Mój mąż mieszka w hotelu - ktoś musi być tam na miejscu. Mężowie pozostałych dwóch kobiet przebywają za granicą w Dubaju – wyjechali tam za pracą, jeden z nich już 12 lat temu.
Obecnie jesteśmy w namiotach poza Katmandu. Przenieśliśmy namioty w nowe miejsce, bo tu czujemy się bezpieczniej. Ale czy bezpiecznie? No tak do końca, to chyba nie... Przenieśliśmy się w to nowe miejsce także dlatego, że mamy tu stały dostęp do wody – publiczny pobór otwarty całą dobę. Nie ma żadnych ograniczeń co do ilości jej pobierania na jednego mieszkańca.
Oprócz tego dookoła nie ma praktycznie żadnych budynków, to otwarta przestrzeń, więc w razie kolejnych wstrząsów, nic się na nas nie zawali. W poprzednim miejscu mieliśmy namioty rozstawione tuż koło własnego domu, a dom popękał i grozi zawaleniem. Do urzędu wpłynął nakaz rozbiórki, czekamy na decyzję urzędników. Z opinii prywatnie powołanego przez nas specjalisty-budowlańca wynika, że dom grozi zawaleniem, jeśli pojawią się kolejne silne wstrząsy. Popękał przy samych fundamentach oraz w rogu budynku, trochę się też obsunął, co widać po tym, że drzwi nie wchodzą we framugi. Nie wróciliśmy więc do niego i nigdy już nie wrócimy.
Ostatnio zaczął się monsun, czyli pora deszczowa, pada codziennie. Czasami silny wiatr porywa nam namioty. Żyjemy z dnia na dzień, próbujemy cieszyć się chwilą i na bieżąco rozwiązywać te problemy, które rozwiązać możemy. Dzieci nie chodzą do szkoły, bo szkoły są zamknięte. Zresztą i tak ze strachu przed wstrząsami wtórnymi, które powracają tu każdego dnia, nikt tu na razie nie myśli o posyłaniu dzieci do szkoły.
Do ostatnich wydarzeń wrócimy jeszcze w dalszej części rozmowy, ale najpierw wyjaśnienie, co łącznie już siódmy rok robi w Nepalu dziewczyna z Polski. Jak wiem, to miejsce okazało się nieplanowanym przystankiem na trasie dosłownej podróży dookoła świata, którą zafundowałaś sobie za zarobione w Stanach pieniądze?
Zawsze chciałam pojechać do Nepalu. Już jako dziecko patrzyłam na biały rejon gór zwany Himalaje w atlasie geograficznym. Coś wewnętrznie zawsze mnie do nich ciągnęło.
Jeszcze jako dziecko dużo podróżowałam z rodzicami. W tamtym czasie mieszkałam też w Stanach Zjednoczonych. Później jako młoda osoba dwa razy zjechałam Europę. Szukałam czegoś innego, jakiejś innej jakości życia, której w Europie nie mogłam znaleźć. Wszystko zmieniła podróż do Indii w wieku 19 lat. Wiedziałam już, że można żyć i patrzeć na życie inaczej, że można być szczęśliwym i spełnionym człowiekiem bez posiadania i zdobywania dóbr materialnych. Po tej podróży do Indii zrodziły się kolejne marzenia o podróżach do Azji, myślałam szczególnie o Tybecie, Nepalu, Birmie i Bhutanie.
Kiedy trafiłaś do Nepalu i co sprawiło, że nie pojechałaś już w dalszą podróż?
Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Nepalu w 2003 roku, wiedziałam już, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Że nie muszę już dalej jeździć i szukać siebie i swojego miejsca. I choć nie jest to absolutnie żadne Shangri-la, to czuję dzisiaj, że tu jest mój dom. Jeździłam dalej po świecie, ale to było już tylko poznawanie nowych miejsc, poznawanie, jak ludzie żyją, myślą i działają.
Pierwszy, 4-letni pobyt w Nepalu zakończyłaś… przeprowadzką do Stanów. Co się stało, skąd taka decyzja? To były trudne 4 lata?
