W czerwcu giełdowa energetyka wróciła do łask wraz z rosnącymi nadziejami dotyczącymi transformacji sektora. Teraz wokół procesu pojawia się coraz więcej znaków zapytania.


To, że reforma sektora energetyczno-węglowego jest konieczna, nie ulega wątpliwości, szczególnie w warunkach Zielonego Ładu, który będzie myślą przewodnią nowej dekady w Unii Europejskiej. W czerwcu i lipcu entuzjastycznie do planów podchodzili też inwestorzy spółek energetycznych. Te miały zrzucić balast węglowych aktywów, skonsolidować się i nastawić na OZE. Ostre reformy zapowiadano także w górnictwie. Jacek Sasin, minister aktywów państwowych, pod koniec lipca pojechał na Górny Śląsk z propozycją likwidacji nierentownych kopalń oraz cięcia zatrudnienia i pensji w Polskiej Grupie Górniczej (jej współwłaścicielami są m.in. PGE, Energa i Enea).
Ta wizyta była swego rodzaju przełomem. Po pierwsze zakończyło się ono kompromitacją Jacka Sasina, o czym pisałem szerzej w artykule "Kabaret wokół PGG trwa w najlepsze". Po drugie zmieniła się retoryka. Wcześniej podbijano stawkę, zarysowując wizję głębokiej reformy, od wspominanego spotkania rząd zaczął jednak ustępować związkowcom. Być może była to taktyka polegająca na rozpoczęciu negocjacji od wysokiej stawki, problem jednak jest taki, że reforma coraz rzadziej budzi nadzieje na kompleksowość, a coraz częściej obawy o to, jak daleko cofnie się rząd.
Brak obliga, czyli rachunki za prąd w górę?
Obawy potwierdzają ostatnie wydarzenia. Górniczy związkowcy w negocjacjach z rządem uderzyli w kwestię importu. Jego rola w Polskim miksie rośnie (W 2019 netto importowaliśmy aż 10,4 TWh), z prostej przyczyny - energia z importu jest tańsza. Zamiast importować, można byłoby jednak palić więcej węglem. To zwiększyłoby koszty (czyli i rachunki), ale i zwiększyło zapotrzebowanie na węgiel.
Jak się do tego zabrano? Wymyślono, że winne wysokiemu importowi nie są wysokie koszty produkcji energii z węgla, ale obligo giełdowe, czyli konieczność sprzedaży wyprodukowanej energii poprzez giełdę. Urynkawia to cenę i obniża koszty odbiorcom. Teraz opracowujący reformę górnictwa zespół chce znieść obligo, co - jak podało Ministerstwo Aktywów Państwowych - ma ograniczyć import i zwiększyć produkcję w krajowych elektrowniach.
Czy to wpłynie na import? - Zniesienie obliga giełdowego na energię elektryczną kompletnie nie wpłynie na wartość eksportu czy importu energii elektrycznej - przekonuje prezes TGE Piotr Zawistowski. - Według mnie chodzi o coś zupełnie innego. Większość obliga realizuje się nie przez rynki SPOT (dnia bieżącego i następnego), ale przez terminowe (dłuższych kontraktów). Odejście od obliga pozwoli niektórym grupom energetycznym kupować energię ze swoich elektrowni zasilanych krajowym węglem w takich kontraktach po cenie wyższej od giełdowej, a potem przerzucać wyższe ceny na klientów - dodaje na łamach Wysokiego Napięcia Grzegorz Onichimowski, współtwórca Towarowej Giełdy Energii i jej wieloletni prezes.
De facto mowa więc o dotowaniu górnictwa przez energetykę, a w zasadzie klientów energetyki (czyli nas wszystkich), co zresztą częściowo odbywało się już wcześniej. Z jednej strony spółki energetyczne zaangażowano w ratowanie górnictwa (choćby poprzez dofinansowanie PGG), z drugiej polski węgiel, który trafiał do elektrowni mocno drożał mimo spadku cen węgla na rynkach światowych. Bez obliga transfer wsparcia z elektrowni do kopalni byłoby przeprowadzić jeszcze łatwiejszy. Zapłacimy za to najpewniej my wszyscy w wyższych rachunkach za prąd. Problem będą mieli też dostawcy, którzy produkują mniej prądu, niż sprzedają. To niemal wszyscy prywatni gracze oraz kontrolowany przez Skarb Państwa duet Energa i Tauron. Rząd zyskał jednak punkty u związkowców.
Co z reformą energetyki?
Teoretycznie ten problem nie powinien już zajmować głów władz i akcjonariuszy spółek energetycznych tzw. wielkiej czwórki, bowiem aktywa węglowe mają zostać z nich wyłączone. Jak już jednak wspomniałem, brak obliga to problem dla spółek z dystrybucją większą od produkcji, a takimi stanie się kwartet bez aktywów węglowych. Po drugie wciąż nie wiadomo, jak wspomniane wyłączenie miałoby wyglądać i na jakich zasadach zostać przeprowadzone.
