„Helicopter money” powraca. Deszcz pieniędzy lekiem na koronawirusa?

analityk Bankier.pl

Naukowcy w pocie czoła pracują nad szczepionką na koronawirusa, a ekonomiści zastanawiają się, jak złagodzić gospodarcze skutki epidemii. Jedną z proponowanych terapii jest koncepcja "helicopter money". Pomysł ten może przynieść jednak fatalne skutki.

Po kryzysie w 2008 r. świat finansów stał się wielkim polem do eksperymentów prowadzonych przez banki centralne. Wdrożono liczne „stymulujące” rynki i gospodarki inicjatywy (np. rekordowo niskie lub wręcz ujemne stopy procentowe, masowy skup obligacji, tani kredyt dla banków i firm itp.), które wcześniej pozostawały tylko na papierze. Nie wszystkie radykalne pomysły weszły w życie. Jeżeli stary arsenał superbohaterów z banków centralnych okaże się nieskuteczny, instytucje te mogą sięgnąć po kolejną kontrowersyjną teorię – „helicopter money”.

O „pieniądzach z helikoptera” głośno było w 2016 r. (artykuł opisujący ówczesny stan debaty publicznej wyróżniono… w konkursie NBP). Obecnie zainteresowanie tematem wraca, a fraza pojawia się nie tylko w mediach ekonomicznych, ale i w mediach społecznościowych.

Dać ludziom pieniądze

Idea stojąca za "helicopter money" jest prosta – trzeba dać ludziom pieniądze do ręki i w ten sposób wesprzeć gospodarkę. Teoria zakłada, że po otrzymaniu pieniędzy w prezencie ludzie zaczną wydawać, przedsiębiorcy zaobserwują wzrost popytu, zatrudnią nowych pracowników (ew. nie zwolnią starych), którzy odprowadzą wyższe podatki i ogólnie wszystko w gospodarce będzie się lepiej kręcić.

Rozwiązanie to ma zastąpić stosowanie skomplikowanych mechanizmów transmisji monetarnej, które przenoszą skutki obniżania stóp procentowych (lub innych działań) do realnej gospodarki. Pieniądz w ręce konsumenta to z ekonomicznego punktu widzenia najbardziej konkretna rzecz, jaką można sobie wyobrazić (w formie gotówki, zapisów na kontach lub bonów zakupowych z datą ważności). Pewną alternatywą dla rozdawania pieniędzy może być powszechne ograniczenie podatków i zasypanie dziury w budżecie nowymi pieniędzmi.

Ideę "helicopter money" do ekonomii wprowadził amerykański ekonomista Milton Friedman, choć korzeni zastosowanego przez niego eksperymentu myślowego szukać można zarówno u Brytyjczyków: Johna Maynarda Keynesa (słynne „zakopywanie i odkopywanie butelek napełnionych pieniędzmi”) czy jeszcze wcześniej u Davida Hume’a („co by było, gdyby pewnej nocy podwojono podaż pieniądza?”).

- Załóżmy, że pewnego dnia helikopter przelatuje nad miastem i zrzuca z nieba banknoty o nominale 1000 dolarów, które oczywiście szybko zbierane są przez mieszkańców. Załóżmy też, że wszyscy są przekonani, że to wydarzenie jednorazowe, które nigdy się nie powtórzy – pisał Friedman w „The Optimum Quantity of Money” (1969).

W epoce „nowożytnej” ideę "helicopter money" rozpropagował Ben Bernanke. Były przewodniczący doczekał się nawet pseudonimu „helikopterowy Ben”, co zaowocowało licznymi karykaturami, a nawet bazującą na tym skojarzeniu grą komputerową autorstwa "Wall Street Journal".

(fot. justyna gałązka / Bankier.pl)

Za przykład pieniędzy z helikoptera część komentatorów uznała program luzowania ilościowego (QE), który polegał na skupowaniu amerykańskich obligacji za świeżo wykreowane pieniądze. Mechanizm ten nie eliminował jednak pośredniczącej roli banków komercyjnych oraz wymagały od konsumentów decyzji o zaciągnięciu długu, co w realiach kryzysowych (przy i tak dużym zadłużeniu niektórych społeczeństw) nie zawsze jest decyzją łatwą. Prawdziwe "helicopter money" ma te problemy wyeliminować.

