Z Beatą Pawlikowską, podróżniczką, pisarką, autorką programu „Świat według Blondynki" w Radiu Zet rozmawia Edyta Ochmańska.

Trendy Food: Jadła Pani różne paskudztwa, m.in. papugę. Czy w ekstremalnych sytuacjach można zjeść wszystko? W jakich okolicznościach spożywała Pani mrówki, kajmany? Czy jadła je Pani, żeby nie zrobić komuś przykrości?
Beata Pawlikowska: Te dziwne rzeczy jadłam głównie z głodu. Kiedy nie ma nic do jedzenia przez wiele dni, a potem Indianie przynoszą z lasu naczynie pełne pieczonych mrówek, to wszyscy uważają je za wspaniałą ucztę. Ja też. Mrówki zresztą są naprawdę smaczne. Smakują jak nasze chipsy bekonowe, są lekko słone i chrupiące. Kajman jest też znakomity w smaku, bo stanowi połączenie ryby i dziczyzny, czyli ma białe mięso ułożone w płatki, ale jednocześnie soczyste i jędrne. I tak wydaje mi się, że w ekstremalnej sytuacji człowiek łatwo może zjeść wszystko, także to, czego teoretycznie nie tknąłby w innych okolicznościach.Ciepły mózg zabitej małpy to podobno rarytas. Indianie wierzą, że z jej mózgu przechodzi na nich szybkość, zwinność i spryt.
Tylko myśliwy ma przywilej zjedzenia mózgu upolowanej przez siebie małpy. Właśnie po to, żeby przejąć jej niezwykłe zdolności.Owoce to jedno z największych odkryć, jakich dokonała Pani w Ameryce Południowej i nie tylko. Podobno chce Pani napisać książkę o owocach tropikalnych. Zainteresował mnie durian – owoc wyklęty z miejsc publicznych. Może Pani coś więcej powiedzieć na jego temat?
Durian to wielka, twarda i ciężka zielona kula, w której wnętrzu kryje się bajkowy smak i przerażający smród. Po otwarciu owocu w powietrze unosi się przenikliwy, potworny odór, który mogłabym porównać do woni, jaką wydaje z siebie stary spleśniały ser i zgniłe mięso. Jeśli jednak ktoś przełamie wstręt i spróbuje poczuć legendarny durianowy smak, to wysiłek ten zostanie mu hojnie wynagrodzony. Durian smakuje jak delikatny budyń śmietankowo-orzechowy. Bardzo go lubię, chociaż muszę przyznać, że smród jest bardzo uciążliwy i przyczepia się do ubrania, skóry, ścian i dlatego nie wolno duriana posiadać w miejscach publicznych, wnosić do hotelu, środków komunikacji itd.
W książce „Blondynka wśród łowców tęczy” jest cały rozdział poświęcony bananom. Czy mogłaby Pani poszerzyć naszą wiedzę na ten temat?
Banany południowo-amerykańskie to jedno z moich największych odkryć. Okazuje się, że to co znamy z Polski, to w ogóle nie jest banan, ale jakaś niezbyt udana podróbka owocu bananopodobnego. Prawdziwy banan jest nie tylko aromatyczny i smaczny, ale występuje w wielu odmianach. Bywają banany czerwone, zielone, warzywne, duże, średnie i małe, kwadratowe lub okrągłe. Jest nawet banan zwany banano manzana – czyli dosłownie „banan jabłkowy”, który ma lekko kwaskowaty, orzeźwiający smak, przypominający szarlotkę.Jak przygotowuje się masato i dlaczego określa się je mianem napoju przyjaźni?
Masato to napój przygotowywany z ugotowanego manioku, przeżutego i dokładnie wymieszanego ze śliną przez kilka bezzębnych Indianek. Ich ślina powoduje, że rozpoczyna się proces fermentacji, konieczny w tym przypadku, ponieważ masato jest rodzajem indiańskiego piwa. Wygląda jak ciepła, nieprzejrzysta, kremowa zupa pełna bąbelków i wiórków. Smakuje... ciekawie. Trudno opisać ten smak naszymi pojęciami. Jest trochę kwaskowaty. Masato jest podawane gościom i dzięki wspólnemu wypiciu kilku czarek tego napoju nawiązuje się przyjaźń. Odmowa jego przyjęcia i wypicia oznacza złe zamiary. Dlatego nie mogłam odmówić...Podczas oglądania „Ostatniego samuraja” wymyśliła Pani przepis na sałatkę samurajską. Czyżby film był inspiracją?
Tak, rzeczywiście. Oglądałam ten film w towarzystwie gości, którym zaserwowałam wymyśloną przeze mnie tego samego wieczoru sałatkę, składającą się z trzech gatunków sałaty, ugotowanej fasolki szparagowej, świeżej papryki, pomidorów, ogórka i sera feta z odpowiednim sosem. Od tamtego czasu danie to kojarzy mi się z prawdą o samurajach, która bywa zaskakująca.
Za czym Pani tęskni podczas podróży? Czy jest jakiś produkt spożywczy, którego pełno w Polsce i, którego Pani tam brakuje?
Zdecydowanie tak i odpowiem bez wahania: czarny, razowy chleb, twaróg i ogórki małosolne!Jakie trzeba spełniać warunki, oprócz oczywiście finansowych, żeby wyjechać w podróż do Afryki czy Ameryki Południowej? Czy to jest kwestia osobowości czy sprawności fizycznej? Czy bierze Pani zupełnych nowicjuszy na wyprawę? Podobno raz Pani zabrała i bardzo tego żałowała, bo nie chcieli słuchać dobrych rad.
Raczej oni żałowali, bo na własnej skórze musieli się przekonać, na czym polega ryzyko i co się dzieje z człowiekiem, który nie jest odpowiednio przygotowany do pewnych sytuacji i zagrożeń. Żeby wyjechać ze mną na jedną z wypraw, które organizuję, wystarczy się zapisać. Nie zadaję zbyt wielu pytań przed wyjazdem, dopiero na miejscu poznaję osoby, z którymi zetknął mnie los. I zwykle nie jestem rozczarowana. Żeby podróżować samotnie, czyli tak jak ja to robię najczęściej, trzeba być odważnym, ciekawym świata, mieć dużo szacunku i otwartości dla innych ludzi i kultur.Wyprawa do Afryki, którą organizuje Pani z radiem ma kryptonim Tukasatambiba. Co to oznacza?
Nazwa wyprawy to żart: „Tu kasa, tam biba” – czyli tu w Polsce, oprócz udziału w wyprawie do Afryki, można było wygrać w konkursie wielkie pieniądze (ostatnio 120 tys. złotych), a tam na zwycięzców czeka wielka zabawa, czyli biba.Pani ulubiona forma podróżowania to pływanie czółnem po rzece. Podobno wiosłowała Pani kiedyś 10 dni. Co w tym takiego fascynującego?
Zmaganie się z własną słabością jest fascynujące, bo każdy kto próbuje, ten zwycięża.
























































