W ciągu ostatniego roku w niemieckim przemyśle zwolniono około 100 tys. osób. Najwięcej w branży motoryzacyjnej. Jednak według ekspertów to nie koniec redukcji. Sprawdziliśmy, co jest powodem tej sytuacji u naszych zachodnich sąsiadów i czy może się ona przełożyć również na redukcje zatrudnienia w Polsce.


Niemiecki przemysł boryka się obecnie z największą falą zwolnień od czasu kryzysu finansowego sprzed kilkunastu lat. W ciągu ostatnich miesięcy tysiące pracowników straciło zatrudnienie w motoryzacji, chemii, transporcie i sektorze technologicznym.
Nie da się dłużej „chomikować” miejsc pracy
Według doktora Piotra Araka z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, głównego ekonomisty VeloBanku, od połowy ubiegłego roku do połowy obecnego w niemieckim przemyśle zwolniono ponad 100 tys. osób, z czego ponad połowa, bo aż 52 tys. w branży motoryzacyjnej.
– To konsekwencje spowolnienia gospodarczego w Niemczech i ogólnie złej sytuacji tamtejszego przemysłu, a także chomikowania przez kilka lat miejsc pracy ze strachu przed kosztami zwolnień, wyższymi niż w innych krajach europejskich, czy koniecznością porozumiewania się ze związkami zawodowymi. To właśnie ze względu na nie wcześniej nie decydowano się na tak radykalne ruchy. Jednak w ciągu ostatnich miesięcy presja kosztowa po stronie firm spowodowała, że te redukcje były już konieczne – mówi Bankier.pl dr Piotr Arak.
– Obecnie stopa bezrobocia w Niemczech rośnie i dobija do rekordu 3 mln bezrobotnych. Sądzę, że zwolnienia będą kontynuowane, gdyż firmy niemieckie będą próbowały zwiększyć swoją marżowość i poziom zautomatyzowania produkcji. Zatem zatrudnienie w przemyśle będzie w dalszym ciągu spadało.
Tysiące osób bez pracy
Wśród niemieckich firm, które ogłosiły największe zwolnienia grupowe, należą:
- Volkswagen – 35 tys. osób do 2030 r.
- Siemens Digital Industries – 2,6 tys. osób (5,6 tys. globalnie)
- BASF – 700 osób (3,3 tys. globalnie)
- Mercedes-Benz – 8 tys. osób
- Ford – 1 tys. osób
- Bosch – 14 tys. osób do 2030 roku
- Audi – 7,5 tys. osób
- Lufthansa – ok. 4 tys. osób
Szansa na zbyt w Ameryce Południowej
Zdaniem głównego ekonomisty Velo Banku, część zakładów, które funkcjonowały w Niemczech, aby szukać efektywności kosztowej albo przeniosło swoją produkcję na inne szerokości geograficzne ze względu na ceny energii, jak to zrobiły firmy chemiczne, albo uznało, że to się w ogóle nie opłaca z powodu dużych kosztów osobowych.
– Niemiecka gospodarka ma duże nadzieje co do umowy z Mercosur. Liczy, że będzie dostarczać produkty na rynek Ameryki Południowej, w większej ilości niż do USA i Chin. Jednak to może być złudne, gdyż Unii Europejskiej może nie udać się podpisać tego porozumienia. Natomiast zmniejszony zakup europejskich dóbr na rynku chińskim wskazuje na to, że problemy nie znikną. Dlatego sądzę, że kłopoty sektora motoryzacyjnego nie skończą się jeszcze w tym roku i w 2026 r. na pewno będą obecne, czekając, aż Niemcy jakoś zrestartują swój silnik – podsumowuje dr Piotr Arak.
Restrukturyzacja niewiele pomoże?
Jak twierdzi Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy Instytutu Badawczego Randstad, redukcja etatów w Niemczech koncentruje się w kluczowych sektorach, które tradycyjnie decydowały o sile eksportowej kraju, przede wszystkim w motoryzacji i związanych z nią gałęziach przemysłu.
– Charakterystyczną cechą obecnej fali zwolnień jest jej strukturalny i długoterminowy charakter, który wykracza poza zwykłe reakcje na spowolnienie koniunkturalne. Te działania są rezultatem niekonkurencyjnych, chronicznie wysokich kosztów operacyjnych, związanych z cenami surowców, a także kosztami pracy, opóźnionej transformacji technologicznej oraz intensywnej konkurencji globalnej, głównie ze strony Chin – mówi Bankier.pl Mateusz Żydek.
– Długoterminowe horyzonty realizowanych redukcji zatrudnienia wskazują, że cięcia te nie są wyłącznie odpowiedzią na tymczasowy spadek popytu. Jest to raczej strategiczne dostosowanie do trwałej zmiany sytuacji gospodarczej i utraty konkurencyjności tradycyjnej niemieckiej bazy przemysłowej.
Jego zdaniem, nawet jeśli koniunktura gospodarcza ulega poprawie w krótkoterminowym horyzoncie, fala restrukturyzacji w części przemysłu, szczególnie w sektorze motoryzacyjnym wymuszona przechodzeniem na nowe technologie, będzie kontynuowana.
Spadek zatrudnienia widoczny wśród młodych
Zdaniem eksperta Randstad, pomimo relatywnie niskiej stopy bezrobocia na tle innych krajów OECD, niemiecki rynek pracy zmaga się ze stagnacją i rosnącą liczbą bezrobotnych.
– Spadek zatrudnienia jest widoczny szczególnie wśród młodych pracowników, a na to zjawisko nakłada się jeszcze transformacja technologiczna, która zmniejsza liczbę stanowisk początkujących – tłumaczy Mateusz Żydek.