Idealne warunki do lotu

W 2016 r. świat trapiły konsekwencje złej polityki gospodarczej, a nie pandemii koronawirusa. W wielu krajach (np. w Niemczech) propozycje rozdawania pieniędzy budziły spore kontrowersje. Zamiast na "helicopter money" zdecydowano się wówczas na wydłużenie łagodnej polityki monetarnej poza horyzont, o którym u zarania „ery banków centralnych” ktokolwiek mógłby pomyśleć (dość powiedzieć, że Europejski Bank Centralny po kryzysie zadłużeniowym strefy euro ani razu nie podniósł stóp). Tym razem sytuacja wyglądać może inaczej – w końcu nie czas martwić się o deficyty, gdy panuje epidemia odciskająca piętno nie tylko na zdrowiu, ale i portfelach obywateli.

Pełnych efektów wpływu epidemii koronawirusa na światową gospodarkę nie znamy i nie poznamy jeszcze długo. Każdy kolejny dzień sprawia jednak, że ekonomiczne konsekwencje epidemii są coraz poważniejsze. W pierwszej kolejności wirus odbije się na wydatkach konsumentów, które w krajach rozwiniętych odpowiadają za większość PKB. Zarabiającym mniej firmom w oczy zajrzą poważne problemy z bankructwem włącznie. Następująca w wyniku ograniczenia popytu konsumentów redukcja zatrudnienia i inwestycji da kolejny bodziec do uruchomienia negatywnej spirali dekoniunktury.

Zdaniem niektórych ekonomistów idealnym ratunkiem w tej sytuacji jest wdrożenie koncepcji "helicopter money", którą ramię w ramię z bankami centralnymi zrealizować mogą rządy państw. Spełnione są bowiem oba warunki sformułowane przez autora tej koncepcji Miltona Friedmana: gospodarka jest lub niebawem będzie w kryzysie, a ludziom będzie można dać do zrozumienia, że rozdawanie pieniędzy to działanie absolutnie jednorazowe i gdy tylko epidemia minie, wszyscy wrócimy do pracy i narzekania na podatki oraz inflację.

Pierwsze przykłady rozwiązań przypominających "helicopter money" już się pojawiły. Pod koniec lutego władze dotkniętego koronawirusem (oraz chińskim panowaniem) Hongkongu ogłosiły pakiet stymulacyjny zakładający m.in. tanie pożyczki dla biznesu oraz cięcia podatków i wypłaty gotówki dla mieszkańców. Każdy pełnoletni obywatel Hongkongu dostanie 10 000 HKD, czyli równowartość 5000 zł. Po podobne środki sięgnęła Tajlandia, która nisko sytuowanym grupom społecznym wypłacać będzie po 1000 bahtów miesięcznie (120 zł, ale pamiętajmy o różnicach w sile nabywczej). Pieniądze do ręki dostawali także mieszkańcy Singapuru i Makau.

Póki co nigdzie środki te nie pochodzą wprost z emisji nowych pieniędzy przeznaczonych na ten cel. Hongkońskie czy singapurskie "rozdawnictwo" ma też przykłady w przeszłości, więc nie jest aż tak wyjątkowe. Jeżeli jednak "helikopter z pieniędzmi" miałby pojawić się nad zadłużonymi po uszy państwami Europy Zachodniej, to monetyzacja długu będzie jak najbardziej realna.

Co trzeszczy w helikopterze?

Nie łudźmy się jednak, że idea "helicopter money" uratuje światową gospodarkę. Rozwiązanie to nie naprawia bowiem sytuacji po stronie podażowej: w warunkach szerzącej się epidemii dosypywanie pieniędzy do gospodarki nie uruchomi fabryk, nie odbuduje łańcuchów dostaw, nie sprawi, że dobra fizycznie będą przemieszczać się z miejsca X do Y, nie pozwoli na organizację imprez masowych, ani nie skłoni ludzi do chodzenia do kina, restauracji czy do zagranicznych wakacji etc. Jeżeli na skutek gospodarczych konsekwencji wirusa liczba dostępnych dóbr będzie mniejsza niż zwykle, to - dając każdemu pieniądze do ręki - wywołać możemy przede wszystkim wzrost cen.