To były wspaniałe i… trudne lata. To jednak inna kultura, inny sposób myślenia i działania ludzi. To jednak ciągle kraj, gdzie mężczyźni decydują za kobiety, a kobiety służą mężczyznom. Nie bardzo mi się to podobało. Mam męża Nepalczyka – były takie momenty, że trudno było się porozumieć. A ja byłam w ciąży i przede wszystkim chciałam czuć się bezpiecznie. Chciałam rodzić dziecko w obecności swojego męża – to w Nepalu jest niemożliwe. Krew kobiety jest uważana za nieczystą; tutaj jeszcze w wielu miejscach, szczególnie w wioskach, kobieta może zobaczyć swojego męża 10 dni po porodzie. Ten okres uważany jest za czas oczyszczenia się, kobieta musi być godna swojego męża, a jej krew uważana jest za brudną.
Byłam w ósmym miesiącu ciąży, kiedy postanowiłam stąd wyjechać. Zadecydowała w zasadzie jedna konkretna historia: padał deszcz, wyszłam jednak z domu, droga była pokryta błotem, więc przewróciłam się obok swojego domu. Byłam w 7. miesiącu ciąży, więc mocno się wystraszyłam. Leżałam tak na tej drodze, bojąc się podnieść, dobre 10 minut. Moja sąsiadka widziała mnie, stała na tarasie swojego domu i patrzyła na mnie – nie przyszła mi jednak pomóc, zapytać, czy coś się stało. Wieczorem, kiedy mój mąż wrócił do domu, już w drzwiach oznajmił mi, że wie, że się wywróciłam. Byłam w szoku, że ona, kobieta, sąsiadka, nie pomogła mi. Jak się okazało, jestem spoza kasty. Nie dotyka się mnie. To zadecydowało, że w ciągu paru dni kupiłam bilet do Nowego Jorku. Chciałam po prostu czuć się bezpiecznie, a Nepal mi tego nie oferował.
Dlaczego wróciłaś? Pojawił się wtedy plan, że zakorzenisz się tam na dłużej?
Wróciłam dopiero cztery lata po wyjeździe – w tym czasie urodziłam w Stanach Zjednoczonych trójkę dzieci: chłopca i dwie córeczki, bliźniaczki. Chciałam rodzić tak, jak chcę, ze wsparciem, w poczuciu, że jest to coś pięknego, a nie brudnego. Nepal nie byłby pod tym względem dobrym rozwiązaniem – tu ciąża to ciągle coś wstydliwego – kobiety raczej ją zakrywają.
Zawsze natomiast miałam plan, żeby powrócić tu, gdy dzieci będą troszkę większe. Chciałam tutaj wychowywać dzieci, dać im rodzinę, której sama nigdy nie miałam. Tu dzieci wychowuje się wspólnie, rodziny są wielopokoleniowe, mieszka się razem z dziadkami, pradziadkami, kuzynami. To dużo miłości, dużo wsparcia, dużo uwagi poświęcanej dzieciom. Dzieci uczą się w ten sposób dzielić, robić różne rzeczy wspólnie.
Sprowadzałaś z Polski swoje rzeczy czy dosłownie zaczynałaś wszystko od nowa?
Zaczynałam wszystko od zera. Ale zawsze miałam pomysł – wiedziałam, że otworzę tu bed&breakfast.
Czym zajmowałaś się i z czego żyłaś w Nepalu zanim pojawił się ten pomysł?
W Polsce prowadziłam Instytut Nepalski, ale na odległość i nie dało się tym zarządzać tak, jak bym tego chciała.
Mój mąż od 17 lat ma w Nepalu agencję trekkingową. Organizuje wyprawy w góry i ekspedycje na najwyższe szczyty góry w Himalajach. On też robi to, co lubi, to jego pasja.
Ja lubię ludzi i kontakty z nimi. Bed&breakfast zawsze było moim marzeniem, nie miałam żadnego doświadczenia, ale wiedziałam, że dam radę.
Czy Europejce jest tutaj mocno trudniej na rynku pracy?
Europejka to tutaj ciągle kobieta – nie znajdzie pracy, nieważne, jaką ma profesję i doświadczenie. Kobiety nie prowadzą tu biznesów, nikt się z nimi nie liczy, rzadko wykonują jakieś zawody. Kobiety wykonują pracę w domu – gotują, sprzątają, piorą, wychowują dzieci.
Czy otwarcie hotelu dużo Was kosztowało? Dysponowaliście odpowiednią nieruchomością?
Aby hotel stał się rzeczywistością, wydaliśmy 108 tys. euro. Wzięliśmy na to kredyt. Chciałam, żeby było to miejsce, w którym podróżnicy będą mogli wypoczywać, więc ważne było dla mnie, żeby znaleźć taki budynek, gdzie można zrobić tarasy i kawałek ogródka. Długo szukałam budynku, który spełni moje oczekiwania – będzie położony w dzielnicy turystycznej, ale trochę na jej uboczu i z dala od tego zgiełku. Ponieważ dużo podróżowałam, wiedziałam, jakie oczekiwania mają turyści przyjeżdżający do Azji. Że powinno być to miejsce, które zapewni im poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie dając poczucie, że są w domu – takie „home away from home”.