– Do czasu odzyskania przez niemieckie firmy konkurencyjności, przejścia przemian technologicznych i zmian modeli biznesowych, możemy spodziewać się dalszej restrukturyzacji, która może skutkować wzrostem bezrobocia. Co istotne, spowolnienie na rynku pracy i mniejsze tempo wzrostu płac stanowią czynnik ograniczający konsumpcję wewnętrzną, co dodatkowo pogłębia stagnację – twierdzi Mateusz Żydek.
Szansa na wyjście z kryzysu?
Jak twierdzi przedstawiciel Randstad, w prognozach ekonomistów pojawiają się pewne sygnały o możliwym wychodzeniu ze spowolnienia.
– Instytut Ifo prognozuje wzrost PKB Niemiec o 1,3 proc. w 2026 roku i 1,6 proc. w 2027 roku, a odbicie to ma być częściowo napędzane nowymi wydatkami publicznymi na infrastrukturę i obronność. Wiele jednak wskazuje na to, że odbicie będzie napędzane wzrostem produktywności, m.in. poprzez cyfryzację i automatyzację procesów, oraz impulsami fiskalnymi, ale nie przełoży się na szybkie tworzenie nowych, stałych miejsc pracy w tradycyjnym sektorze wytwórczym, który odpowiada za większą część zatrudnienia – dodaje Mateusz Żydek.
Zdaniem eksperta spowolnienie na rynku pracy w Niemczech nie występuje symetrycznie we wszystkich gałęziach gospodarki.
– Sektor usługowy wykazuje większą odporność i jest bardziej zdolny do generowania nowych miejsc pracy, choć nie na skalę kompensującą straty w przemyśle – wyjaśnia.
Czy Polsce też grożą duże zwolnienia?
Według Mateusza Żydka, ryzyko podobnego scenariusza nie wydaje się prawdopodobne w Polsce w niedalekiej przyszłości.
– Przede wszystkim niemiecki przemysł w dużej części w jakiś sposób połączony był z kołem zamachowym tamtejszej gospodarki i eksportu, czyli motoryzacją. Aż takich zależności nie ma w naszym kraju – uważa przedstawiciel Randstad. – Faktem jest jednak, że w Polsce działają zakłady motoryzacyjne powiązane z zachodnimi gospodarkami, a także firmy produkujące komponenty motoryzacyjne. To te przedsiębiorstwa, a także część firm z innych sektorów, które do tej pory nastawione były na eksport do Niemiec, narażone są na skutki spowolnienia u naszego sąsiada.
Jesień pokaże co dalej
Według szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego, jeszcze kilka lat temu popyt niemieckich odbiorców końcowych na polskie towary i usługi generował 7,1 proc. polskiego PKB. Dodatkowo, 2,6 proc. polskiego PKB zależało od niemieckiego eksportu towarów, w których zawarte są polskie komponenty.
– Kluczowy dla przetwórstwa przemysłowego będzie nadchodzący okres jesienny, który pokaże, czy do polskiej gospodarki napłyną nowe zamówienia z Niemiec. Bez takich zamówień, schłodzenie rynku pracy w Polsce może się utrzymywać – uważa Mateusz Żydek. – Jednak nasze firmy szukają aktywnie również innych rynków zbytu, a w ostatnich latach solidną podstawą dla ich rozwoju była także konsumpcja wewnętrzna. Na korzyść rodzimej gospodarki przemawia także większa elastyczność i innowacyjność. Kluczowe jest dalsze wspieranie inwestycji w sektory wysoko specjalistyczne i cyfrowe, mniej podatne na wstrząsy popytowe w tradycyjnym przemyśle. Tym bardziej że Polska coraz rzadziej jest w stanie konkurować z innymi krajami kosztami operacyjnymi, m.in. ze względu na rosnące koszty pracy. Na tym polu bardziej konkurencyjne stają się kraje Unii Europejskiej z krótszym od nas stażem, a także państwa bałkańskie oraz inne rejony świata. Szansą jest także rozwój sektora obronnego, który może oddalać ryzyka podobne do tych, które uwidaczniają się w niemieckiej gospodarce – dodaje ekspert.
Konieczna zmiana strategii przemysłowej
Według Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych, Europa potrzebuje spójnej i długofalowej strategii przemysłowej, a nie doraźnych działań. Wskazuje tu na kilka kluczowych filarów:
- obniżenie kosztów strukturalnych – energia, praca, surowce, uproszczenie regulacji,
- wsparcie inwestycji w nowe technologie – zwłaszcza w baterie, elektronikę i software, gdzie Europa dziś odstaje,
- zabezpieczenie wolumenu produkcji – mechanizmy lokalnej zawartości i zachęty do produkcji w UE,
- polityka prokonkurencyjna wzorowana na USA czy Chinach – połączenie dotacji operacyjnych, wsparcia CAPEX i aktywnego przyciągania inwestycji, zamiast polityki kar i obciążeń.
– Jeśli Europa nie wdroży dwutorowej strategii zwiększającej konkurencyjność i jednocześnie chroniącej lokalną produkcję, przemysł motoryzacyjny w naszym regionie straci masowo miejsca pracy i kluczowe kompetencje. Wtedy przegrana z Chinami i innymi best-cost countries stanie się faktem – uważa Tomasz Bęben, prezes zarządu Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych.


























































