REKLAMA

Poznałam smak dżungli

2008-05-06 15:49
publikacja
2008-05-06 15:49
Dżungla - miejsce, gdzie nie ma szans dotrzeć żaden samochód ani helikopter. Królestwo nieokiełznanej roślinności, dzikich zwierząt i czyhającego zewsząd niebezpieczeństwa. Czy jakikolwiek, rozpieszczony przez cywilizację, człowiek może przetrwać w takich warunkach? Owszem, jest kobieta, drobna blondynka z Polski, która spędziła tam połowę swojego życia. Poszukuje ostatnich wolnych Indian. To od nich dowiedziała się, że ma szamańską moc.

Z Beatą Pawlikowską, podróżniczką, pisarką, autorką programu „Świat według Blondynki" w Radiu Zet rozmawia Edyta Ochmańska.



Trendy Food: Jadła Pani różne paskudztwa, m.in. papugę. Czy w ekstremalnych sytuacjach można zjeść wszystko? W jakich okolicznościach spożywała Pani mrówki, kajmany? Czy jadła je Pani, żeby nie zrobić komuś przykrości?

Beata Pawlikowska: Te dziwne rzeczy jadłam głównie z głodu. Kiedy nie ma nic do jedzenia przez wiele dni, a potem Indianie przynoszą z lasu naczynie pełne pieczonych mrówek, to wszyscy uważają je za wspaniałą ucztę. Ja też. Mrówki zresztą są naprawdę smaczne. Smakują jak nasze chipsy bekonowe, są lekko słone i chrupiące. Kajman jest też znakomity w smaku, bo stanowi połączenie ryby i dziczyzny, czyli ma białe mięso ułożone w płatki, ale jednocześnie soczyste i jędrne. I tak wydaje mi się, że w ekstremalnej sytuacji człowiek łatwo może zjeść wszystko, także to, czego teoretycznie nie tknąłby w innych okolicznościach.

Ciepły mózg zabitej małpy to podobno rarytas. Indianie wierzą, że z jej mózgu przechodzi na nich szybkość, zwinność i spryt.

Tylko myśliwy ma przywilej zjedzenia mózgu upolowanej przez siebie małpy. Właśnie po to, żeby przejąć jej niezwykłe zdolności.

Owoce to jedno z największych odkryć, jakich dokonała Pani w Ameryce Południowej i nie tylko. Podobno chce Pani napisać książkę o owocach tropikalnych. Zainteresował mnie durian – owoc wyklęty z miejsc publicznych. Może Pani coś więcej powiedzieć na jego temat?

Durian to wielka, twarda i ciężka zielona kula, w której wnętrzu kryje się bajkowy smak i przerażający smród. Po otwarciu owocu w powietrze unosi się przenikliwy, potworny odór, który mogłabym porównać do woni, jaką wydaje z siebie stary spleśniały ser i zgniłe mięso. Jeśli jednak ktoś przełamie wstręt i spróbuje poczuć legendarny durianowy smak, to wysiłek ten zostanie mu hojnie wynagrodzony. Durian smakuje jak delikatny budyń śmietankowo-orzechowy. Bardzo go lubię, chociaż muszę przyznać, że smród jest bardzo uciążliwy i przyczepia się do ubrania, skóry, ścian i dlatego nie wolno duriana posiadać w miejscach publicznych, wnosić do hotelu, środków komunikacji itd.



W książce „Blondynka wśród łowców tęczy” jest cały rozdział poświęcony bananom. Czy mogłaby Pani poszerzyć naszą wiedzę na ten temat?

Banany południowo-amerykańskie to jedno z moich największych odkryć. Okazuje się, że to co znamy z Polski, to w ogóle nie jest banan, ale jakaś niezbyt udana podróbka owocu bananopodobnego. Prawdziwy banan jest nie tylko aromatyczny i smaczny, ale występuje w wielu odmianach. Bywają banany czerwone, zielone, warzywne, duże, średnie i małe, kwadratowe lub okrągłe. Jest nawet banan zwany banano manzana – czyli dosłownie „banan jabłkowy”, który ma lekko kwaskowaty, orzeźwiający smak, przypominający szarlotkę.