Nie ma rady – światowa gospodarka musi „przechorować” trudny czas i odbudować się (być może na nowych zasadach), gdy epidemia zostanie opanowana. Osłabianie w tym czasie siły nabywczej pieniądza poprzez jego rozdawanie każdemu wprowadzi tylko kolejny czynnik destabilizujący.

- "Pieniądze z helikoptera" wydają się ostatnią fazą ewolucji polityki monetarnej, która w ostatnich latach dokonała się na naszych oczach. Dalej jest już tylko uzbrojony funkcjonariusz (banki centralne mają w końcu swoje straże), który „zachęca” klientów sklepów do większych zakupów. Alternatywą jest również całkowite zlikwidowanie gotówki (i walka z szarą strefą/handlem wymiennym) oraz wprowadzenie powszechnej ujemnej stopy depozytowej – pisałem w artykule 2016 r. Dziś perspektywa "helicopter money" jest bliższa niż kiedykolwiek – nawet w zakresie walki z gotówką epidemia koronawirusa okazuje się mocnym sojusznikiem władz monetarnych i fiskalnych.

(fot. Syda Productions / Shutterstock)

Podstawową obawą związaną z "helicopter money" jest kwestia tego, kiedy przestać. Istnieją poważne przesłanki, aby twierdzić, że kiedy raz wypuścimy z butelki dżina pozwalającego na rozdawanie pieniędzy, politycy prędzej doprowadzą do poważnej katastrofy, niż zgodnie zamkną go tam z powrotem. Historia gospodarcza pełna jest przypadków jednorazowych, wyjątkowych i tymczasowych rozwiązań, które zostały z nami już na zawsze.

Wspomniane „odłączenie” dolara od złota nastąpiło w wyjątkowej sytuacji. Podatek dochodowy w USA wprowadzono w celu sfinansowania wojny secesyjnej. Kryteria z Maastricht dotyczące długu i deficytu były regularnie łamane, co doprowadziło do kryzysu zadłużeniowego strefy euro. Nawet w Polsce mamy podobne przykłady – ostatecznie VAT z 22 na 23 proc. został podniesiony tylko tymczasowo, a mimo to nie udało się go obniżyć nawet w czasach dobrej koniunktury i wyższej ściągalności podatków.

Ostatnia dekada przyniosła ogólnoświatową debatę o podstawowym dochodzie uniwersalnym – pieniądzach, które każdy obywatel otrzymywałby od państwa tylko dlatego, że żyje. "Helicopter money" w warunkach epidemii wydaje się być idealnym wehikułem dla przetestowania tej koncepcji. Rolę rozdającego odgrywać mogą rządy państw, jednak w takiej czy innej formie nowy pieniądz wykreować będą musiały banki centralne. Z podatków dochodu podstawowego sfinansować się nie da, pozostaje więc dług i/lub inflacja. W obu tych obszarach banki centralne są głównymi rozgrywającymi – mogą skupować państwowe obligacje lub tolerować okresy wyższej inflacji.

Helikopter nie może zostać

W momencie pisania tego artykułu nikt jeszcze ze stuprocentową pewnością nie wie, czy epidemia lub pandemia koronawirusa ma potencjał do zniszczenia życia gospodarczego w formie, jaką znamy. Jeżeli jednak ludzkość nie osunie się do postapokaliptycznego stanu opisywanego w książkach i filmach (wtedy zapasy broni czy żywności będą cenniejsze od jakiegokolwiek pieniądza), to w momencie wdrażania rozwiązań pomocowych warto mieć na uwadze nie tylko ich bezpośrednie i od razu widoczne konsekwencje, lecz uwzględniać również te dalsze i mniej oczywiste. Postawa ta powinna cechować każdego dobrego ekonomistę oraz każdego męża stanu myślącego w perspektywie szerszej niż do końca kadencji/do kolejnych wyborów. 

