REKLAMA

Spitsbergen: Na dzikim wschodzie

2005-11-28 14:16
publikacja
2005-11-28 14:16
Podróżowanie psim zaprzęgiem nie jest sprawą prostą, ale jak się uda pokonać pierwsze trudności, to może ona dostarczyć niezapomnianych przygód i wrażeń, które pozostają w człowieku. Do końca życia...

W czerwcu 2001 roku wyruszyliśmy na Spitsbergen. Ponieważ założyliśmy sobie, że nasza wyprawa ma mieć charakter „pionierski”, nie polecieliśmy tam samolotem, ale wsiedliśmy na jacht i drogę tę przebyliśmy w trzy tygodnie, miotani przez sztormy mórz i oceanów. Oczywiście podróżowały z nami psy. Zabraliśmy trzy psy rasy alaskan malamute - dwie suki i jednego psa. Ciekawiło nas, czy psy ras północnych, które od kilku pokoleń żyją w Europie, nie zatraciły swoich zdolności przystosowawczych do ciężkich warunków panujących w Arktyce. Zamierzaliśmy pojechać na wyprawę z psami, tak jak to robili pierwsi odkrywcy Arktyki.

Na miejsce dotarliśmy 29 czerwca, a ponieważ w tym okresie panuje tam arktyczne lato, jest niemożliwością wyruszenie w tundrę na saniach. Pierwszy dogodny termin przypadał na początek marca, więc żeby przezimować, podjęliśmy pracę w jednej z trzech znajdujących się na Spitsbergenie psiarni. Była to dla nas i dla psów szansa na zaaklimatyzowanie się oraz możliwość poznania warunków życia na północy. „Dog yard” (psiarnia) zamieszkiwało 95 psów, przeważnie rasy husky, ale zdarzały się też i psy rasy greenland dog.

Głównym zadaniem firmy była obsługa ruchu turystycznego. Oprócz zajmowania się turystami naszym obowiązkiem było karmienie psów, dbanie o ich zdrowie oraz trening.

Psy, z którymi pracowaliśmy, są wyjątkowo łagodne: mimo że czasami zdarzają się miedzy nimi kłótnie, to nie przypominam sobie wypadku pogryzienia człowieka. Jest to spowodowane ostrą selekcją, która ma za zadanie wyeliminowanie psów agresywnych i źle pracujących. Alaskan husky są psami małymi, ale za to szybkimi i używane są najczęściej do zawodów. Przez to są trochę kłopotliwe w czasie wyprawy trwającej miesiąc lub dłużej.

Kierunek: dzicz

Po okresie nocy polarnej wyruszyliśmy na wyprawę na wschodnie wybrzeże, które należy do najbardziej dzikich miejsc w Arktyce. Ze względu na panujące tam trudne warunki i zły dostęp do stałego lądu było omijane przez myśliwych i wielorybników, przez co nie powstawały tam żadne bazy. Kraina ta obfituje w liczne lodowce schodzące bezpośrednio do morza, co dodaje temu miejscu dodatkowego uroku, ale też stwarza dodatkowe zagrożenie dla podróżników. Dodatkowym utrudnieniem dla ludzi są niskie temperatury, które w porównaniu do zachodniego wybrzeża mogą się różnić kilkanaście stopni. Jest to królestwo największego i zarazem najgroźniejszego drapieżnika Arktyki - niedźwiedzia polarnego. Niskie temperatury i utrzymujący się na morzu przez dłuższy czas lód powodują występowanie tam licznych fok, będących podstawowym pokarmem niedźwiedzi.

W drogę musieliśmy zabrać sprzęt biwakowy i pożywienie dla nas i dla psów oraz sprzęt nawigacyjny, co dało nam ciężar na saniach około 250 kilogramów. Sanie ciągnęło sześć psów: nasze trzy z Polski i trzy pożyczone na miejscu. Zaprzęg składający się z tak małej liczby psów przy sporym ciężarze sań nie pozwalał na wygodne podróżowanie na saniach, więc drogę tę odbyliśmy na nartach, idąc obok. Często też musieliśmy pchać lub ciągnąć sanie, pomagając w ten sposób psom (szczególnie przy podejściach na lodowce). Idąc na wyprawę, nie mieliśmy wyznaczonego konkretnego punktu, do którego chcieliśmy dojść - szliśmy na wschód „w najbardziej dzikie miejsce” i to nam wystarczyło.

