Niegdyś znana jako potęga kolonialna, dziś zyskała sławę dzięki trzem wyrazom na „f”: Fatimie, fado i futbolowi. Portugalia – „ziemia łagodnych obyczajów”, której mieszkańcy, mimo melancholijnej tęsknoty za przeszłością, potrafią trzeźwo patrzeć w przyszłość.
Należący do Portugalii przylądek Cabo da Roca to najbardziej wysunięty na zachód punkt Starego Kontynentu. Nic więc dziwnego, że ten położony na krańcu Europy kraj nazywany jest jej balkonem. W sąsiedztwie nicości
Kto wie, czy to właśnie nie specyficzne położenie geograficzne Portugalii ukształtowało portugalską duszę, której bliskie jest pojęcie „saudade”, czyli nostalgii, tęsknoty za czymś nieokreślonym. Wywodzi się ono od łacińskiego słowa „solitudo” oznaczającego samotność. A ta przed wiekami mogła dokuczać Portugalczykom, którzy, bardziej niż ku kontynentowi, zwracali się ku Oceanowi Atlantyckiemu opływającemu ich ojczyznę od zachodu i południa.
Cóż mogli przeżywać ludzie patrzący codziennie w tajemniczy bezkres Atlantyku? Prawdopodobnie mieli poczucie pustki i obcowania z nicością. Wydawało im się, że za horyzontem, gdzie znikają statki, wszystko się kończy.
Dlatego ogarniał ich metafizyczny smutek i zaduma. Być może współcześni Portugalczycy są spadkobiercami takiej postawy, dlatego trudno dopatrzyć się u nich południowego temperamentu. Są raczej wyciszeni i melancholijni. Cechuje ich życzliwość i przywiązanie do tradycji. Potrafią być też autoironiczni i podchodzą z dystansem do świata, do którego są jednak pokojowo nastawieni. W Portugalii bezkrwawa jest nawet corrida, zwana touradą. Byka się nie zabija, lecz, trzymając za rogi, powala na ziemię. To symbol pokonania bestii w sobie.

Wsparcie najwyższego szczebla
W ubiegłym roku w Polsce złożył wizytę prezydent Portugalii prof. Anibal Cavaco Silva. Nie poprzestał jednak na spotkaniu z przedstawicielami naszego rządu, ale udał się też do warszawskiej dzielnicy Wawer, by odwiedzić tysięczny w naszym kraju sklep sieci „Biedronka”, należącej do portugalskiej firmy Jeronimo Martins Dystrybucja SA. To jednak nie przypadek, że prezydent Portugalii przybył właśnie do „Biedronki”, bo ich właściciel to prawdziwy filar portugalskiej gospodarki. – Jeronimo Martins jest największym portugalskim inwestorem w Polsce, który w ciągu ostatnich 13 lat zainwestował w tym kraju ponad 700 mln euro, tworząc sieć 1350 sklepów i zatrudniając ponad 25 tys. pracowników – mówi Pedro Pereira de Silva, dyrektor generalny Jeronimo Martins Dystrybucja SA. Ten przykład pokazuje, że postrzeganie Portugalczyków jako oglądających się za siebie melancholików to stereotyp, przynajmniej wtedy, gdy mowa o interesach. W prowadzonych przez Portugalczyków firmach panuje paternalistyczny styl zarządzania. Szefowie oczekują posłuszeństwa od podwładnych, którzy z kolei chcą dostawać od zwierzchników dokładne wskazówki dotyczące postępowania.
Twarzą w twarz z Portugalczykiem
Jednak ci, którzy chcieliby rozwinąć w Portugalii działalność biznesową, muszą pamiętać, że nowoczesne trendy i modernizacja gospodarki nie wyrugowały tradycyjnej portugalskiej kultury biznesowej. Działalność gospodarcza jest tu domeną rodzinną, a powiedzenie „czas to pieniądz” ma inne znaczenie niż w Polsce. Aby robić interesy z Portugalczykami, trzeba przygotować się na długotrwałe negocjacje. Dla nich najważniejszy jest człowiek, a nie jego biznesowa oferta. Liczą się nie tylko kryteria ekonomiczne, ale także wrażenie, jakie zrobi potencjalny kontrahent. Dlatego, nim dojdzie do współpracy, muszą go poznać. Nie wchodzi w rachubę kontakt telefoniczny ani wymiana korespondencji. Niezbędna jest rozmowa twarzą w twarz, najlepiej przy obiedzie lub kolacji. – Obopólne poznanie niezwykle pomaga w biznesie, szczególnie jeśli mamy plany na długoterminową współpracę. Zrozumienie swoich potrzeb i wzajemne zaufanie to wartości uniwersalne, ważne zarówno w Portugalii, jak i w Polsce – tłumaczy Pedro Pereira de Silva. – Podkreślam, że pozycję, jaką osiągnęliśmy w waszym kraju, zawdzięczamy głównie współpracy z lokalnymi partnerami biznesowymi – 95 proc. asortymentu pochodzi od tutejszych producentów. Poza tym zatrudniamy tylko dziesięciu Portugalczyków wśród 25 tysięcy polskich pracowników – dodaje nasz rozmówca.