Świat czeka na superbohaterów z banków centralnych

Świat czeka na superbohaterów z banków centralnych

Banki centralne twierdziły, że uratowały świat po ostatnim kryzysie. Teraz, gdy giełdy i gospodarki znów drżą w posadach, świat wypatruje sygnału nadejścia bankowych superbohaterów. Tym razem ich supermoce mogą jednak nie wystarczyć.

Punktowe i przejściowe interwencje mogą dać oddech konsumentom, przedsiębiorstwom czy bankom. Jak ognia należy jednak unikać wprowadzania mechanizmów, które mogą zostać wykorzystywane w celu rozkręcenia kolejnej fali państwowego interwencjonizmu i przekupowania wyborców. Stosując nadzwyczajne środki, nie można też "karać" zapobiegliwych, którzy przed kryzysem prowadzili swój biznes w sposób bardziej odpowiedzialny (np. nie zaciągając potężnych kredytów). To prosta droga do zbudowania "pokusy nadużycia", która pozwala na uspołecznianie strat, choć zyski z działania obarczonego ryzykiem były(by) w stu procentach prywatne.

Ekonomiści i bankierzy nie uratują świata przed pandemią, ale - chcąc pomóc złagodzić skutki choroby - mogą doprowadzić świat do długotrwałego rozstroju ekonomicznego. Szkoda byłoby, gdyby koronawirus ustąpił, ale pacjent (czyt. globalna gospodarka) umarł na zawał gospodarczy.

Michał Żuławiński

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
1 10 1as

Różnica między śp. Lepperem a takim "geniuszom ekonomii" jest taka, że pierwszego nazywano burakiem i populistą, a tych drugich nowatorami, prekursorami nowej ekonomii. A powinni tak jak w pierwszym przypadku. Z całym szacunkiem dla zmarłych.

! Odpowiedz
4 20 antykomuch

Za sam pomysł powinna być kula w łeb.

! Odpowiedz
1 45 plutarch

Rozwinę moją myśl: tani pieniądz jest tym, co rozwala gospodarkę światową, napędza turbo-konsumpcję, zdejmuje odpowiedzialność za wybory finansowe i finalnie powoduje, że pożeramy świat, zasoby i swoją przyszłość. Równocześnie pogłębia się demoralizacja "ludu pracującego", co odbija się na demokracji i jakości sprawowanych rządów. Przecież to wszystko widać, jak na dłoni.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
5 21 plutarch

Mam inny pomysł: nie dawać ludziom pieniędzy.

! Odpowiedz
3 8 bonvivant

Poczekaj, jest tu taki koleżka który powie że to moralne w stosunku do jego bombelków. Imienia nie wspomnę bo nie jest warte aby na nie splunąć.

! Odpowiedz
0 24 dariuszfurmaniuk

Należy zadać sobie pytanie, kto skorzysta na pandemii ?
Helikopter z forsą lata nad całym światem już od 2008 r. Nie uratował finansów i gospodarki tylko przesunął skutki katastrofy o 10 lat, powodując jeszcze gorsze konsekwencje.
Taraz pieprznie cała giełda. Fundusze inwestycyjne ( w tym emerytalne) stracą 90 %
A wielcy "bankierzy" powiedzą: To nie jest nasza wina, my mamy czyste ręce.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
11 11 plutarch

Zmierzasz do tego, że "kapitalizm się nie sprawdził"? :-) Wenezuela pozdrawia!

! Odpowiedz
4 18 1as

A śmiali się z ś.p. Leppera...

! Odpowiedz
4 18 plutarch

Lepper to był taki chłopek mądra głowa, trybun ludowy, przy okazji niezły demagog.

! Odpowiedz
0 29 detektorjusia

Wszechmocni Bogowie z Banków Centralnych nie mogą po prostu wydrukować przeciwciał...?

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 3,4% IV 2020
PKB rdr 1,9% I kw. 2020
Stopa bezrobocia 5,8% IV 2020
Przeciętne wynagrodzenie 5 285,01 zł IV 2020
Produkcja przemysłowa rdr -24,6% IV 2020

Znajdź profil