Wschód przywitał nas temperaturą co najmniej 43 stopni poniżej zera. Nie wiemy dokładnie ile, ponieważ termometr miał podziałkę tylko do tej wartości. Psy, idąc po zamarzniętym morzu i zmarzniętym śniegu, nie męczyły się zbytnio, a nasze organizmy, będąc w ruchu, nie marzły. Gorzej było na postojach, które musieliśmy robić co jakiś czas dla psów: wtedy musieliśmy się przebierać w puchowe kurtki i pilnować przed odmrożeniami stóp.

Sporo problemów mieliśmy również ze zwałami lodu (torosami) oraz zastrugami - nawianym przez wiatr zmarzniętym śniegiem, osiągającym miejscami grubość półtora metra, przez który trzeba było znaleźć drogę, błądząc czasem jak w labiryncie. W jednym z takich labiryntów popękały nam sznurki wiążące sanie i musieliśmy je wiązać na nowo, co w niskich temperaturach nie należy do zadań łatwych i przyjemnych.

I przyszedł miś

Trafiliśmy na załamanie pogody. Przyszedł niski front pogodowy z południa, co spowodowało burzę śnieżną oraz gwałtowne podniesienie się temperatury. Może się wydawać, że cieplej oznacza lepiej, ale nie kiedy podróżuje się w Arktyce po zamarzniętym lodzie. Oczywiście lód nie pęka od razu, lecz powstaje na jego powierzchni mokra breja, która uniemożliwia podróżowanie. Sanie się zapadają w tej brei, a psy, same walcząc o każdy swój krok do przodu, nie chcą ciągnąć sań. Na domiar złego rano okazało się, że wokół nas wystąpiła woda i jesteśmy odcięci od lądu. Na szczęście znajdowaliśmy się na w miarę „stałym” i „suchym” lodzie. Czekaliśmy na polepszenie się pogody (czyli przymrozki) przez dziesięć dni, w ciągu których temperatura oscylowała wokół zera.

W czasie jednej z zamieci, które targały nasz namiot, o czwartej nad ranem usłyszeliśmy przeraźliwy skowyt i ujadanie psów. Obawiając się najgorszego, wyskoczyliśmy z namiotu z bronią gotową do strzału. Nasze obawy potwierdziły się: do obozu wdarł się niedźwiedź. Stał od nas w odległości pięciu metrów nad jednym z psów i obwąchiwał go, a reszta psów ujadała wniebogłosy. Było niezwykle groźnie, bo niedźwiedź jest szybki jak błyskawica i odległość pięciu metrów pokonuje jednym skokiem. Wystrzeliłem w powietrze i - zdając sobie sprawę z bliskości zwierzęcia - drugą kulę posłałem mu tuż nad głowę. Rafał w tym samym czasie krzykiem próbował odgonić go od psów. Ich ujadanie, krzyki moje i Rafała oraz strzały z broni przestraszyły misia. Uciekł.

Dlaczego niedźwiedź podszedł tak blisko, mimo że w obozie były psy? Otóż był on stosunkowo młodym osobnikiem i zapewne podszedł do naszego obozu z czystej ciekawości. Nie spotkaliśmy go już potem, a inne niedźwiedzie, które widywaliśmy podczas wędrówki, omijały nas z daleka. Mieliśmy niejednokrotnie okazję przyglądać się polującym misiom - tym razem jednak już na ich podstawowy posiłek - foki.

Syberia. Dwa miesiące w tajdze

Na Spitsbergenie, kiedy wiatr targał naszym namiotem, a śnieg sypał tak gęsty, że nie mogliśmy się ruszyć z miejsca, wymarzyła nam się następna podróż, tym razem w miejsce, gdzie będzie można choć na chwilę rozpalić ogień większy niż ten z palnika naszego prymusa. I tak narodził się plan podróży psim zaprzęgiem po Syberii.