Aby pozytywnie usposobić do siebie mieszkańców Portugalii, warto wziąć pod uwagę, że nic tak nie poprawia ich nastroju jak aromatyczna kawa. Od niej właśnie rozpoczynają dzień, wstępując do kafejek i wypijając na stojąco filiżankę orzeźwiającego napoju. – Portugalczycy są uzależnieni od kawy, do której od wieków mieli dostęp dzięki swym zamorskim koloniom – mówi Manuel Maioral, mieszkający w Warszawie lizbończyk, współwłaściciel restauracji Portucale, w której można spróbować portugalskiej kuchni. – Nasze espresso w niczym nie ustępuje włoskiemu, popularniejszemu wyłącznie za sprawą dobrego marketingu – konstatuje. O znaczeniu kawy w życiu Portugalczyków świadczy fakt, że w tym kraju mieści się prestiżowe laboratorium nieocenionej używki.

Na winnych szlakach
Być może portugalska kawa nie podbiła jeszcze światowych salonów. Zrobiły to natomiast tamtejsze wina. Ale nie ma się co dziwić – podobno mają duszę. Któż nie zna madery czy porto? A one przecież są tylko kropelkami w morzu win produkowanych „na skraju Europy”. Przez całą Portugalię przebiegają winne ścieżki. W tym kraju jest kilkadziesiąt regionów uprawy winorośli. Do najbardziej znanych należą: Douro, Alentejo, Terras do Sado, Palmela, Setubal, Bairrada, Madera, Porto czy Vinho Verde. – Atutem portugalskich win jest ich oryginalność, powstają bowiem z ponad 300 szczepów endemicznych, które nie występują w innych krajach. Przy takiej różnorodności można robić naprawdę niepowtarzalne trunki – tłumaczy Manuel Maioral, będący również prezesem firmy Atlantika importującej portugalskie wina.

Sami Portugalczycy lubią wina i często bywają w winiarniach, lecz nigdy się nie upijają. Ów szlachetny trunek jest ich wiernym towarzyszem – na przykład podczas gry w warcaby. Nie wiadomo, czym Portugalczycy wznoszą toasty na cześć drużyny piłkarskiej FC Porto. Pewne jest natomiast, że są miłośnikami futbolu. Dlatego w dniu rozgrywek piłkarskich można się spodziewać samochodowych korków na ulicach. Wszystkie auta załadowane po brzegi mamami, ojcami, babciami, dziadkami i wnuczętami pędzą na stadion. To nie tylko przyjemność, ale i narodowy obowiązek – w końcu Luís Figo nie bez przyczyny nazywany jest „Dumą Portugalii”.

fado – erupcja rozpaczy
Najsłynniejszej „marki eksportowej” Portugalii nie powinniśmy jednak kojarzyć ani z „branżą” winiarską, ani piłkarską. Symbolem i wizytówką tego kraju jest, zmarła 10 lat temu, Amália Rodrigues, królowa fado, która w latach 50. ubiegłego stulecia podbiła najsłynniejsze estrady świata, rzucając na kolana rzesze swoich wielbicieli, m.in. wielkich polityków i przedstawicieli świata nauki. Nikt nie potrafił interpretować pieśni fado z taką żarliwością i dramatyzmem. Na jej geniusz składał się piękny, ciemny głos, doskonała dykcja, talent dramatyczny i zjawiskowa uroda. Każda wykonywana przez nią pieśń była prawdziwym dziełem sztuki. Sama wokalistka podkreślała, że fado zaczęło się dla niej jako piosenka, a stało się dziwnym sposobem na życie.
– Amália Rodrigues jest wcieleniem ludowej ekspresji portugalskiego narodu. W fado zanurzała się jak w życiu. Gdy szła ulicami Lizbony, pojawiały się tłumy ludzi, by podziwiać tę, która śpiewa o ich biedzie – mówi ambasador Portugalii w Polsce José Duarte Sequeira e Serpa. Słowo „fado” pochodzi od łacińskiego „fatum” oznaczającego przeznaczenie, nieuchronny los. Twórczość fado, która zrodziła się w XIX wieku w Lizbonie, jest swoistym aktem rozpaczy wobec tego, co nieuniknione. Jest erupcją cierpienia spowodowanego biedą i nieszczęściami, których historia Portugalczykom nie żałowała. Jedna z pieśni Amálii Rodrigues nosiła wszak tytuł „Jakże mi siebie żal”.
Współcześni wykonawcy do fado nawiązują jedynie w luźny sposób. W utworach zespołu Madredeus nie ma już takiego dramatyzmu. Jest za to trącąca prowokacją oryginalność. Również bardzo dobrze znana w Polsce
Mariza nie jest wierna kanonom tradycyjnego fado, lecz przywołuje elementy jazzu i flamenco. Nowoczesne spojrzenie na fado w przypadku tej wokalistki polega również na tym, że nie ubiera się na czarno i ma jasne włosy.

