Pomimo słabości gospodarki japoński indeks Nikkei225 po raz pierwszy od kwietnia 2000 roku osiągnął wartość 19.000 punktów. Już nikt nie ukrywa, że głównym (jedynym?) sponsorem hossy w Tokio jest Bank Japonii.


Na czwartkowym zamknięciu notowań Nikkei225 zyskał 1,43%, osiągając wartość 18.991,11 punktów – najwyższą od kwietnia 2000 roku. Podczas sesji Nikkei wspiął się nawet na wysokość 19.008 punktów, nieznacznie przebijając poprzedni szczyt z 6 marca.
Siła giełdy w Tokio kontrastuje ze słabością japońskiej gospodarki, która w czwartym kwartale „wyczołgała się z recesji”, notując słabiutki wzrost PKB po dwóch kwartałach spadku tego wskaźnika.
Okazało się, że polityka niszczenia wartości krajowej waluty (od jesieni 2012 roku jen stracił jedną trzecią wartości wobec dolara) nie wykreowała wzrostu gospodarczego. Zamiast tego spadła siła nabywcza Japończyków i wzrosły zyski eksporterów.

Jednakże w ostatnich miesiącach nawet ten ostatni czynnik nie był w stanie podtrzymać hossy na giełdzie w Tokio. Rolę „napędowego” wziął na siebie Bank Japonii, który już nie tylko skupuje prawie całą emisję japońskich obligacji skarbowych, ale też dokonuje regularnych, „interwencyjnych” zakupów jednostek ETF na giełdzie w Tokio.
Według „The Wall Street Journal” Bank Japonii kupował fundusze akcyjne podczas 76% spadkowych sesji z ostatnich dwóch lat. W efekcie BoJ został największym pojedynczym inwestorem w Tokio, posiadając papiery warte 2,8 biliona jenów (ok. 23 mld USD), stanowiące 1,5% kapitalizacji całego rynku!
Na takie szaleństwa nie poważyła się nawet amerykańska Rezerwa Federalna, ani żaden inny bank centralny dużego kraju rozwiniętego. Japonia weszła na ścieżkę prowadzącą do hiperinflacji, a rynek w Tokio może niedługo przypominać giełdę w Caracas.



























































