Pierwszą wzmiankę o Estach można znaleźć już w starożytnych kronikach Tacyta. Ten historyczny zapis to też historia pewnego klejnotu, nazywanego przez mieszkańców glefumem. Wypluwany przez serce wielkiej wody kamień - nazywany przez nas jantarem - zapewniał pierwszym Estom niezły dochód.
Z doświadczeń i wiedzy Tacyta skorzystał również król Ostrogotów, Teodoryk Wielki. W 524 roku n.e. otrzymał on ów klejnot w podarunku od Estów. Na królu, znającym właściwości i zastosowanie kamienia, glefum zrobił ogromne wrażenie. Nazwał więc ziemie Estów bursztynową krainą i jął serdecznie zapraszać władcę do siebie. Bez wątpienia właśnie handel bursztynem przyczynił się do rozbudowy osady.
W X wieku na wapiennym wzgórzu (Toompea, Góra Katedralna) zbudowano Kalevalinn, pierwszy gród Estów. Dlatego dziś to wapień, a nie bursztyn jest narodowym kamieniem Estonii.
Atrakcyjne ziemie szybko jednak wpadły w sidła Duńczyków. Król Waldemar II zbudował nowy zamek na podwalinach starego i w 1219 roku nadał grodowi prawa miejskie. Nazwa Tallin pochodzi od słów taan linn (w tłum. twierdza duńska). Poza nazwą miasta oraz luterańską katedrą Toomikirik niewiele zostało po Duńczykach. Solidne zamczysko nie uchroniło ich od utraty miasta, które przeszło w ręce Zakonu Kawalerów Mieczowych, a potem Krzyżaków. Tallin przystąpił do Hanzy. Pozostałościami po niej są hanzeatycki właśnie charakter zabudowy miasta oraz kościół Świętego Mikołaja, w którym można obejrzeć fragment „Tańca Śmierci” Bernta Notke. W podziemiach świątyni mieści się też Muzeum Sztuki Estońskiej. Największą jednak pamiątką po Hanzie jest górujący nad miastem piękny kościół Świętego Olafa, którego budowę rozpoczęto już w 1267 roku. Siedem wieków później agenci KGB wykorzystywali mierzącą 124 metry wieżę kościoła do nasłuchu radiowego.
Długa droga do wolności
Za Krzyżaków kwitł handel, rozwijały się żegluga i kultura. Miasto wabiło więc bogactwem nie tylko kupców, lecz także kolejnych najeźdźców. Jednak mimo ciągłych zawirowań politycznych Tallin przeżywał złote wieki. Ze względu na położenie geograficzne przecinały się tu główne szlaki morskie łączące Ruś z Europą i daleką północą. Tallin, tym razem w rękach Szwedów, stał się potęgą militarną oraz jednym z największych miast europejskich. Dokończono rozpoczętą przez Krzyżaków budowę najdłuższych w Europie Północnej murów obronnych. Część z nich, wraz z basztami o czerwonych dachach, będącymi zresztą wizytówką Tallina, podziwiać można do dzisiaj. Wielowiekowe mury okalające miasto są zatem świadkami wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni wieków.
Ulubiona baszta Tallińczyków to Gruba Małgośka. Nazwa jest adekwatna do wyglądu: jej średnica wynosi bowiem 24 metry! Inna, nieco już szczuplejsza, to Wieża Dziewicza, w której mieściło się więzienie dla upadłych panien. Jest też Baszta Mnichów, i wiele innych przyciągających wzrok wież, kuszących malowniczymi widokami z ich szczytów.
Jednak najwspanialsza panorama miasta rozciąga się ze współczesnej, zbudowanej w 1980 roku, 314-metrowej wieży telewizyjnej.
O niegdysiejszej wielkości miasta świadczy również system bram wjazdowych - najokazalsza z nich jest Duża Brama Morska. Ponieważ strategicznym punktem miasta był port, bramę zbudowano po to, by już daleka pokazywała podróżnikowi, jakąż to potęgę odwiedza. Dziś natomiast brama wprowadza turystę na najdłuższą w Tallinie ulicę Pikk, która dochodzi do Starówki. Na Pikk znajduje się też najwięcej zabytków, między innymi kompleks wielobarwnych kamienic Kolm Öde (Trzy Siostry) oraz Dom Bractwa Czarnogłowych.