Na Spitsbergenie udało się nam pozyskać dodatkowe psy z miejscowej psiarni i do Polski wrócił już zaprzęg liczący piętnaście psów. Psy rasy greenland, które dostaliśmy, są w Polsce mniej popularne niż inne psy zaprzęgowe.

Nasze grenlandy mają ciekawy rodowód, ponieważ pochodzą w prostej linii od psów Walli'ego Herberta, który spędził rok (1968-1969) na paku lodowym, dokonując jednocześnie pierwszego trawersu tego miejsca Arktyki. Jego droga poprzez biegun północny zakończyła się na Spitsbergenie, gdzie zostawił on część psów u swojego kolegi Robina Buzzy, który kontynuował hodowlę.

Magadan to miejsce, z którego mieliśmy zamiar wyruszyć psim zaprzęgiem w kierunku północy - ale żeby się dostać do Magadanu, trzeba przejechać czternaście tysięcy kilometrów. Mieliśmy dwie możliwości dotarcia tam. Pierwsza to kolej transsyberyjska (kilkanaście dni jazdy przy sprzyjających warunkach pogodowych), a potem przesiadka na statek we Władywostoku i kolejny tydzień na pokładzie. Jest to piękna trasa, jeżeli ktoś podróżuje bez psów, ale przy dziesięciu psach utrzymanie minimalnej psiej higieny i minimalnej dawki codziennego ruchu w czasie takiej drogi jest niemożliwe. Szczególnie w pociągu. Drugą był przelot samolotem. I tę trasę wybraliśmy. Nie jest to może najtańszy sposób podróżowania, ale skrócił czas podróży do dwudziestu czterech godzin.

Magadan przywitał nas zimnem (około minus 30 stopni), co nas nie zdziwiło, i dużą ilością śniegu, co wprowadziło nas raczej w zły nastrój. Psy po przelocie były w dobrej kondycji fizycznej, choć wyglądały trochę na zdziwione, dokąd je znowu wywieźliśmy. Cztery dni pozostaliśmy w Magadanie, by psy mogły się trochę zaaklimatyzować i nabrać sił przed czekającą je drogą. Piątego dnia wyruszyliśmy.

Traperskim szlakiem

Początkowo planowaliśmy podróżować wzdłuż koryta Kołymy, ale głęboki śnieg, którego głębokość dochodziła do półtora metra, spowodował, że zmieniliśmy zamiar. Szkoda nam było psów, droga w tak głębokim śniegu wykończyłaby je bardzo szybko. Trasę zmieniliśmy na szlak prowadzący do chat myśliwych. Myśliwi raz na jakiś czas odwiedzają się, co sprawia, że śnieg na trasie jest nieco bardziej ubity, a to pozwalało nam podróżować szybciej i mniej męczyć psy. Chaty te i tak były pobudowane wzdłuż rzeki, więc zmiana nie spowodowała zbytniego odstępstwa od naszego pierwotnego planu. Na trasie tej mieliśmy też możliwość zobaczenia ruin gułagów oraz nieczynnych kopalni złota i innych kruszców wydobywanych z tej ziemi.

Dodatkową atrakcją była możliwość odwiedzenia myśliwych, którzy polują w tych rejonach głównie na sobole, a także na łosie, niedźwiedzie i wilki. Jest to specyficzny rodzaj ludzi, a ich metody myśliwskie nie zmieniły się od wielu lat. Można powiedzieć, że jest to traperstwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Wyruszają oni do swoich chat w połowie sierpnia i zaczynają robić zapasy na zimę. Ci, którzy polują na sobole, wracają w połowie kwietnia, a polujący na inną zwierzynę - w czerwcu. Spotkanie z nimi dawało nam okazję do uzupełnienia zapasów jedzenia. Szczególnie chodziło nam o pożywienie dla naszych psów, a także możliwość spędzenia choćby paru nocy w prawdziwej traperskiej chacie.

Wyprawa taka jest niezmiernie wyczerpująca dla psów, dlatego staraliśmy się dostarczyć im jak najwięcej energii przy jak najmniejszej wadze pożywienia, ponieważ psy musiały go ciągnąć. Oczywiście marzyło nam się zakupienie tłuszczu i mięsa fok, który jest najlepszym pożywieniem na taką wyprawę, ale nie udało się nam znaleźć myśliwych polujących na foki. Alternatywą dla foczego tłuszczu i mięsa są ryby. Nie jest to pokarm tłusty i dający tyle energii co foczy tłuszcz, ale zawartość białka w rybach i szybkość, z jaką jest ono przyswajane, pozwala psom przeżyć i dobrze pracować oraz zachować dobrą kondycję w niskich temperaturach.