Jak przygotowuje się masato i dlaczego określa się je mianem napoju przyjaźni?

Masato to napój przygotowywany z ugotowanego manioku, przeżutego i dokładnie wymieszanego ze śliną przez kilka bezzębnych Indianek. Ich ślina powoduje, że rozpoczyna się proces fermentacji, konieczny w tym przypadku, ponieważ masato jest rodzajem indiańskiego piwa. Wygląda jak ciepła, nieprzejrzysta, kremowa zupa pełna bąbelków i wiórków. Smakuje... ciekawie. Trudno opisać ten smak naszymi pojęciami. Jest trochę kwaskowaty. Masato jest podawane gościom i dzięki wspólnemu wypiciu kilku czarek tego napoju nawiązuje się przyjaźń. Odmowa jego przyjęcia i wypicia oznacza złe zamiary. Dlatego nie mogłam odmówić...

Podczas oglądania „Ostatniego samuraja” wymyśliła Pani przepis na sałatkę samurajską. Czyżby film był inspiracją?

Tak, rzeczywiście. Oglądałam ten film w towarzystwie gości, którym zaserwowałam wymyśloną przeze mnie tego samego wieczoru sałatkę, składającą się z trzech gatunków sałaty, ugotowanej fasolki szparagowej, świeżej papryki, pomidorów, ogórka i sera feta z odpowiednim sosem. Od tamtego czasu danie to kojarzy mi się z prawdą o samurajach, która bywa zaskakująca.



Za czym Pani tęskni podczas podróży? Czy jest jakiś produkt spożywczy, którego pełno w Polsce i, którego Pani tam brakuje?

Zdecydowanie tak i odpowiem bez wahania: czarny, razowy chleb, twaróg i ogórki małosolne!

Jakie trzeba spełniać warunki, oprócz oczywiście finansowych, żeby wyjechać w podróż do Afryki czy Ameryki Południowej? Czy to jest kwestia osobowości czy sprawności fizycznej? Czy bierze Pani zupełnych nowicjuszy na wyprawę? Podobno raz Pani zabrała i bardzo tego żałowała, bo nie chcieli słuchać dobrych rad.

Raczej oni żałowali, bo na własnej skórze musieli się przekonać, na czym polega ryzyko i co się dzieje z człowiekiem, który nie jest odpowiednio przygotowany do pewnych sytuacji i zagrożeń. Żeby wyjechać ze mną na jedną z wypraw, które organizuję, wystarczy się zapisać. Nie zadaję zbyt wielu pytań przed wyjazdem, dopiero na miejscu poznaję osoby, z którymi zetknął mnie los. I zwykle nie jestem rozczarowana. Żeby podróżować samotnie, czyli tak jak ja to robię najczęściej, trzeba być odważnym, ciekawym świata, mieć dużo szacunku i otwartości dla innych ludzi i kultur.

Wyprawa do Afryki, którą organizuje Pani z radiem ma kryptonim Tukasatambiba. Co to oznacza?

Nazwa wyprawy to żart: „Tu kasa, tam biba” – czyli tu w Polsce, oprócz udziału w wyprawie do Afryki, można było wygrać w konkursie wielkie pieniądze (ostatnio 120 tys. złotych), a tam na zwycięzców czeka wielka zabawa, czyli biba.

Pani ulubiona forma podróżowania to pływanie czółnem po rzece. Podobno wiosłowała Pani kiedyś 10 dni. Co w tym takiego fascynującego?

Zmaganie się z własną słabością jest fascynujące, bo każdy kto próbuje, ten zwycięża.



Lubi Pani wielkomiejskie życie w Warszawie? A może myśli Pani o tym, żeby na starość zamieszkać z dala od cywilizacji? Podobno kupiła Pani kawałek ziemi między Kolumbią, a Brazylią. Czy wybuduje tam Pani sobie dom na palach i zamieszka na starość?