Na Szwedach skończyły się jednak dobre czasy dla Tallina. Od 1771 roku Estonia była we władaniu imperium rosyjskiego i stan ten trwał aż do 1918 roku. Wtedy to, po raz pierwszy w historii, maleńka kraina stała się niepodległym państwem. Podczas gdy Tallin z radością wkraczał na międzynarodowe salony, w Europie szykowała się wojna, która po raz kolejny zburzyła spokój mieszkańców i na kolejne pół wieku zamroziła marzenia o wolności. Ostatecznie Estonia odzyskała niepodległość po rozpadzie ZSRR, dopiero w 1991 roku.
Los nam teraz wynagradza...
...wieki podległości - mawiają tutejsi. Coś w tym jest, skoro już w połowie lat dziewięćdziesiątych uznano Tallin za jedno z najszybciej rozwijających się miast europejskich. Po raz kolejny w historii jest łącznikiem, ale tym razem Europy Zachodniej ze Skandynawią. Kapitał ulokowany tu przez krewniaków kulturowych, Finów, procentuje w błyskawicznym tempie. Prawdziwy renesans przeżywa jednak turystyka. W 2004 roku Estonię odwiedziło ponad cztery miliony podróżników. Główną atrakcją jest oczywiście Tallin, w którym przeszło siedemset budynków zostało wpisanych na listę zabytków, a Starówkę wciągnięto na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Jak na tak niewielkie miasto, zamieszkiwane przez czterysta tysięcy mieszkańców, to całkiem sporo.
Najczęstszym miejscem spotkań jest plac Ratuszowy, na środku którego wznosi się Raekoda. Gotycki ratusz pamięta jeszcze czasy Krzyżaków. Wewnątrz mieści się jedna z najlepszych tallińskich restauracji „Olde Hanza”, stylowo nawiązująca do czasów średniowiecznych. Latem cała Starówka zapełnia się dziesiątkami ogródków, w których turyści kosztują stołeczny likier „Vana Tallin” lub popijają inny przysmak - ciemne piwo z przyprawami. Obsługujący kelnerzy ubrani są w tradycyjne stroje ludowe. Zdarza się, że i koncertują na dawnych instrumentach, dając upust muzycznym talentom.
Śpiewać na... huśtawce
Każdego roku na Starówce odbywają się też jarmarki. A ponieważ tallińczycy uwielbiają zabawę, nie ma końca koncertom, festiwalom oraz występom trup teatralnych. Miasto zamienia się wtedy w bajecznie kolorowy tłum. Taniec i śpiew, to - obok miłości do... huśtania się - element tradycji Estończyków. Narodowy Festiwal Pieśni ma swoje korzenie w przeszłości - zaczyna się od Śpiewającej Rewolucji (1869 r.), zwanej inaczej Bezkrwawą. W ten sposób Estończycy dali Rosjanom do zrozumienia, że nie potrzeba rozlewu krwi, by zachować własną tożsamość. Do dzisiaj, co pięć lat, w Tallinie odbywa się Festiwal Pieśni, na który przybywa kilkadziesiąt tysięcy śpiewaków!
Miejscem, do którego z pewnością trafi każdy turysta, jest Kadriorg - rozległy francuski park, z barokowym pałacem. To miejsce idealne dla spragnionych spokoju. Warto przy okazji rzucić okiem na wspaniałe drewniane domy stojące nieopodal, stanowią bowiem klasyczny przykład typowego estońskiego budownictwa mieszczańskiego z początku XX wieku. Żółte, czerwone, niebieskie budynki dziś również przeżywają swój renesans wśród kupców.
Lipiec jest miesiącem szczególnym, ponieważ do miasta zjeżdżają się Estończycy z całego kraju oraz setki tysięcy turystów. To nie koniec atrakcji: w Tallinie właśnie odbywają się też największe w państwach bałtyckich festi-wale muzyki cerkiewnej, na które ściągająją sławy z całego świata. O dumie oraz przywiązaniu tallińczyków do tradycji krążą już legendy. A z kogo dziś są najbardziej dumni? Z pewnością ze światowej klasy kompozytora Arva Parta. Również z Peetera Lauritsa, którego fotokolaże zdobią ściany muzealne nawet w Nowym Jorku. Najbardziej jednak z największego współczesnego estońskiego pisarza Jaana Krossa, którego nazwisko wymieniane jest wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla.