1200 kilometrów

Nasz dzień zaczynał się około siódmej rano, kiedy wstawaliśmy ze śpiworów. Pierwsza rzeczą po wstaniu było rozpalenie przenośnego piecyka i roztopienie śniegu na wodę. Potem śniadanie, herbata lub kawa i - w drogę. Przed wyruszeniem napełnialiśmy termosy gorącą wodą. Szliśmy około ośmiu, dziewięciu godzin dziennie, robiąc co półtorej godziny piętnastominutowe przerwy na odpoczynek psów. Około czternastej półgodzinna przerwa na wypicie herbaty lub kakao i posilenie się. Potem marsz do wieczora.

Najwięcej czasu zabierało codziennie znalezienie odpowiedniego miejsca do przenocowania. Śnieg zalegający na poboczach naszego szlaku miał często głębokość półtora metra. Brak wiatru w tym rejonie powodował, że był niewywiany i nieubity, więc zrobienie obozowiska zabierało nam często dwie godziny. Trzeba było przecież ubić miejsce dla siebie i dla psów. Polegało to na udeptywaniu śniegu tak długo, aż można było po nim swobodnie chodzić i nie zapadać się. Po wydeptaniu sobie obozowiska pozostało tylko rozłożyć łańcuch, nakarmić psy i sprawdzić, jak wyglądają ich łapy. Przy tym następowała zawsze chwila drapania i pieszczot dla każdego z nich - i już można było rozkładać piecyk i zająć się przygotowaniem posiłku dla siebie. Pogoda sprzyjała nam: nie było wiatru, więc mimo niskich temperatur nie rozkładaliśmy namiotu. Dawało to nam trochę więcej czasu na odpoczynek. Ja kładłem śpiwór na nierozłożonym namiocie, który służył mi jako materac, i spałem wprost na ziemi, a Rafał spał na saniach. Namiot stawialiśmy tylko w momencie, gdy padał śnieg lub mocniej powiało.

W ciągu dwóch miesięcy naszej wyprawy przebyliśmy łącznie tysiąc dwieście kilometrów w rejonach zupełnie dzikich i odwiedzanych wyłącznie przez myśliwych oraz poszukiwaczy złota. Spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi lasu i myśliwych, których opowieści o tajdze, zwyczajach zwierząt i przygodach ludzi mogą stanowić podstawę do napisania książki.

Podróżowanie psim zaprzęgiem nie jest sprawą prostą, bo trzeba się martwić o siebie i o psiaki - ale jak się uda pokonać pierwsze trudności, to może ona dostarczyć niezapomnianych przygód i wrażeń, które pozostają w człowieku do końca życia...

Jacek Karaś

***

Jacek Karaś to ten, który urzeczywistniał swe marzenia. A przecież pierwsza wyprawa na Spitsbergen i potem do Magadanu na Syberii wydawały się tak nierealne. Dysponując niewielkimi środkami finansowymi i prawdziwą pasją, połączoną z miłością do swoich psów, przecierał szlaki zarówno na Pomorzu, jak i w najodleglejszych zakątkach Arktyki. Razem z żoną Karoliną zdecydowali się wyjechać na Spitsbergen. Planował polską wyprawę z psami na biegun północny, śladami Roberta Peary'ego i Matthew Hensona. Pokochał daleką północ, i… zostanie tam na zawsze. Tak od niechcenia wyraził to kiedyś… taka była Jego wola. Tam więc rozsypano Jego prochy... W krainie dzikiego piękna zaklętego w okowach mrozu, surowego krajobrazu, śniegu, skał i lodu.

Bartłomiej Piaseczny

• W redakcyjnym archiwum czekał na swą kolej tekst o dwóch wyprawach, napisany przez Jacka Karasia dla Czytelników „Poznaj Świat”. Publikujemy go teraz.

Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki