Polska łamie reguły demokracji i dlatego ma problem z inwestycjami zagranicznymi. Taki komunikat idzie w świat.


Parę dni temu Narodowy Bank Polski podał ostateczne dane o napływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych w 2017 r., które okazały się o 44 proc. niższe w przeliczeniu na złote niż w 2016 r. – dokładnie 34,7 mld zł wobec 61,9 mld zł. Dane były szeroko komentowane na świecie. Na przykład znany profesor historii z Oxfordu Timothy Garton Ash skomentował na Twitterze: „Złe polityki mają swoje konsekwencje…”.
Czy rzeczywiście mamy problem? Raczej nie, ale żeby to zrozumieć, dane podane przez NBP trzeba odpowiednio odczytać. Ogromny wpływ na napływ netto inwestycji w 2017 r. miały duże transakcje, których efektem był wypływ kapitału z Polski – głównie przejęcie Pekao przez PZU oraz zmiana właścicielska w Allegro. Te dwie transakcje mogły odpowiadać za połowę spadku inwestycji netto. Ponadto, znaczące umocnienie złotego mogło wpłynąć negatywnie na wartość nominalną projektów rozliczanych w euro – jeżeli jakiś inwestor zaplanował wydanie 100 mln euro, a złoty się umocnił, to on wydał mnie w złotych. A wiele transakcji w Polsce rozliczanych jest w euro.
Dane miesięczne NBP, nieco mniej wiarygodne niż roczne, ale pozwalające na bieżąco śledzić sytuację, wskazują, że w ciągu 12 miesięcy do lipca tego roku bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Polsce wyniosły 2,4 proc. PKB. Średnia za ostatnie 10 lat wynosi 2,6 proc., a zatem jesteśmy blisko długoterminowej średniej. Z tego punktu widzenia nie dzieje się nic złego. Ale jednocześnie warto dostrzec, że w okresie dobrej koniunktury z lat 2015-16 średni napływ wynosił 3,6 proc. PKB. Czyli pewne osłabienie widać i stać nas na więcej, niż otrzymujemy dziś z inwestycji.
Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.




























