Co więcej, Polityka Insight podaje, że konsolidację energetyki mogą wywrócić odpisy w PGE. Pomysł wydzielania aktywów węglowych ze spółek skarbu i przeniesienia ich do nowej agencji rządowej NABE może wywołać protesty górniczych związków zawodowych. Planowi zagraża też obecna sytuacja w PGE - Z nieoficjalnych informacji Polityki Insight wynika, że PGE szykuje ogromne odpisy wartości swoich aktywów węglowych. Według rozmówcy skala przewartościowania może być na tyle duża, że zawieszony zostanie pomysł przejęcia przez PGE Enei i Tauronu - informuje portal.
Warto dodać, że w międzyczasie pojawiły się także szacunkowe wyniki PGE za I półrocze. Skonsolidowana EBITDA w I półroczu 2020 roku wyniosła ok. 2,805 mld zł, ale już netto pokazano 688 mln zł straty. W samym drugim kwartale strata netto jednostki dominującej wyniosła 1,12 mld zł. To m.in. efekt odpisów. Jak podała PGE, wyniki testów wskazały na utratę bilansowej wartości wybranych rzeczowych aktywów trwałych w segmencie Energetyki Konwencjonalnej w wysokości ok. 530 mln zł oraz na konieczność odpisu w wysokości ok. 482 mln zł wynikającego z utraty wartości akcji posiadanych w Polskiej Grupie Górniczej.
Reformę energetyki hamują m.in. negocjacje dotyczące górnictwa, te zaś przeciągają się. W maju Jacek Sasin deklarował, że plan poznamy "za kilka tygodni", tymczasem mamy wrzesień i wciąż dalecy jesteśmy od poznania rzeczywistego planu. Zresztą ta sama Polityka Insight informuje, że MAP wciąż nie wie, jak przeprowadzić operację zamknięcia nierentownych kopalń po tym, gdy lipcu musiał szybko wycofać się z tego pomysłu. Jedną z rozważanych opcji jest przeniesienie ich do Węglokoksu, który miałby je później zamknąć. Źródło Polityki Insight twierdzi, że górnicy mogliby zaakceptować taką propozycję, bo Węglokoks prowadzi normalną działalność biznesową i nie kojarzy się z likwidacją kopalń (tą zajmuje się dziś Spółka Restrukturyzacji Kopalń). Bardziej realny scenariusz zakłada jednak przeciąganie rozmów do momentu, w którym likwidacja zakładów stanie się nieuchronna.
Spółki energetyczne znów tanieją
Obawy dotyczące reformy widać m.in. na giełdzie, gdzie akcje energetycznych spółek znów tanieją. Indeks WIG-Energia znajduje się w bessie od 2014 roku, właśnie z powodu wyzwań stojących przed energetyką, ale i podejścia Skarbu Państwa zarówno do akcjonariuszy mniejszościowych, jak i samej reformy. Ta bowiem potrzebna jest od dawna, do tej pory jednak każdy rząd tylko pudrował problem (ulegając związkowcom), zamiast przeprowadzić głęboką reformę. W efekcie WIG-Energia przez 6 lat stracił aż 61 proc.
Spadki były nawet mocniejsze, gdy jednak pojawiła się szansa na restrukturyzację, notowania nieco się ożywiły. Między końcówką maja a końcówką lipca WIG-Energia poszedł w górę o 71 proc., a akcje eneregtycznych spółek należały do najlepiej radzących sobie w gronie dużych marek. Oczekiwania budował nie tylko rząd, ale i przedstawiciele giełdowych spółek. Głównym tematem było wyłączenie aktywów węglowych, które szeroko opisywaliśmy m.in. w artykule "PGE chce zrzucić węglowy balast". MAP następnie potwierdziło tę koncepcję i choć nieznane były szczegóły (szczególnie dotyczące wyceny rzeczonych aktywów), inwestorzy z nieco większą nadzieją patrzyli w przyszłość.
Po wspomnianym lipcowym spotkaniu z górnikami i wycofaniu się MAP-u z planu restrukturyzacji, WIG-Energia rosnąć przestał. W sumie od lipcowego szczytu indeks stracił do dziś 25 proc. Gwałtowne spadki obserwowaliśmy m.in. w tym tygodniu. Tauron w trzy sesje stracił 17 proc., PGE w dwie 11 proc., a Enea blisko 10 proc. Najmniej traci Energa, ale jest ona najmniej zaangażowana w górnictwo (choć kwestia obliga ją dotyka). Tydzień ten przyniósł więc spore ochłodzenie nastrojów i nie sposób nie powiązać go z informacjami dobiegającymi z zespołu, który odpowiada za reformę górnictwa.




























