Wielkie imperium małego kraju
Z racji swego położenia Portugalia zawsze rwała się do świata. To właśnie stąd pochodzili wielcy podróżnicy: Vasco da Gama, który w 1498 roku jako pierwszy dopłynął do Indii, oraz odkrywca Brazylii (1500 r.) Pedro Álvaresa Cabrala. Pierwszym Europejczykiem, jaki dotarł do Tybetu, również był Portugalczyk – jezuita António de Andrade (XVII w.). Zamiłowanie do podróży zaowocowało założeniem licznych kolonii, które rozciągały się od Brazylii, poprzez wybrzeża Afryki Zachodniej i Wschodniej, Cieśninę Perską, Morze Arabskie, przyczółki w Indiach – aż po Malaje. Nad rozrośniętymi do tego stopnia koloniami trudno było zapanować, tym bardziej że nękały je inne europejskie kraje.
Przepis na słodkie życie
Fakt, że Portugalia władała tak licznymi zamorskimi krajami, nie pozostał bez wpływu nie tylko na jej kulturę, ale i kuchnię. Portugalskie miasteczka pachną, przywiezionymi „zza morza”, kawą, pieprzem i goździkami. Poza tym Portugalczycy zawsze mieli dostęp do taniego cukru z Brazylii. – Dlatego w naszym kraju powstały tysiące przepisów na słodkie smakołyki, które są zwieńczeniem każdego posiłku. Typowy portugalski deser to mus czekoladowy – mówi Manuel Maioral. Portugalczycy uwielbiają odwiedzać restauracje. W tym kraju przerwa obiadowa trwa nawet dwie godziny, aby każdy mógł w spokoju delektować się ulubionymi potrawami. W kuchni dominują ryby i owoce morza. – Do moich ulubionych dań należą barwena z grilla oraz świeże kraby. No i oczywiście nasze danie narodowe –„bacalhau” z grilla, czyli dorsz, a także „espetada Madeirense”, a więc „szaszłyk z Madery”, to znaczy specjalnie przyrządzony miks mięs z grilla – wymienia Pedro Pereira de Silva.
Czy częste jedzenie ryb może się znudzić? Na pewno nie, bo „bacalhau” przyrządza się na… 365 sposobów! Portugalczycy są wierni nie tylko rybom, ale i pomidorom, koniecznie skropionym oliwą z oliwek, z produkcji której słyną. Ich kuchnia nie może obejść się również bez serów.

Łagodna postać saudade
Portugalia zadziwia atmosferą specyficznego spokoju, na jaki może pozwolić sobie kraj, który dużo przeszedł, dużo wie i dużo rozumie. Usytuowany na granicy świata europejskiego i „zamorskiego”, wchłonął elementy wielu kultur, nie zapominając jednak o swojej własnej. Podobnie jego mieszkańcy – patrzą zdecydowanie w przyszłość, ale od czasu do czasu do głosu dochodzi saudade w łagodnej postaci, która nie wybija ich z rytmu światowego życia. W Portugalii jest miejsce prawie na wszystko: na wąskie, chaotyczne uliczki Alfamy i te szerokie, uporządkowane z dzielnicy Baixa; na fado i muzykę dyskotekową rozbrzmiewającą w nadmorskich dyskotekach, na antyklerykalizm i cud fatimski. Tu nic nie ginie. Ciekawe, czy to zasługa losu, czy świętego Antoniego – lizbończyka, patrona rzeczy zaginionych?
Justyna Welard



























