W końcu, po pół roku poszukiwań, udało się znaleźć takie miejsce. Budynek był zniszczony, zaniedbany i wymagał zaadaptowania go na hotel. Wystawiono go na sprzedaż za 1 mln dolarów – za taką sumę można było nabyć 400-metrową działkę i 4-poziomowy dom w centrum Katmandu. Tyle kosztują tutaj nieruchomości. Właściciel zgodził się jednak podnająć budynek na 10 lat. Czynsz jest płatny raz w roku, z góry za cały okres, każdego roku wzrasta o 10%.
Zrobiliśmy tam wszystko od początku – w budynku nie było nawet jednej łazienki. Zrobiliśmy nową hydraulikę i nowe instalacje elektryczne, nowe ściany działowe, łazienki, kuchnie, tarasy, drewniane podłogi, drzwi i okna. Zależało mi, żeby użyć jak najwięcej materiałów produkowanych lokalnie w Nepalu. Używałam tutejszych kolorów, tkanin, ale zadbałam też o estetykę w moim europejskim rozumieniu, no i przede wszystkim o poczucie czystości. Trwało to cały rok. Powstało 9 pokoi z łazienkami, 2 tarasy, 1 apartament z kuchnią, mały ogródek i restauracja. Wyszło naprawdę fajnie, dokładnie tak, jak chciałam. Pół roku zajęło mi przeszkolenie kadry. Nie było to łatwe, Nepalczycy mają swoje zwyczaje i niełatwo się uczą.
Ale powstało bardzo fajne miejsce, które daje mi szansę na kontakt z ludźmi z Zachodu. Wiadomo, przyjeżdża tu cały świat. To dla mnie ważne, bo mam kontakt ze swoją kulturą, podobnym sposobem myślenia i działania. Nie czuję się wtedy taka wyobcowana, inna…
Czy konkurencja w branży jest duża? Rywalizacja jest czysta?
Jest to trudne – konkurencja mnie nie lubi. Zdarzają się pogróżki, wypisywanie fałszywych, negatywnych opinii na stronach internetowych, anonimy. W mniemaniu Nepalczyków kobieta nie może prowadzić biznesu, nie może być szefem. A już na pewno nie może tego robić dobrze, lepiej od nich. Od właściciela innego hotelu usłyszałam, że to niemożliwe, żeby kobieta mogła robić coś lepiej od mężczyzny.
Hotel utrzymał się przez pierwsze półtora roku jako numer 1 w Nepalu w rankingu TripAdvisora. Dostał prestiżową nagrodę przyznawaną przez gości za „best service for top hotel in Nepal”. Kiedy mi ją wręczano, od dziennikarza usłyszałam pytanie: W samym Katmandu jest ponad 500 hoteli, a jestem jedyną kobietą, która prowadzi taki obiekt w Katmandu, a może nawet w całym Nepalu. Jak kobieta to robi? Odpowiedziałam, że nie rozumiem pytania. Wtedy zaczęły się pogróżki. Moi koledzy Nepalczycy nie byli w stanie zaakceptować tego, że kobieta też może prowadzić biznes. Usłyszałam, że jestem biała, że to nie mój dom i żebym wracała do siebie. Ale przetrzymałam to. I choć mnie znają, to kiedy mijamy się na ulicy, patrzą na mnie trochę z wyższością. Ale też z jakimś zaskoczeniem – jak ja to robię. Próbują czasami podbierać moich pracowników, żeby dowiedzieć się, co robię inaczej niż oni.
Na jakiej wysokości się znajdujecie?
Mieszkamy w Kotlinie Katmandu, na obrzeżach miasta, na wysokości 1400 m n.p.m. Mieszkamy tuż przy górach o wysokości 2000-2500 m n.p.m. Mamy piękny widok na Himalaje.
Czytaj dalej: Jakie są największe uciążliwości w codziennym życiu i prowadzeniu własnego biznesu w takim miejscu?
Jakie są największe uciążliwości
w codziennym życiu i prowadzeniu własnego biznesu w takim miejscu?
Bycie kobietą. Bycie kobietą zarządzającą biznesem, bycie szefową.
Przez pierwsze miesiące prowadzenia hotelu nikt z kadry mężczyzn pracujących w hotelu nie chciał wykonywać moich poleceń. Mówiłam jak do ściany, a oni często w trakcie rozmowy ze mną wychodzili, trzaskając drzwiami. Najczęściej jednak dyskutowali ze mną i tłumaczyli mi, dlaczego czegoś nie zrobią. Wielokrotnie zdarzało się, że menedżer hotelu w obecności turystów przeklinał i dosłownie warczał na mnie w języku nepalskim, stawiając mnie w bardzo niezręcznych sytuacjach. Wzywany na rozmowę przez mojego męża, tłumaczył się, że przecież turyści nie rozumieją, co on mówi do mnie po nepalsku.
Nigdy nie wykonywali zadań, które im zlecałam. Musiałam więc szukać różnych sposobów radzenia sobie w tej sytuacji i zaczęłam od tworzenia listy zadań na dany dzień dla każdego pracownika, którą podpisywał i wręczał im mój mąż – wtedy nie było już żadnych problemów. Było to trudne, bo w końcu to ja jestem inwestorem i właścicielem, to mój hotel, a oni tu pracują.
Takie sytuacje miałam jednak tylko z personelem płci męskiej. Kobiety zachowywały się już zupełnie inaczej – ze wszystkim przychodziły do mnie, o wszystko pytały, chciały się uczyć, podnosić swoje kwalifikacje zawodowe, chętnie przychodziły na spotkania kadry. Widać było, że bardzo im zależy na pracy, że ją szanują i że muszą ciągle udowadniać męskiej części społeczeństwa, że potrafią wykonywać swoją pracę należycie. Tworzymy razem super team, który pracuje znacznie lepiej niż mężczyźni. Na wszystkich spotkaniach zawsze podkreślam, że ten zespół jest mocniejszy.
A co do męskiej części kadry – po prostu trzeba było czasu, żeby przekonali się, że kobieta może być dobrym szefem. Wypracowałam to sobie cierpliwością, ciężką pracą i profesjonalizmem, ale trwało to ponad rok. Przekonały ich dopiero sytuacje, w których widzieli, jak rozwiązuję trudne problemy – najczęściej związane z rezerwacjami, internetowymi stronami partnerskimi hotelu, z gośćmi, gdy potrzebne były negocjacje czy rozwiązywanie konfliktów. Myślę, że w końcu przekonali się, że od kobiety też można się czegoś nauczyć. Dziś nie ma już trzaskania drzwiami, a listę rzeczy do zrobienia wręczam każdemu osobiście.
Pomówmy jeszcze o prowadzeniu tego biznesu. W wielu miejscach, właściwie w większości Nepalu, nie ma stałego dostępu do prądu. Czy i Was te ograniczenia dotyczą?
W Nepalu brakuje prądu. Czerpiemy go z hydroelektrowni. Problem polega jednak na tym, że choć Nepal jest w stanie wyprodukować samodzielnie tyle energii elektrycznej, ile potrzebuje, to niestety z racji biedy odsprzedaje ją Indiom.
Więcej prądu mamy w porze deszczowej, kiedy to przybiera wody w potokach górskich. Mniej jest go zawsze w porze zimowej, czyli od grudnia do kwietnia. Średnio prąd jest dostępny 10-12 godzin dziennie. Jest włączany i wyłączany co parę godzin. Rozdzielany jest na strefy i każdego dnia dostawy ulegają zmianie – czyli jeśli dziś prąd jest wieczorem to znaczy, że jutro wieczorem go nie będzie, a będzie rano. Istnieje harmonogram stref i godzin bez prądu, ogłaszany na miesiąc do przodu. Prąd jest tani i kiedy już jest światło, to niestety nikt go nie oszczędza.
W hotelu używamy systemu solar oraz „inventer” (to taka ładująca się bateria przypominająca akumulator). Daje nam to około 40-50% zapotrzebowania na prąd. Mało, ale dobre i to. My już się do tego przyzwyczailiśmy, wszyscy to akceptują, nikt tu z tym nie walczy. Dziwią się temu tylko turyści.
Bogatsze domy mają system solar zamontowany na dachach budynków. Taki system daje ciepło, wodę, internet, telewizor i trochę światła w żarówkach. Kiedy do tego dorzucić „inventer”, jest już całkiem dobrze. Takie rozwiązanie jest jednak dosyć kosztowne. Na ten system w hotelu wydaliśmy około 10 tys. euro, a i tak nie jesteśmy w stanie zapewnić 100% energii.
A woda? Jak z dostępem do niej?
W tamtym rejonie Katmandu, gdzie jest nasz dom, też był problem z wodą. Na jedną rodzinę przysługiwało 30 l wody dziennie. Wiadomo, że to za mało.
Woda jest problemem całej Kotliny. Miasto nie ma wodociągów. W wielu miejscach w całym mieście funkcjonują publiczne, bezpłatne pobory wody. Wodę do domów przywozi cysterna, która rurą pompuje wodę do baniaków znajdujących się na dachach domów. Pojemność jednego baniaka to z reguły 2000 l, najczęściej stawia się na dachu dwa, trzy takie baniaki. Cysterna jednorazowo może dowieźć 6000 l wody.
Tylko niektóre domy mają własne studnie. Aby móc je wykonać, potrzebna jest zgoda lokalnych mieszkańców. Trudno jest ją uzyskać, skoro jest generalny problem z wodą.
Mimo tych niedogodności, a w związku z niepowtarzalnymi okolicznościami przyrody, Nepal to bardzo turystyczny region. Mieszkasz tam już dobrych kilka lat - czy potwierdzasz, że turysta przyjeżdżający w te strony mocno się zmienia? Że przybywa tych tzw. podróżników w klapkach?
Przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, bardzo różni zresztą. Mają różne oczekiwania wobec Nepalu. Większość osób przyjeżdża jednak w góry, pochodzić i popatrzeć na nie. I są to prawdziwi zapaleńcy, odpowiednio przygotowani zarówno fizycznie, jak i finansowo. Oni też najczęściej powracają tutaj.
Spora grupa osób przyjeżdża tylko na parę dni, zobaczyć tylko Kotlinę Katmandu, najczęściej łączą to z podróżą do Indii.
Oczywiście są i tacy turyści, głównie z pewnych rejonów Europy, którym nic tu nie pasuje, którzy nie potrafią przyjąć tutejszych sposobów działania i myślenia ludzi, więc co za tym idzie, także obsługi klienta. Chodzą więc oburzeni, niezadowoleni, bo Nepal nie spełnia ich oczekiwań, bo nie ma prądu, bo samochód nie przyjechał na czas, bo kierowca nie mówił płynnie po angielsku, a w samochodzie pasy nie działały, internet jest zbyt wolny, Coca-Cola - choć wyjęta z lodówki - nie jest zbyt zimna, toalety nie mają mydła ani papieru toaletowego i są brudne, a bankomat pobiera 4% prowizji za wypłatę pieniędzy. Oni niby przyjeżdżają tu zobaczyć tę inną kulturę i tradycję, ale jednak chcą mieć tak wygodnie, jak w domu, szukają tych samych doświadczeń. Wiele osób przyjeżdżających tu przeżywa "cultural shock". Nie potrafią się tu odnaleźć, nie pasuje im ta rzeczywistość i często widzę, że próbują ją zmieniać i przekonywać Nepalczyków do swoich racji.
Są też tacy turyści, którzy ciągną tu, bo myślą, że jest tanio. Że zjedzą za dolara, prześpią się za pięć. Są później bardzo rozczarowani. Owszem, kiedyś tu tak było, ale obalenie rządów króla w 2008 roku wszystko zmieniło. Nepalczycy nie lubią takich turystów – uważają, że skoro ktoś tu przyjeżdża, to powinien finansowo wspierać turystykę, z której Nepal głównie się utrzymuje.
No i są nacje, których Nepalczycy nie lubią gościć czy obsługiwać. Niestety na tej liście są też Polacy – często mówi się, że potrafimy nie wywiązywać się z umów finansowych, oszukać kogoś celowo. Dlatego Polacy często muszą płacić za usługę z góry, a nie na końcu, jak większość turystów. Dotyczy to na przykład trekkingu z przewodnikiem. Pewna znana Polka, która weszła na Mount Everest, nie zapłaciła za usługę szerpom. Pisały o tym tutaj wszystkie gazety. W Polsce jest za to bohaterką.
Koniec części pierwszej. Przeczytaj również drugą część rozmowy »
Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl
*Sylvia Neupane jest autorką bloga "Hotel w Nepalu".
Materiał jest częścią projektu #TamMieszkam






















