Każdego dnia, bez względu na porę roku, do portu w Zatoce Fińskiej wpływa kilkanaście wodolotów i statków pasażerskich. Średniowiecznymi uliczkami Starego Miasta przechadzają się Skandynawowie, Anglicy, Niemcy, Japończycy, Amerykanie i Polacy. Tych pierwszych pociągają niskie ceny i podobieństwo kulturowe. Wielu z nich twierdzi, że w Tallinie czują się jak w domu, zaś dla Amerykanów i Japończyków to przede wszystkim egzotyczny tunel czasowy, który pozwala się przenieść w minione wieki. Wystarczy odwiedzić Linnamuseum, gdzie w powietrzu unosi się prawdziwy morski zapach, słychać krzyki mew, a nawet i momentami jęki drewnianych wioseł, pęczniejących od słonej wody. To jedno z najciekawszych muzeów w Tallinie. Oczaruje nawet wybrednego wędrowca.
Wszystko na miejscu
Dzięki dobrze zachowanej architekturze i szczególnej atmosferze tego miasta (zwłaszcza w czasie czerwcowo-lipcowych białych nocy) Tallin określa się mianem perły Bałtyku albo Florencją Północy. Pasaże, ukryte zielone dziedzińce i labirynty uliczek, wijące się z Górnego do Dolnego Miasta, przyrównuje się do Pragi.
Wrażenia nie psują nawet szklane biurowce i nowoczesne domy handlowe, próżno bowiem w Tallinie szukać architektonicznego kiczu. Tu wszystko jest na swoim miejscu, niepozbawione jednak tajemnicy. Bo Tallin to po prostu doskonałe połączenie tradycji z nowoczesnością. Pozornie więc tylko nie pasują do siebie skandynawska prostota i rosyjski przepych.
Przykładem zachowania równowagi jest sobór Aleksandra Newskiego, zbudowany w latach 1894-1900 na Górze Katedralnej. Według Tallińczyków cerkiew postawiono na grobie mitycznego władcy, Kaleva. Elewacja świątyni jest niezwykle bogato zdobiona. Kolorowe mozaiki przedstawiające świętych, potężne krągłe kopuły, budowane na wzór bizantyjskich, cztery wejścia, z czterech stron świata, zdają się zapraszać. A niedaleko stoi budynek Parlamentu z flagą dumnie powiewającą na wieży Herman Długi.
Nieprędko na piwo
Tallin to nie tylko zabytki. To przede wszystkim ludzie tworzący tę tętniącą życiem współczesną metropolię. Nie tylko rdzenni Tallińczycy, lecz także kilkadziesiąt mniejszości narodowych - perła Bałtyku jest bowiem tyglem krzyżujących się ze sobą kultur. Przez wieki ziemie te zasiedlali Niemcy, Szwedzi, Finowie, przez krótki czas nawet Polacy i oczywiście Rosjanie, których jest tu najwięcej i którzy mimo iż mieszkają w Tallinie już kilka pokoleń, nadal znają tylko język rosyjski. Dla potomków
Estów język stanowi podstawę identyfikacji. Dlatego stolica zdaje się być podzielona, choć podczas kilkudniowej wycieczki raczej trudno to dojrzeć. Rosjanie żyją w swoich grupach, a Estończycy w swoich.
I jedni, i drudzy starają się nie wchodzić sobie w drogę.
A jak nasz Kowalski może się wkraść w łaski tallińczyków? Tubylec padnie z wrażenia, gdy wyrecytujesz po estońsku fragment narodowego eposu „Kelevipoeg”. Wzruszy, gdy nawiążesz do odwagi Estów. Jeśli dodasz, że Tallin to piękne miasto, pokraśnieje z dumy. Minie trochę czasu, nim zaprosi Cię na piwo. Jednak gdy to się już stanie, bądź pewien, że zdobyłeś jego zaufanie.
Joanna Felicja Bilska


























