Lubię wielkomiejskie życie równie mocno, jak kocham dżunglę i spanie w hamaku. To druga część mojej natury. Nie zbuduję domu w dżungli, bo tam mieszkają już rośliny i zwierzęta. I nie zamierzam im przeszkadzać. Na razie cieszę się tym, że mogę nieustannie dokonywać wyboru, gdzie chce spędzić kolejny miesiąc życia: czy w naszej cywilizacji z muzyką, samochodem, internetem, telewizją i show businessem, czy też nad Amazonką z moskitami, jaguarami, Indianami, duchami i potęgą natury...

Jest Pani ambasadorem kampanii Coca-Coli „Wybierz smak swojego życia”. Dlaczego? Według marketerów takie osoby jak Pani mają być inspiracją do zmiany stylu życia. Zaprojektowała Pani puszkę z piraniami i truskawkami. Czy mają one obrazować Pani radosny, pełen niespodzianek świat?

Chciałam, żeby moja puszka była wesoła. Piranie na mojej puszce Coca-Coli light to dżungla życia, czyli ocean codzienności, w której grożą nam rozliczne pułapki i niebezpieczeństwa. Truskawki to rajski zakątek, symbol pragnień i marzeń. Trzeba mieć takie swoje poletko marzeń. Trzeba wiedzieć, czego się najbardziej pragnie. Wziąć życie w swoje ręce i tak nim pokierować, żeby dotrzeć do wybranego celu. Przez ocean codzienności i przez dżunglę życia prosto do truskawkowej krainy, gdzie marzenia stają się rzeczywistością.

Podobno zna Pani dalszą historię kowboja z reklamy Marlboro. W USA wydano książkę o 100 osobach, które nigdy nie istniały, a miały olbrzymi wpływ na losy świata. Na pierwszym miejscu znalazł się właśnie kowboj.

Zmarł na raka płuc, bo też palił papierosy. Jego życie powinno być najlepszym ostrzeżeniem dla wszystkich palaczy.

Napisała Pani, że mały prezent otwiera serca i drzwi do domów. Proszę podpowiedzieć naszym czytelnikom jakiś oryginalny pomysł na prezent.

Ciekawa książka, pięknie wydana płyta, ładny szalik... Ja zwykle przywożę prezenty z moich podróży, więc jeśli jest to szalik, to z wełny jaka albo lamy.

Mam nadzieję, że nie naruszę Pani prywatności, jeśli zapytam, jak wygląda Pani całodzienny jadłospis. Wiem, że dzień Pani zaczyna i kończy yerba mate.

Yerba mate ożywia i dodaje energii, nigdy więc nie piję jej wieczorem. Ale rzeczywiście każdy dzień rozpoczynam od zaparzenia yerba mate w paragwajskim kubku z zielonego drewna. Rano jem zwykle tylko owoce. Około południa jem śniadanie, czyli najczęściej kanapkę z pumpernikla albo innego razowego chleba z serem kozim, twarogiem i pomidorem albo ogórkiem. Czasem po południu jem pieczoną rybę albo sałatkę. Wieczorem raczej nie jadam.

Jakie kuchnie Pani preferuje? Podobno w Polsce żywi się Pani tym, do czego nie ma dostępu podczas dalekich wypraw.

Lubię kuchnie zdrowe, pełne owoców i warzyw, nietłuste. Bardzo chętnie eksperymentuję i poznaję nowe smaki. Lubię jedzenie chińskie, japońskie i style typu fusion, które potrafią połączyć różne kuchnie.

Z którą z postaci najbardziej się Pani utożsamia: Larą Croft, Trinity z Matrixa, Indianką, szamanką, Jane Goodall, Karen Blixen, Joanną D`Arc, a może jeszcze z inną?

Myślę, że jestem przede wszystkim sobą, choć być może jest we mnie po trochu z każdej z tych postaci. (śmiech) Bycie sobą to najważniejsze, czego nauczyłam się w życiu i tego właśnie życzę wszystkim Czytelnikom na cały Nowy Rok.
Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki